RSS
środa, 16 maja 2012

Szykuje się mały arbitraż, który może mieć kolosalne znaczenie dla międzysezonowych NYK.

Krótki wstęp dla tych mniej wtajemniczonych, a jednak dociekliwych.

Waiver” to status zawodnika po zwolnieniu go przez klub w czasie trwania jego kontraktu. W okresie od 15 sierpnia do końca sezonu regularnego – ten tymczasowy „stan” gracza trwa – 48 godzin (w innym okresie stan „waivera” trwa aż 10 dni). W czasie „waivera” – inne drużyny mogą rościć sobie prawa do zawodnika (tzw. claim). Po złożeniu takiego „claimu” przez drużynę staje się ona pracodawcą zawodnika, przejmuje jego dotychczasowy kontakt i wypłaca mu należne z niego uposażenie. Jeżeli w okresie „waivera” – kilka drużyn złoży „claim” – zawodnika otrzyma zespół z gorszym rekordem (prawdę mówiąc nie wiem, czy to jest rekord z zeszłego sezonu, czy np. bieżący rekord – skłaniałbym się do tej drugiej opcji). Jeżeli żaden klub nie zgłosi „claimu” – zawodnik staje się wolnym agentem (jego stan to  „cleared waivers”) i może popisać kontrakt, z kim chce, według własnego sumienia, uznania i wyboru. Nowa drużyna płaci wtedy pro-rata minimalną pensyjkę a resztę dopłaca były kub. Proste?

W takim stanie prawno-faktycznym - Unia Zawodników (NBPA)– zawezwała ligę NBA na arbitraż w zakresie interpretacji przepisów nowego CBA. Sprawa dotyczy pytania – czy zawodnicy, którzy mieli status „waived” i następnie zostali „claimed” przez inny klub zachowują tzw. Birds rights (prawa Birda, że kompleksowo przypomnę w uproszczeniu pozwalają klubowi podpisać kontrakt z zawodnikiem, który jest w ich składzie od 2 sezonów (Mały Ptaszek) lub 3 sezonów (Duży Ptaszek) bez naruszenia salary- cap. Ratio legis tej instytucji sprowadza się do ochrony pewnych wartości marketingowych tj. aby zawodnicy zostawali w dotychczasowych klubach, żeby fan mógł się identyfikować z drużyną i ulubionym graczem etc).

W przekonaniu NBPA wykładnia postanowień CBA powinna iść w kierunku uznania – że zawodnicy „claimed off waivers” są w istocie „transferowani” i prawa Małego Ptaka im przysługują. Zdaniem Stowarzyszenia Zawodników (Billy Huntera) tacy gracze nie mają prawa wyboru drużyny nowej (nie stają się de facto wolnymi agentami) i w istocie istnieje tylko semantyczna różnica pomiędzy – „claimed of waivers” i „trade”. NBPA uważa zatem, że Prawa Birda nie mogą wygasać, tak długo jak zawodnik nie wybierze nowego klubu będąc wolnym agentem.

Rzecznik Ligi Pan Bass (nie ma nic wspólnego z PF Bostonu – sprawdziłem) jest zdania przeciwnego. Stwierdził, że NBA jest pewien swoich racji i w takiej sytuacji Prawa Birda zawodnikowi „claimed off waivers” nie przysługują.

Przenalizujmy zakwestionowany przepis CBA.

Stare  CBA z 2005 r. stanowi, że (nie umiem znaleźć tekstu nowego CBA ale zakładam, że jest ono identyczne):

“Early Bird free agents is clearly limited to players who have played for all or parts of 2 seasons with his “Prior Team” (zdefiniowana jak drużyna w której zawodnik gra do tej pory) and only changed teams via 1) trade or 2) by signing with his “Prior Team”.

Hmmmm... Ani słowa o waiverze.

Słusznościowo NBPA ma rację. Czarnoliterowo już nie. Wykładnia umów w systemie common law (która stanowi prawo) jest dopuszczalna, co do zasady tylko wtedy kiedy postanowienia umowy są niejasne. Co z pewnością nie ma miejsca w niniejszej sprawie (przepis jest klarowny jak czeski lager). Ważne jest tylko to, co jest napisane w umowie. Zwycięstwo w tej batalii jest, więc raczej z góry przesądzone. Nie ma co się nakręcać... Ale... arbitraż widział już nie takie rzeczy...

Co to ma wspólnego z NYK. Bardzo wiele. Kto wie czy cały spór nie jest wygenerowany sztucznie przez zarząd Knicks i podsterowany B. Hunterowi. Brawo za próbę.

Gdyby interpretację NBPA udało się obronić w arbitażu– NYK mogliby podpisać kontrakty z J. Linem i S. Novakiem bez korzystania z mid-level exception (pewnie pięciomilionowego) i bez co do zasady naruszania salary cap. Piszę na dużym poziomie ogólności i uproszczenia. A wiecie, na kogo NYK szykują swoje MLE? Jest taki 38-letni facet z Arizony, który jak na swój starczy, wiek nieźle się ogarnia.

Sprawa ma się rozstrzygnąć w połowie czerwca. Spojrzałem z ciekawości na bardzo rozbudowaną klauzulę arbitrażową w zakresie procedury postępowania i prawdę mówiąc wątpię, czy to jest w ogóle realne. Rozstrzygnięcia może nie być do 1 lipca 2012 r. a decyzje jak żyć trzeba będzie podjąć, bo zaczyna się kręcić karuzela wolnych agentów... Czekamy. Na pewno będziemy w Redakcji sprawę monitorować.  

Jestem prawie pewny, że gdyby NBPA jednak sprawę wygrało... to nazwie się tę klauzulę – Linsanity clause...

O sytuacji capowej NYK rozpiszę się bardziej w jednej z kolejnych impresji, bo jest to kwestia arcyciekawa i wielowariantowa jak gra w bierki. Bosak czy widły?

17:28, znykajacy
Link Komentarze (9) »
wtorek, 15 maja 2012

Redakcja pochyliła się raz jeszcze nad występami naszych pupilków w sezonie 2011/2012 wypluwając po kilku nocach ciężkiej pracy oceny opisowe, jak dla dzieci dostających promocję z klasy pierwszej do drugiej. Jest kilku niezdaluszków... Kilka poparwek. I kilka całkiem dobrych cenzurek. Zapraszamy na zupełnie subiektywną ocenę indywidualną...

Carmelo Anthony – ocena tego sezonu jest dla niego miażdżąca i potwierdziła jedynie już dawno szeptaną w korytarzach prawdę o Primabalerinie. Teraz można mówić już o tym głośno. Z podniesioną głową i z odpowiedzialnością za słowo. Melo nie jest i nie będzie franichise playerem. Mówiąc to mam na myśli zawodnika wokół, którego inni stają się lepsi, który jest motywatorem, spoiwem, wnoszącym jakąś nieuchwytną statystykami wartość dodaną. Pogódźmy się z tym. Dookoła niego nie zbuduje się nic, co nie rozpadło by się jak domek z kart albo szałas zuchów zbudowany z zapałek. Realne szanse na tytuł? Nie wiem, co palicie ale ja poproszę to samo. Melo jest złotym cielcem, wokół którego nic więcej nie może świecić. Taki monoteizm z jednym wyznawcą. Kiedy bożek wyznaje sam siebie. Religijna patologia. Musi być najpiękniejszy w świecie. Jedyny taki. Nie umie się dopasować. Nie potrafi być tym drugim. Jest prymuskiem. Pupilkiem naszej Pani, jak Ananiasz. Naburmusza się jak, ktoś chce ukraść mu publiczność. Dowody? Jest ich zbyt wiele. Nie poradził sobie z Linasnity, nie umie współpracować ze STATem. Kiedy Anthony był najlepszy? W kwietniu. Dlaczego? Bo STAT był dyskobolem a Lin ciągnął rzepkę w ogródku. I wtedy on mógł wyjść zupełnie na biało. Król Pączuś Pierwszy. Zbawca. Ostatnia nadzieja białych. Kiedy popadam w meloncholię zaczynam stawiać go na równi z Glenem Ricem, Dominiqe’iem Wilkinsem, Shareefem Abdurem-Rahimem czy Alexem Englishem. Genialnymi strzelcami, którzy nie zbudowali wokół siebie nic poza własnym pomnikiem statystycznym (gdzieś dla jakiejś lokalnej społeczności dodajmy). Porównanie z tym ostatnim wydaje się najbardziej trafne. Ktoś w ogóle z młodzieży słyszał o Flicku? Nie za bardzo. Nie obiło się o uszy? Że szybko wyłuszczę (kto wie może w off seasonie pokuszę się szerszą impresję na jego temat). Denverczyk. Był pierwszym zawodnikiem, który w 8 sezonach z rzędu zdobył ponad 2000 pkt. (rekord pobity przez sami wiecie kogo) WOW! Ponad 25.000 pkt. 16 miejsce na liście wszechczasów. Jak to możliwe, że o nim nigdy nie słyszałem, zapyta pewnie wielu z Was. Powód jest dość banalny. Ile pierścieni? 0. Jeden przegrany finał Zachodu (1985). Gracz, który był tak wielki, że inni mogli być tylko mali. Melo idzie utartą ścieżką Englisha. Ku zapomnieniu… Za pięćdziesiąt lat, będzie walczył z przyrastającą do niego inskrypcją, zawodnika, który miał wszystko, ale nie osiągnął niczego. Szczerze. Nie zdziwię się jeżeli w gabinecie Dolana wymusi odejście Lina, STATa…

Amare Stoudemire – zawsze uważałem, że kobiety posiadły umiejętność syntetycznej analizy sytuacji – kiedy więc dostałem smsa od serdecznego czytelnika NI postanowiłem go (za jego zgodą) w miarę wiernie zacytować. Ów czytelnik-komentator polemiczny, którego pseudonim literacki ma bardzo kolanową konotację, wyklarowywał swojej połowicy – jak oto STAT obiecał, że koszykówka wraz z jego przybyciem powróci do NYC, że to nowy rozdział, szansa, że otwarcie niczym nowego Tesco, początek innej historii etc. Na to ta bystra, przenikliwa kobieta zadała jedno krótkie i przytomne pytanie. „To chyba nie wyszło, co?” W sumie ten dialog współczesnej Adama i Ewy zasadniczo wyczerpuje temat Amare. Posmakujmy jednak nieco głębiej. Dogryźmy się do szpiku. Czyżby początek długiego, końca? Schodzenie z góry? Marsz ku zachodzącemu Słońcu na cmentarzysko słoni? Tak szybko? Ci w PHX mogą się szelmowsko i z wyższością uśmiechać. A nie mówiliśmy? Hindsight to cudowna rzecz. Jeżeli tylko ma się rację. Tak źle nie było jeszcze nigdy. STAT w niewielu meczach przypomniał samego siebie sprzed sezonu. 47 spotkań. 17 meczy 20+ pkt., TYLKO JEDNO 30+. Tak tylko przypominawczo. W zeszłym sezonie 39 spotkań ze zdobyczą punktową w przedziale 20-29 pkt, 22 gry - 30+. Z kampanii 2011/2012 zostanie zapamiętany głównie przez pryzmat pieszczenia dłonią gaśnicy i tych dziwnych erotycznych umizgów do jej piany, problemów w plecami i powrotem do pola kukurydzy na głowie. Do tego mówić się będzie o tym, że stracił pierwszy krok, przebojowość, eksplozywność. Na parkiecie przestał być Maserakiem. Snuł się od linii ataku do linii obrony. Szurał nogami. Człapał. Dziadował. W obronie był stojącą tyczką. Trudno w to uwierzyć, ale średnio zdobywał 8 pkt. mniej niż rok temu... Ja wiem. Ktoś powie efekt Melo. Brak synergii. Ale to chyba nie oddaje całej prawdy. Jego gra daje asumpt do tego, żeby przyznać po sezonie nagrody alternatywne. Most Regressed Player. Albo złoty medal w kategorii rozczarowanie sezonu 2011/2012. Są dwa pytania w okresie wakacyjnym – will STAT bounce back? Is he tradable? Nikt nie wie jaka jest odpowiedź na pierwsze pytanie. STAT utrzymywał, przez cały sezon, że problemy z dyskoteką spowodowały, że w grę wszedł niemal z marszu, bez żadnego okresu przygotowawczego. Był jeden tego pozytyw. Od leżenia urósł o cal. Super. Jak śmiesznie i niewiarygodnie brzmią dziś te buńczuczne zapowiedzi. „After ASG – watch me”. Czy jak solidnie przepracuje wakacje będzie lepiej? Może. Ale ja miałem wrażenie, że tam się porobiło coś w mechanice ruchu, więc może… nic zrobić się nie da? Zawsze staje mi przed oczami Vin Baker. On też zgubił swój talent. Tak nie wiadomo dlaczego. Ktoś zgłębił to zagadnienie? Patrzenie na sportowe konanie STATa może być mroczniejsze od Six feet under… Czekamy…

Jeremy Lin – któż z nas nie lubi historii, w której zwykły chłopek z tłumu (taki ludyczny Jaśko), trochę taki niedojda, obśmiewany przez starszyznę wioskową staje się bohaterem i ratuje całą osadę przed smokiem? Motyw filmowy 80% hollywoodzkich produkcji. Ten początek Linsanity był świetny. Potem stał się komercyjnie nie do wytrzymania. Jeremy Lin wyłaził z każdej mysiej dziury, a szczerze mówiąc były obawy, czy siadać na sedesie bo mógł w każdej chwili szczypnąć w tyłek. Ale biznes is biznes. Praca krosien wzdłuż Żółtej Rzeki nie dawała ludziom spać (Australia złożyła nawet w tej sprawie oficjalny protest). Wszystko po to żeby zalać świat szlafrokami, makatkami i naszywkami z wizerunkiem nowego Boga Wschodu. Do tego doszły psie miski, plecaki dla garbatych i czekoladowe zajączki. Co by nie powiedzieć Lin stał się marketingowa kurą znoszącą złote jajka. Wartą każdych pieniędzy. Takie są dziś prawa rynku i realia globalizacji. Opłaca się tylko to co, czy da się to masowo sprzedać w Chinach. Koszykarsko mam więcej niż mieszane uczucia. Faktem jest, że w jednej chwili na papierze osiągnął „poziom ASG”. W każdym razie w ocenie opinii światowej (w tym również czytelników tego bloga). Z niebytu ławki, następcy A. Rautinsa w formowaniu origami z ręczników przeszedł do poziomu – „z MIA byśmy wygrali gdyby Jeremy grał”. Teza jest szokująca. Lin nie jest przecież jakimś fenomenalnym graczem. Wręcz przeciwnie. Moim zdaniem jest całkiem przeciętny. Nie ma jump shota, nie jest nadzwyczajnie szybki, w obronie nie zachwyca. Taki trochę Landry Fields nr 2. Najwyżej. A mimo to jest zupełnie niezwyczajny. Wprowadził w grę NYK jakąś świeżość, ekscytację, chemię. Inteligencję. Uporządkowanie. Może trochę schematyczny, bo przypomina urzędnika, który przychodzi do roboty i monotonnie powtarza te same czynności, żeby o 15.00 czapkę nacisnąć i iść do domu. Mimo to wydobywał z NYK jakieś lepsze ukryte dno. T. Chandler przez cały sezon nie wyglądał tak dobrze jak wtedy gdy rollował go Lin.. Tyle, że… takiego lutego 2012 już więcej w karierze nie zaliczy. To było na świeżości, świat nie wiedział, nie znał nie orientował się, zarobiony był. Jego dalsza kariera będzie raczej taka marcowa. Jeżeli w ogóle. Przypomnijcie sobie jaki jest kierunkowy z MIA do NYK. 1-11. Niech to będzie otrzeźwieniem na rozpalone głowy. W całym tym idiotycznym Linsanity najważniejsze jest to, że Jaremka został ciągle człowiekiem. Jednym z nas. Wioskowym głupkiem gotowym uratować świat. Choć nikt go o to nie prosi. Gloria Ci! Dostajesz złoty medal w kategorii odkrycie roku. Jednomyślnie.

J.R. Smith – podpisanie z nim kontraktu było jak popicie kiszonego ogórka kefirem. Jedynym spornym pytaniem było… kiedy. Ostateczna, płynna defekacja miała miejsce w PO. Jest kilku taki zawodników, którzy potrafią doprowadzić cię do raju, żeby potem przeczołgać cię przez piekło. Niemal z dnia na dzień. Posiadają zaskakującą bezrefleksyjną umiejętność przechodzenia między tymi dwoma wymiarami zaświatów. J.R. osiągnął w tej materii mistrzostwo. Patrząc tak sumarycznie - tej złej, bezideowej, bezsensownej gry po jego stronie było więcej niż tej pozytywnej. Rwaliśmy sobie częściej przez niego włosy niż całowaliśmy namiętne ekran monitora. To prawda. Nie ma takiego rzutu, którego on by nie ważył się oddać. „Co ja nie rzucę?” On wyzbył się tak niskiego uczucia krępującego ludzkość jak strach… Nadczłowiek. Darksider. Dla mnie Smith ma poważny problem psychiczny. To nie jest normalny człowiek (?). Jestem prawie pewny, że w którymś momencie w swoim życiu odwiedzi San Quentin w charakterze pensjonariusza. On może zaćmić Brevika, 11 września, czy Monachium 1972. Jego tomograf mógłby zaprzeczyć teorii ewolucji i mieć wpływ na badanie socjopatii. Przerażająca jest myśl, że mógłby nie wykorzystać opcji i chcieć wypełnić kontrakt z NYK także w przyszłym sezonie.

Tyson Chandler – w pierwszej chwili na wieść o transferze do NYK brzydko się skrzywiłem. Wierzyć nie chciałem. Pomyślałem po co? Potem się rozpogodziłem patrząc na jego injury record. A następnie regularnie rzedła mi mina. Tyson nie chciał zejść... Co by nie powiedzieć wprowadził NYK w defensywnie nowy wymiar. Szkoda. On tak nie pasuje do ostatniej dekady smuty w NYC. Nagroda DPoY w pełni zasłużona. Szacunek. Wielkie pulsujące serce bersekera. Gorąca krew, pasja, która wyłącza neurony. W ofensywie jest niereformowalnie niedorozwinięty. Niewykształcony genetycznie. W całym sezonie dwa jumpery spoza pomalowanego. Gdyby był jak to mówi Clyde – prolific in ofense - byłby wart dwa razy tych pieniędzy. A tak jest balastem na całe 12 mln.

Iman Shumpert – początek w NYK miał mało obiecujący. Zaczęło się od wybuczenia przy wyborze w drafcie, dziwnej konferencji live G. Grunwalda i retorycznego pytania, dlaczego nie Singelton albo Faried (ciągle mi szkoda). Jego występy w tym sezonie pokazują jak bardzo różni się kultura trenerska MDA i Trenera Woo. W bezideowym systemie Trenera Mike’a nie miał przypisanej jakiejś specjalnej roli. Graj i co Ci Bozia przyniesie. Próbowany na jedynce okazał się poligonowym niewypałem. Na ofensywnej dwójce przyprawiał o apopleksję selekcją rzutową, co przy nie za wysokiej inteligencji powodowało, że nazwanie go chaotycznym nie oddawało skali entropii jego zachowań. Sprawozdawcy, komentatorzy i kibice byli tak napakowani potrzebą odtrąbienia sukcesu NYK, że miał miejsce taki tydzień, że Imanity było o włos od odpalenia. Na szczęście, swoją grą sprawił, że nikt się nie poważył na zrobienie z tego medialnej szopki, bo takiej ściemy nie kupiłaby nawet grupa pensjonariuszy w Laskach. Po dryfie w kierunku bliżej nieokreślonym, kontrolę nad nikłymi zwojami Imana przejął Trener Woo. Powiedział mu (tak sobie to wyobrażam) – nie potrzebuję i nie chcę Twojej gry ofensywnej. Niech robią to inni. Melo, STAT, Lin czy JR. Za to muszę mieć w swojej drużynie drugiego Tony’ego Allena. Shumpert dał się wessać w ten pomysł i jak bardzo on wypalił oddają pochwały i zachwyty jakie utrzymał od tych, którzy na koszykówce się znają (Simmons???). Rook - bo tak go wszyscy pieszczotliwie nazywają, też zresztą dał się ponieść, bo przy pomocy wyimaginowanego wehikułu czasu przeniósł się w przeszłość i twierdził, że powstrzymał MJ-a… (WOW! Trzeba mieć przyrodzenie wielkości Pałacu Kultury, żeby opowiadać takie brednie). Na razie nie udaje mu się nawet w NBA Live. Niestety już widać, że Iman jest kolaniasty. Pamiętacie początek sezonu? Od razu sobie coś wykręcił. Jego nogi wyglądały wtedy jakby należały do dwunastoletniego weterana. Obleczone bandażami, opaskami, plastrami. Na koniec to wszystko trzasło. Permanentnie. Widziałem już w życiu za wiele, co uprawnia mnie do podchodzenia do zerwanego ACL z daleko idącym sceptycyzmem. To ciągle jest bardzo poważna kontuzja. Jasne. To kiedyś oznaczało dla zawodnika wyrok. Dziś półrok.  Ale, czy po takiej kontuzji da się wrócić do pełnej sprawności? Imam gra koszykówkę opartą na szybkości, zrywie, zmianie kierunku, atletyzmie. Czy z taką mielonką w kolanie da się to robić tak samo intensywnie? Oby. Ale… zobaczymy dopiero na początku 2013 r. jak wielkie spustoszenie (także w psychice – choć on naprawdę jest trochę za mało mądry, żeby przejmować się takimi bzdurami) wywołała ta kontuzja. Niestety ACL lubią chodzić parami a czasami układają się w całą serię – prawda Gregu „Trzecia Nogo” Odenie? Cóż pozostaje podziękować Panu Walshowi. Stary wyga wiedział, co robi. Na chwilę obecną Shumpert wygląda na steal draftu. I trzecie miejsce w kategorii objawienie roku NYK przyznane przez nasze redakcyjne jury.

Steve Novak – po Linie obiektywnie chyba największy wygrany w kategorii indywidualnej. Srebrny medal. Polish machine. Nie wiem jak to jest z jego korzeniami. Czy jest Czechem, Słowakiem czy jakimś Jugoludkiem. Przyzwyczaiłem się do myślenia o nim jak o Polaku. Naszym Ryśku z Klanu. Następcy Erica Piatkowskiego. Dziwię się, że Trener Smuda jeszcze go nie powołał. W PZKosz można by zrobić takie rozpoznanie. Skoro filtruje się najdalsze hacjendy regionu Kurytyby… Co by nie powiedzieć Stefan odpalił w tym roku swoją trójkę. Zaznaczył się na GPS-ie NBA. Z chłopaka, który przemierzył w autobusie spory kawałek Ameryki w poszukiwaniu angażu, wyrósł na rollersa, który może być 6 do 9 wchodzącym w każdej drużynie NBA. Problem z nim polega na tym, że oprócz rzutu za trzy punkty potrafi się co najwyżej okopać saperką za linią 7.24. Braki w obronie, szybkości, atletyzmie nie niwelują się na tyle, żeby mogła przymknąć na nie oko drużyna o aspiracjach mistrzowskich. Seria z MIA obnażyła statyczność i dostojeństwo jego gry. Wyeliminowanie zagrożenia z jego strony nie wymaga wielkich nakładów w sprzęcie i ludziach. Wystarczy przed nim tylko stać. Mimo to rynkowa bardzo się wypromował. Brawo.

Landry Fields – w kategorii przegrani sezonu – zajął zaszczytne trzecie miejsce i odebrał brązowy medal. Redakcja wyśle kwiaty pocztą. Statystycznie delikatnie obniżył poziom. Myślałem, że to wygląda znacznie gorzej, ale ostatecznie... Obiektywnie to jest krok w tył. Odpowiedział chyba na moje pytanie z zeszłego roku - czy to on jest tak dobry, czy to NYK tak słabi. Dziś kłaniam się do tej drugiej odpowiedzi.  Zasiedział się w tej pierwszej piątce. A jego obecność jest… co raz bardziej logicznie niezrozumiała. Kto wie może jesteśmy zakładnikami Spike'a Lee, który ciągle zakłada jego koszulkę? Ten sezon jest stracony pod względem rozwoju a mam nieodparte wrażenie, że utrwalił złe nawyki. Pierwszy jest czysto mentalny, bo Fields ciągle zachowuje się ciągle tak , jakby nie oswoił się z faktem, że Melo i STAT to koledzy z zespołu a nie gwiazdy z plakatu, który zawiesił nad łóżkiem w pokoju w akademiku. Jego statystyczna gra to 5-9 pkt, 4 zb. 2 ast. I zasadniczo nic więcej. Szczerze mówiąc, nie mogę już patrzeć na tę jego grę ala Fred Flinston, kiedy puszcza kulę żeby zbić kręgle. To drobienie na paluszkach. Ciągłe zawahanie. Gra na alibi. Na wstecznym. Do tyłu. Ten rzut, co raz bardziej pokraczny i zerwany. Jak mu pomóc? Zakazać grać w koszykówkę?

Toney Douglas - przegrani sezonu miejsce drugie. Srebro. Miał wszystko na wyciągniecie ręki. S5, poparcie Trenera Mike'a, zaufanie kolegów z drużyny. Nic tylko grać. Prowadzić grę, napierać asysty…  Było wszystko oprócz... umiejętności. Nie dał rady presji, oczekiwaniom. Trzasnął jak zapałka. Załamał się. Nakrył tekturą i prosił, żeby nikt go nie znalazł. Z S5 stoczył się do poziomu, który wygrzewa kolegom siedzenie na ławce. Wzrok trenera już go nawet nie omiata. Co więcej można powiedzieć, żeby nie kopać leżącego?

Baron Davis - był wyczekiwany przez społeczność jak pierwszy bocian, który znamionuje przyjście wiosny. Miał wznieść NYK na skrzydłach na poziom okołomistrzowski. Entuzjazm związany z jego podpisaniem był porównywalny do zniszczenia Gwiazdy Śmierci przez siły Rebelii. Gdzieś tam, ktoś drobnym druczkiem bąknął – „Eeeee, ale przecież B. Davis nie grał od kwietnia 2011, zasadniczo myślał o zakończeniu kariery, chcąc się w całości poświęcić sprzedaży wielofunkcyjnego widelca w telewizji Mango”.  „Nie szkodzi, pamiętacie jak grał w GSW?”-mówili optymiści – „trzeba wierzyć”. „- No tak, ale to było przed tym jak Karol "Suchar" Strasbuger zaczął prowadzić Familiadę” - dodawali realiści. Jego gra przypominała bal na wiedeńskim dworze Franza Jozefa. On nie biegał - on tańczył walca. Dostojeństwo, powolność, dystyngowane kroki. Szybkość lejącego się mazutu, wytrzymałość marcowego lodu i kondycja człowieka po rozległym zawale. To wszystko, co miał do zaoferowania. Od razu w pakiecie. Po rabacie. Poza występem urodzinowym, zasadniczo to była koszykówka przy zgaszonym świetle grana w basenie wypełnionym kisielem, przez człowieka bez rąk. Uczciwie mówiąc skaperowanie go należałoby umieścić w Encyklopedii gdzieś między czeski filmem a komedią slapsticowa. Tyle, że ten koniec taki smutny. Zrobił sobie z kolana fabrykę salcesonu. Kucharz Sowa już zaciera ręce - Ugotuje coś z Baronem w Kawie czy Herbacie. Do kotleta podkręci im muzę Jarzębina. Będzie git Baron. Tymczasem na razie.

Bill Walkerbyć może są tacy, którzy czekają na kilka słów o delegacie Uruk Hai na kraj… Moim zdaniem jego ocena w jednym paragrafie wymykałaby się kategoriom poznawczym. Dlatego opis dokonań Orczego Księcia będzie przedmiotem dogłębnej analizy w odrębnej impresji. Tylko jemu poświęconej. PS. Nie martwcie się – pliszki śpiewają, że Pan Labiryntu powróci do składu NYK.

Josh Harrellson - sezon wyznaczony dwoma wydarzeniami. Pierwsze to złamanie nadgarstka, drugie to zmiana na stanowisku sternika dowodzącego. Oba te zdarzenia w gruncie rzeczy zbiegające się w czasie miały kolosalny wpływ na pierwszoroczną „przygodę” Josha z NBA. MDA miał w swojej bezideowości i dobroci serca skłonność do tego, żeby dawać mu jakieś minuty. Szortek nie miał nic przeciw temu i zasadniczo jak na gościa, któremu wróżyłem karierę największego białego stróża w historii MSG radził sobie zaskakująco dobrze jak na miarę swoich ograniczonych możliwości. Trener Woo nie czuł się jednak związany ciepłym uczuciem poprzednika w stosunku do Harrellsona i zasadniczo odciął go w rotacji. W gruncie rzeczy druga część sezonu to w wykonaniu Jortsa tylko eksperymenty ze szczeciną na facjacie. Najpierw jakaś nieśmiała deklaracja poparcia dla towarzystwa miłośników Rometa i Komara, a potem poszukiwanie korzeni w Irish Pubie. Kariera przed nim świetlana...

Jared Jeffries - król ezoteryki stosowanej, niematerialny Pan niebytu i astralny wśród znikniętych świata. To niesamowite, jaką drogę przeszedł w ostatnim roku. Z jednego z najbardziej wyśmiewanych zawodników ligi do "decent, respectful defender". Nawet ja doświadczyłem ewolucji uczuciowej w stosunku do niego. Kiedyś był źródłem mojej zajadłej niechęci, a teraz... traktuje go jak niepełnosprawnego i odczuwam… dobrotliwe współczucie. Chociaż naprawdę trudno emocjonować się facetem, który nie oddaje rzutu, ma 4 zb. i przebywa na parkiecie 25 min. Fascynacja taką grą graniczy z perwersją na równi z pejczami, lateksem i dręczeniem zwierząt futerkowych aksamitna poduszeczką. Cóż, ten defensywny marsz śmierci Jareda ku upodleniu przeciwnika zastopowało cieknące kolano, które wymaga chyba spotkania z polskim hydraulikiem. Nie martwicie się Jared jest jak Lenin - wiecznie żywy. W NYK będzie już na zawsze. Po zakończeniu kariery będzie siedział na kasie w MSG. Albo na bramce. Za pięć buksów będzie robił ofensa. Za dychę będzie offens rodzinny (dwóch dorosłych i dwójka dzieci). Nie oddaje się talizmanów. To przynosi pecha.

Renaldo Balkman - jego przypadek jest tylko kolejnym dowodem na istnienie związku między światem sportu i wielkiej polityki. Jego kariera została politycznie zablokowana. To już oficjalne. Nasza Redakcja dotarła do zupełnie szokujących danych i informacji. Wynika z nich wprost, że interwencji dokonał sam komisarz Stern, który po meczu przedsezonowym z NJN - gdzie Renaldo "Talibo" Balkman, zaliczył występ kariery powiedział, że małyszomanię z udziałem Renaldo trzeba ukrócić w zarodku. Komisarz David wymógł na Właścicielu, Trenerze Mike'u i kierowniku drużyny, żeby ten jak to się wyraził "człowiek o twarzy podobnej zupełnie do afgańskiego pasterza rogacizny" został odstawiony do Guantanamo celem dokonania obserwacji psychiatrycznej. Stern sugerował, że jest to oficjalna prośba przekazana mu w formie rozkazu kierowanego od czynników zbliżonych do Białego Domu. "Tu chodzi o bezpieczeństwo kraju i wizerunek USA na arenie międzynarodowej. Nie będziemy gloryfikować i stawiać, jako ikony naszego kraju człowieka o twarzy podobnej do tej, do której statystycznie strzelamy w Afganistanie. To może kogoś skonfundować i wpłynie fatalnie na relacje z Prezydentem Karzajem. Co było robić? Renaldo musiał odejść. Po cichu. Bez słowa wytłumaczenia. Powodu. Według raportu służb wewnętrznych (CIA) - został zdemaskowany, jako uśpiony kret Bazy. My w Redakcji nie mamy złudzeń, że ten dokument został sfałszowany. Co może jednostka w starciu z machiną rządową? Nic. Renaldo delegatem Al-Kaidy? Aha broń masowej zagłady w Iraku... Jasne. Wszystko, co Balkman potrafił, to ćmić zioło, zaplatać włosy w te strucle i udawać, że umie grać się w koszykówkę. A tak? Może znajdzie dla siebie miejsce w Polsce. Podobno jest już formowana drużyna w Starych Kiejkutach...

Mike Bibby – to ”coś” miało kiedyś sezon, w którym zdobył ponad 1.700 pkt. Nie, to nie było na playstation. To wydarzyło się naprawdę. Nic, że w czasach, kiedy na Ziemi żyły trylobity. I on sam był żywy. To również w tym czasie zdobył tytuł mistera mokrego podkoszulka ziemi chełmińskiej- dobrzyńskiej. Kiedy na pozycji PG rozważano już postawienie na Jeffries'a, ekipa Ghost Busters schodziła do katakumb otwierała wieko trumny, wciągała skrupulatnie wbity w pierś osikowy kołek i wyprowadzała Hrabiego Draculę pod osłoną nocy na parkiet MSG. Na wejściu dostawał setkę RH + i obietnicę małpki z grupą AB po ostatnim gwizdku. Oświecony lampami zamierał w bezruchu. Mrużył oczy. Próbował znaleźć cień jaki tablica rzuca na parkiet, żeby w tym miejscu zregenerować rany wypalone przez światła jarzeniówek. W przyszłym roku sugerujemy wieko krypty oblać Kropelką i do tematu umarłego Mike B. już nie wracać. Przestańmy straszyć dzieci.

Jerome Jordan - gdyby go obudzić w środku nocy, potrafiłby wymienić wszystkie godziny odjazdu autobusów Greyhound jadących do Erie i z powrotem, wraz z cenami biletów, dozwolonym bagażem i czasem zatrzymania w stacjach pośrednich. Gdyby go trochę przeszkolić miałby etat na dworcu PKS w Grywałdzie gdzie robiły za punkt informacyjny dla kosmitów, którzy zapodziali się w przestrzeni międzygalaktycznej. W Eire został bożyszczem tłumów. Ludzie przynosili mu posiłki pod schody domu, myli samochód i śpiewali jamajskie kolędy. Ci ludzie z małych miasteczek potrafią uszanować swoich idoli. Tak szczerze i z dobrotliwego serca. Obok dyni w kształcie krowiego fallusa, psa o dwóch głowach, kobiety z brodą - Jerome Jordan uchodził za jedną z największych atrakcji malowniczego Eire. Myślę, że będzie jeszcze ich odwiedzał. To tworzy więzi na całe życie.

Dan Gadzuric - Mapa Piri Reisa, Trójkąt Bermudzki, Las Hoia Baciu, kontakt Gadzurica. Widzicie podobieństwo? Tak - to jedna z największych zagadek ludzkości. Jak to nie jest porównywalne? A może chodziło po prostu o zbilansowanie wymiany handlowej z Królestwem Niderlandów poprzez mocne wejście na rynek holenderski? Wszak i w NYK i w Holandii – oranż się pojawia. Nie rozumiem tylko jak za tych kilku minut na parkiecie można było oddać Walkera? To się w głowie nie mieści... To jest wyprzedawanie majątku narodowego, tych pereł w koronie za bezcen... Za to w dzikim kraju grozi Trybunał Stanu!

12:05, znykajacy
Link Komentarze (13) »
piątek, 11 maja 2012

Kolejny sezon za nami. I co za tym idzie czas rozstrzygnąć trzecią edycję ZZZ.

Najpierw przypomnienie pytań i prawidłowe odpowiedzi.

1) Ile zwycięstw odniosą w Sezonie NYK? 36

2) Jaka będzie dyferencjał pomiędzy średnio zdobytymi a średnio straconymi punktami przez NYK w Sezonie? (jeżeli ktoś uważa, że punktów straconych będzie więcej niż zdobytych proszę trzeba wpisać znak minus przed podana wartością, brak minusa będzie uznawany za… plus); 3,1

3) Jaka będzie średnia punktowa najlepszego strzelca NYK w Sezonie?; 22,6

4) Jaka będzie skuteczność NYK rzutów za trzy w Sezonie?; 33,6

5) W ilu meczach w Sezonie zagra Tyson Chandler? 62

6) Jaka będzie łączna suma asyst i przechwytów Tony’ego Douglasa w Sezonie?; 106

7) W ilu meczach Sezonu zasadniczego Jared Jeffries wystąpi w pierwszej piątce NYK?; 4

8) Ile punktów zdobędzie w Sezonie Amare Stoudemire?; 823

9) Ile łącznie minut na parkiecie w Sezonie spędzi Jerome Jordan?; 108

10) Jaka będzie łączna średnia punktów, zbiórek, asyst i przechwytów w Sezonie Imana Shumperta?; 17,2

11) Ile asyst w Sezonie będzie miał point forward Carmelo Anthony? 200

Zacznę od tego, że tomek1267, dwukrotny zwycięzca tego konkursu nie wygrał. Uffff…

Zwycięzcą, a właściwie gościem, który znokautował wszystkich konkursowiczów okazał się:

Pan Marek (adres mailowy ms923@o2.pl).

Powiem tak Pan Marek zdobył 20 z 33 pkt. możliwych do zdobycia. 60%. Tylko trochę gorszy od T. Chandlera. No, brawo! Trudno to inaczej nazwać niż KO…

Gratuluję serdecznie! Nagroda Waści nie ominie. W miarę możliwości proszę o kontakt mailem.

PS. Apropo boksu okazało się, że Artur Szpilka jest fanem Carmelo. Przypadek?

Przeżyjmy to jeszcze raz!

22:09, znykajacy
Link Komentarze (14) »
środa, 09 maja 2012

Armageddon. Doomsday. The Final Battle. Apocalypse.

At last we will reveal ourselves to the Jedi. At last we will have revenge.”

It all endsed tonight...

At last...

Wykonało się.

Cudu nie było.

Bo nie mogło go być.

Nie ma się, co obrażać, kręcić nosem, zwalać wszystkiego na sprzedajnych sędziów czy pechową złośliwość kontuzji. Powiem więcej – trzeba się do tego przyzwyczaić. Jak to trafnie zauważyło Deep Purple już w 1969 r.:

"You'd better close your eyes, you'd better bow your head.

Wait for the ricochet."

To się będzie powtarzać. Rykoszet będzie się odbijał. Przez najbliższe kilka sezonów. Monotonnie i tak samo. Czy to będzie pierwsza runda, drugi szczebelek PO czy nawet finał Wschodu. Nie ma siły, która pozwoliłaby na pokonanie tej plażowej hydry (zakładając oczywiście, że nie pojawią się jakieś zupełnie ekstraordynaryjne okoliczności w postaci kontuzji, więzienia czy grypy żołądkowej).

Melo, STAT i Chandler nie mogą robić nawet za odbicia w krzywym zwierciadle postaci James’a, Wade’a i Bosha. To jest nawet do siebie nie podobne.

Powiedzmy sobie również zupełnie szczerze – to MIA a nie NYK będzie w pierwszej kolejności przyciągało podstarzałych weteranów jak światło świecy przyciąga nocnego motyla. Steve Nash? Ray Allen? Jason Terry? Why not? Każdy chce obciążyć serdeczny palec słodkim balastem pierścienia... A to właśnie trójka z South Beach stwarza największe szanse na tego typu uniesienie. Abstrahując już od cap space’u i możliwości zagospodarowania krótkiej kołderki– te rozważania pozostawię sobie na kolejną impresje – pt. „Quo vadis NYK”? – kogo udało się przyciągnąć w tym roku do gry w Nowym Jorku? S. Novaka, którego kariera znajdowała się nieprzyjemnie blisko barierki, za którą otwierał się bezmiar PLK? B. Davis, którego lista kontuzji i dolegliwości doprowadziłaby do bankructwa NFZ? M. Bibby’ego (zostawmy już to, że wypędzono go nahajami z MIA), którego świadkiem dobrych występów jest już mniejszość żyjąca na globie? J. Lina, który co prawda okazał się wyścigowym fuksem, ale poważanie zaczął rozważać staż w noodle barze na stanowisko płuczącego warzywa, JR Smitha którego psychikę próbowano przebadać za pomocą komputera FET i ten się zawiesił? Jared Jeffries, który jest koszykarzem-inaczej? Dan Gadzurić, który przyjąłby każdą robotę, która pozwoliłyby mu oglądać za darmo mecze NBA w pierwszym rzędzie? Bez żartów. NYK nie mają tej siły grawitacji, którą ma MIA. NYK nie daje rękojmi, ani gwarancji tytułu. Prawdę mówiąc ten sezon w swoim najczarniejszym momencie nie dawał nawet prawa sądzić, że PO są w ogóle realne. Do tych mocarstwowych aspiracji i słów pełnych pychy, że oto znowu jesteśmy na koszykarskiej mapie NBA trzeba podchodzić z daleko idącym sceptycyzmem, żeby nie powiedzieć z kpiarskim uśmieszkiem. LeBron nie uwierzył w magię NYK w 2010 r. Czy może być lepszy dowód?

Zgoda. Jesteśmy w stanie połknąć jakichś weteranów, ale raczej to będą Ci, których nie chciano w MIA, CHI czy LAL. Drugi gatunek. Trzeci sort. Popłuczyny po wodzie po ziemniakach. Banany po przecenie. Co mamy do zaoferowania? Jednego naburmuszonego, który najchętniej grałby sam, drugiego który zaczyna przechodzić bolesny proces dendrologiczny stwardnienia łyka w korę, czy gościa którego arsenał gry w ataku przypomina wystrzały z zamokłego kapiszona. No tak jest jeszcze to światełko w tunelu w postaci tego chińskiego dziecka słońca – ale szczerze tylko desperat chciałby się przy tych promieniach ogrzać... To są fakty. Mówię od razu. Spadnę z krzesła, jeżeli na przejście do NYK zdecyduje się Nash. Chyba musiałby się nałykać kompoty z peyotlu.  Jeżeli to się stanie odszczekam wszystko.

Mecz? Tlił się, ale od 2Q, NYK oglądali już tylko oddalające się czerwone lampy światła stopu... Nie było zbiórki w obronie, nie było trójki. W ogóle to... co było? Pochylenie głowy... Miotanie się ryby saku. Szczerze? Naprawdę nie ma, o czym mówić.

Co do MIA? Jestem delikatnie rozczarowany. Wygrali. Bezsprzecznie. Ale nie czułem płynności ruchu tłoka. Raczej takie skoki silnika. Zgnietli, ale tak w brzydkim stylu, bez zaangażowania. Żeby bardziej bolało? Hmmmm... To by było zbyt perfidne. Nie umieliby tego zagrać. Piękna akcja D. Wade’a (czy gdyby posmarować Sylwesta Stalone’a czernidłem to nie, wyszedłby nam Dwayne?) w której wszedł lay upem a potem jak w baseballu zdobył wślizgiem nogami bazę... Klasyk.

C. Anthony – gdybym był złośliwy (a przecież nie jestem) to bym powiedział, że do zdobycia 35 pkt. potrzebował 31 rzutów (dla porównania James dla swoich 29 pkt. użył tylko 16 rzutów z pola). Wiem, że to czysta demagogia. Ale argument chwytliwy. Szarpał, kąsał, zlał się nawet potem. Wykrzywiał te swoje nabrzmiałe usta w kpiarskim uśmiechu. Statystycznie się obronił. Drużyny nie zainspirował. Czyli prawie jak zwykle. Ale jest najpiękniejszy. Jak Królewna Śnieżka z nadwagą.

A. Stoudemire - rozpuścił zagony kukurydzy i ucharakteryzował się na zapuszczony klombik. Podobno przed meczem poszedł na kolację z gaśnicą (zamówiła same ogniste dania) i wszystko sobie jeszcze raz wytłumaczyli. Świadkowie tego pojednania mówili, że to wyglądało na spotkanie starych starych przyjaciół. Teraz STAT rozgrywa incydent na litość. „Lekarz mi powiedział chlip chlip, że gdybym skaleczył się o milimetr wyżej to chlip, chlip naruszyłbym nerw i moja kariera byłaby skończona chlip, chlip”. STAT wiem, że brzydko tak mówić i osobiście wiesz stary, że nie mam nic do Ciebie, ale o ileż byłoby prościej dla organizacji, gdyby tak się stało. A tak... Cieszymy się, że nadal będziesz jeszcze przez lata z nami! Nasz biały albatrosie pikujący prosto na ziemię. Co do gry? Spóźniony w obronie, nieistniejący na desce. Mało chwytny w ataku. Do tego spadnięty za faule. Król jest nagi.

Stolikowy od mikrofonu MIA zażartował po 6 faulu, że Amare jest "extinguished from the game"... Good timing.

A żem był pominął najważniejszy występ STATa w tym sezonie. Suchar roku. Amare zrobił ofensa, który sprawił, że mógł otulić się ręcznikiem na ławce rezerwowych a S. Battier zaliczył zębami parkiet. W ludzkim odruchu STAT podał mu rękę do wstania, żeby potem powiedzieć - "Akuku! Wstawaj se sam". Shane nie jest gapa - uczepił się gatek... Ma ten Amare ten niepowtarzalny styl.

T. Chandler – to fajny chłopak i wiem, że wielu z Was go bardzo lubi, ale przyznajcie on ma coś z foki. Chwytność jego rąk przypomina stopy. W obronie próbował coś zmienić, w ataku dostał blok od James’a i nie mógł dojść do siebie. MIA ośmieszyło jego defensywną statuetkę. Obeszło ją generalnie bokiem. I mówiąc obcesowo zlało.

L. Fields – statystycznie to jeszcze jakoś wyglądało. Wizualnie nie dało się już oglądać. Mam regularną cofkę jak widzę, kiedy biegnie do ataku na tych swoich paluszkach jak baletnica...

M. Bibby – to była najlepsza 1Q kwarta Mike’a od czasu, kiedy ludzkość wynalazła koło. Zęby Pat Riley’a krzesały iskry. Kto wie czy tym występem nie kupił sobie biletu na następny sezon. To by było zbyt piękne oglądać go znowu w akcjach, które naprawdę nie są powtórkami...

J.R. Smith – przygolił trawniki przy uszach i w ten sposób zapisał się do klubu reprezentowanego przez takich tuzów Dark Side’u – jak D. Stevenson, Metta World Peace, Nick Young czy N. Robinson. Prawda, że to ciekawe? Oni wszyscy wyglądają tak samo. Klony. Do tego stopnia, że skopiował swój występ z ostatniego spotkania. 3-15. To niebywałe, ale znowu chciał być Johnem Starks’em z meczu nr 7 z 1994 r. Nie. Przepraszam. Ten opis nie oddaje jednak jego geniuszu. 36 min. ZERO zbiórek, asyst, przechwytów. To jest statystycznie niemożliwe. A jednak. Zagiał antymaterię. Niech najlepszym komentarzem popisów tego Pana w serii PO będzie skupiona jak w soczewce statystyka. 35 min., 31% z gry, 18 za trzy. 2,2 ast, 2,6 zb. Poraża deklaracja – chcę grać w NYK... Ten człowiek powinien być cofny na rogatkach NYC...

J. Jeffries – kiedy oddał turnaround jumpera prawie za trzy - oniemiałem. Czyżby on był odpowiedzią na bolączki NYK w ataku? Brakującym ogniwem? Najciemniej jest pod latarnią? Niewykorzystany potencjał, który marnował się przez cały sezon?. Ten rzut był jak rysa na szkle ofensywnej indolencji... Jestem wewnętrznie roztrzęsiony. Teraz chyba czas na zasłużoną operację kolana... Doczłapałeś do końca o Wielki Astralny!

T. Douglas – bał się nawet biegać a wyglądało na to, że Jordan krzyczał z ławki – wdech, wydech. Toney naprawdę, tego sezonu nie dało się już bardziej spaprać. Nawet takie 1-6 z gry niczego by już nie zmieniło. Jesteś po prostu za słaby na grę w tej lidze. Może czas wreszcie zmierzyć się z tą smutną prawdą o sobie. Możemy dać Ci referencje do gry np. w Kotwicy.

S. Novak – 12 min. obecności w protokole i nieobecności na boisku. Dysonans między bytem papierowym a bytem realnym. Wielki przegrany serii. Człowiek, którego MIA przykryło plażowym parawanem. Ok. Była jedna akcja, o której warto wspomnieć. Przestraszył atakującego Bosha w akcji jeden na jeden. Tyle, że Bosh popuszcza już na widok własnego cienia, więc nie wiem czy nawet warto o tym wspominać...

J. Harrellson – minuta czegoś, co trudno nazwać grą w koszykówkę.

R. Turiaf – nie było by tego zwycięstwa MIA w tej serii, gdyby nie gigantyczna praca, którą wykonał na ławce rezerwowych nasz ukochany Mim. Ta ekspresja, to szczery zdziwienie, prawdziwa radość. Ten król ekspresji medialnej Karol Strasburger mógłby u niego robić habilitację z mimiki twarzy. Miss kamerzysty. Widzieliście jego zdjęcie na nba.com? Dopiero teraz zauważyłem. Nie wiem jak Wy, ale mam ja mam tylko jedno skojarzenie...


Dziękuję wszystkim za cały sezon 2011/2013! To były niezpomniane chwile. Zaglądajcie na NI bo w planach jeszcze kilka impresji possezonowych podsumowujących, a potem przechodzimy na wakacyjny bieg jałowy, gdzie będziemy robili z igły widły, a newsy bez znaczenia będą urastały do wydarzeń o znaczeniu nieporopcjonalnym do ich wagi. Np. czy z 48 pickiem da się wyciągnąc podobny talent do Jerome'a Jordana?

11:42, znykajacy
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 07 maja 2012

Znowu błocko, znowu plucha, znowu zapasy w kisielu.

Kalka z meczu nr 3.

Obie drużyny zafundowały nam rzadki popis koszykówki umazanej w smarze, sadzy i węglu. Walka barowa.

Istnieje problem identyfikacyjny. Czy to była tak dobra obrona czy taka słaba skuteczność? Jedno wynika w jakiejś części z drugiego. Za trzy to była rzadkiej maści cegielnia po obu stronach wpadło tylko 8 z 41 trójek…

Końcówka warta meczu nr 7. Emocje sięgające zenitu. Wypalające mózg. Zwroty akcji. Napięcie postronków. Na koniec wymarzone od dekady zwycięstwo w PO. Spadające konfetti, ryk publiczności, burza oklasków i gwizdów samozadowolenia. MSG oszalała. Atmosfera przynajmniej jak po zdobyciu drużynowego mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów juniorów młodszych w Węgierskiej Górce.

Nie chcę nikogo dołować, ale nadal jest 3-1.

Mnie bardziej przygnębiło MIA. Jacyś byli bez ikry. Jakby im nie zależało. Nie mieli tego drive’u w oczach, żeby zakończyć tę serię mocnym gwoździem do trumny. Nawet takie delikatne desinteressement… Dziwne. Martwię się o nich, bo szczerze mówiąc nie przekonują mnie mistrzowsko. Obejrzałem OCK i zrobili na mnie lepsze wrażenie… Może to tylko chwilowe wrażenie.

Nie rozumiem też do końca jednego. STAT, Chandler i JR Smith mają tak w połowie 4Q po 5 fauli i wydaje się, że MIA powinni jak w warcabach ich powybijać, żeby oczyścić przedpole w końcówce. Udaje się utrącić tylko Tysona. Ale też trudno uznać, że to było zaplanowane. Raczej przypadkowe.

D. Wade też się w ostatniej akcji nie popisał. Pierwsze kilka sekund zachowywał się tak jakby się zastanawiał, czy to na pewno do niego należy ostatnia piłka. Może jednak powinien podzielić się z Królem? Ta wewnętrzna dyskusja trwała kilka cennych sekund.  Niestety James urządził sobie paśnik w rogu i się oczami Bambiego patrzył zupełnie z boku na dylematy Wade’a. To jak to się wyklarowało to zaczął Dwayne’a gonić czas. Zamiast iść od razu na kosz cross-overem, po pick and rollu z Boshem i wejść mocno w STATa na akcje 2+1 to robi trzy kozły, które odprowadzają do tego, że Amare odskakuje i się nieco lepiej ustawia. Wade mimo to wchodzi, ale uliczkę zamyka mu Fields. Dwayne ucieka za łuk i rzuca takiego jumpera z potrójnym rittbergerem. Żeby tak trafić to trzeba by było być Grzesiem Filipowskim.

C. Boozer i C. Bosh musieli się wychować w jednym sierocińcu. Bo nie wierzę, żeby ktoś świadomie przyznawał się do ich rodzicielstwa. Obu zawsze można podejrzewać o najgorsze i to na ogół jest tylko czubek góry lodowej.

C. Anthony – 41 min/41 pkt. Od bycia winnym porażki do bycia bohaterem dzieliła go wczoraj bardzo cienka linia. Gdyby trafił wszystkie wolne po tym jak Battier sfaulowal go przy rzucie za trzy przy stanie 87-84 i 25 sek. do końca spotkania, światła w MSG paliłyby się kilkanaście minut krócej. Cały mecz się męczył, nie trafiał z dystansu, więc adaptował grę zdobywając punkty po wejściach, dusząc deskę. W sumie był nie do zatrzymania. Rozkręcał się. W każdej kolejnej kwarcie zdobywał co raz więcej punktów. 8, 10, 11, 12. Szkoda, że nie doszło do dogrywki. Mógł zrobić coś obłędnego. Przeciwko obronie Jamesa i Wade’a był 9-15, przeciwko Battierowi – 6-12. Bezsprzecznie mecz mu wyszedł. To po meczu z CHI drugie takie „wielkie” spotkanie.

A. Stoudemire – tak bardzo nie chciał być negatywnym bohaterem sezonu, że wyszedł na boisku. Czym jest jednak presja tłumu… Był jak Poncjusz Piłat. Tylko nie mógł… umyć rąk… Wyizolował się opatrunkiem o ośmiu warstwach plastrów i bandaży. Był szczelny do tego stopnia, że nie przepuszczał prądu, światła i promieniowania UV. Nie wiem, może od razu na początku sezonu trzeba było zaatakować gaśnicę, albo obciąć sobie dobrowolnie rękę. Jedna sprawna dłoń wymusiła na nim grę bardziej dynamiczną, prostszą i o ileż skuteczniejszą. Nie było kozłowania, kreowania własnych pozycji, robienia tych wszystkich rzecz, które statystycznie kończyły się stratą. Nie popadajmy jednak w jakieś manowce skrajnego optymizmu. To była „tylko” gra 20/10, a on jest gościem który zarabia 20m USD rocznie. Oczywiście szacunek za to, że wyszedł na parkiet. Albo… że go wypchnęli. STAT wystąpi teraz z programie Ewy Drzyzgi – w Rozmowach w Toku. Na pasku będzie napis – „kiedy robił to jedną ręką, ból wyciskał mu łzy”. Będzie na wiocha.pl?

T. Chandler – nędznie. Ofensywnie non existens. Defensywnie więcej krzyku, dymu niż ognia…

B. Davis – jednak nie zawiódł. Wieszczono mu kontuzję. Wytrzymał publiczność niemal do końca sezonu. I bum. Grande finale. Ostatnia scena w monodramie o zatonięciu Titanica. Coś chrupło, coś trzasło, coś rypło. Zdyskolował sobie znaczną część rzepki (pozdrawiamy), która przesunęła się w stronę kostki. Jej poszukiwania nadal trwają. Wyglądało to dosyć mało apetycznie (nie udało mi się już skończyć kolacji). Odjechał na noszach. Ta kontuzja zbliża go paradoksalnie do dwóch rzeczy a) końca kariery (at last) albo b) pozostania w NYK na kolejny minimalny sezon (kto będzie chciał wziąć kulaska)… Baron trzymamy kciuki za Ciebie. Życzymy powrotu do zdrowia… I wielkiej kariery w telewizji śniadaniowej.

L. Fields – szczęśliwie wszedł Wade’owi w drogę w ostatniej akcji. Cała reszta jest ponurym żartem.

J.R. Smith – chciał być jak John Starks w meczu finałowym 94’ z HOU. Takie podanie pałeczki, sequel, legacy, pieczęć na tym epizodzie w NYK. Prawie się udało tyle, że NYK wygrali. Dark Side aż buchał nozdrzami, roztaczając się złowrogą aurą… Będzie miał szansę się poprawić. Ostatni raz.

S. Novak – znykającego punktu ciąg dalszy… Nauka jeszcze nie wynalazła takiego mikroskopu, który pozwoliłaby go zlokalizować na boisku… To jedyna rzecz, która się MIA bezwzględnie udaje.

M. Bibby – pół-bohater, pół-człowiek (?) o twarzy niepodobnej do ludzkiej trafił wczoraj trójkę która zainicjowała ostateczne zwycięstwo. Pat Riley musiał tam zaciskać pięści w niemej wściekłości, że upuścił na ziemię taki diament. Wobec kontuzji B. Davisa istnieje spora doza prawdopodobieństwa, że to cudo będziemy oglądali w stężeniu prowadzącym do ciężkiej nieustawności. Sugeruje przed następnym meczem jeść tylko coś lekkiego.

J. Jeffries – 4 min. ezoteryki.

J. Harrellson – facet naprawdę przeżywa jakiś głęboki kryzys osobowościowy. Znowu kombinuje coś z zarostem. Nie wyszło z rockersami to zaczął poszukiwać jakieś kolejnej grupy społecznej – subkultury – która mogła by przyjąć jego i jego szorty do wspólnoty. Padło na Irlandczyków. Woody zapuścił bowiem brodę na podobieństwo Leprechauna. Kiedy zacznie nosić zielone wdzianko i zacznie roztaczać się nad nim tęcza będzie to oznaczać, że go przyjęli… Za garniec złota.

11:41, znykajacy
Link Komentarze (17) »
piątek, 04 maja 2012

NYK dostali w tym meczu los na loterii. MIA grało w pierwszej części fatalnie. Miało wolny start, nie trafiało z pola (przez 10 min.), gubiło piłki, frustrowało się (jest taki moment kiedy James zjechał Chalmersa jak burą samicę psa). To było naprawdę brzydkie. Brudne. Oleiste. NYK wysforowali się na przód i osiągnęli niebotyczną w tej serii przewagę 40-29… I wtedy wszystko się skończyło. Bo każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy. Zgodnie z przewidywaniami. Dodajmy. Ktoś przeżył jakieś uniesienie? Stefan przyznaj się? Wierzyleś, że ta karta może się odwrócić? Z MIA trzeba grac przez 48 min. i ciągle nie można być pewnym wyniku. Nie da się zagrać dobrze przez jedną kwartę i liczyć na to, że to wystarczy, bo  Król i jego świta abdykują i zrobią Hołd Pruski. It ain’t gonna happen.

Doceniam pracę wykonaną przez NYK w obronie w 1H. Hello! MIA zdobyło w ciągu dwóch pierwszych kwart całe – 36 pkt. Nie sądzę, żeby ktoś tak bardzo przydusił ich kolanem w tym sezonie. To było tak słodkie, że nadawało się do zawijania w sreberka. Szacunek. Poziom bezradności i bezideowości MIA był porażający. Irytujący. W drugiej połowie zabrakło sił, konsekwencji i wartościowych zmienników. Heat podkręciło temperaturę w saunie. Nie da się grać na obu końcach boiska z taką samą intensywnością. Zwłaszcza gdy masz przeciwko sobie Jamesowi, Wade’owi i Boshowi.

Jednak to, co MIA zrobiło defensywnie w drugiej połowie z NYK to było więcej niż obrona Tobruku. Tego się nie da opisać ludzkimi słowami. Bill Walker by to dobrze wyraził w narzeczu Uruk-hai.  Heat zatrzymali NYK na poziomie poniżej 25% z gry. 8-33. Wgnietli ich w parkiet. Wybatożyli i pognali psami po śniegu. Nie do uwierzenia, że można tak stłamsić przeciwnika. Do tego geniusz Jamesa, pomocnictwo Chalmersa w 4Q i parkiet zaczął się żarzyć. NYK mogli wtedy już tylko patrzeć jak płonie łódź ich życia...

I to nie znaczy, że NYK byli źli. Nie. Grali najlepiej jak umieli, starali się, ale to Heat na nic im nie pozwolili. Nie dali szansy nawet się popłakać. Nie ma takiej zwierzęcej siły, która mogłaby powstrzymać MIA. W każdym razie NYK nią nie są.

Moralne zwycięstwo odniosła ławkach rezerwowych NYK– miażdżąc Heat w punktach 22-5. Więcej pozytywów chyba nie było.  

Trzynaście porażek z rzędu w PO. No cóż rekord to rekord. Też się liczy. Że niechlubny? Nie czepiajmy się.

Koko koko Knicksi spoko!

No to 0-3. Można zluzować. W historii jeszcze żadna drużyna nie wyszła z takiego stuporu. Kiedyś to się na pewno zdarzy, ale nie będzie to w tej serii.  W niedzielę kończymy ten zwariowany sezon. Nie sądzę, żeby MIA pozwoliło sobie na drugi tak słaby występ. Jeżeli mieli swoje Waterloo to… było to wczoraj.

C. Anthony – samotny wśród narodów świata. Liczba wariantów defensywnych, które przygotował na niego E. Spoelstra porażała wymyślnością smaków. Pikanterią. Każdy z zawodników MIA chciał go sobie go uszczknąć. Pokąsać. Jak nie uderzenie z łokcia w małżowinę uszną to, delikatny strzał z serdecznego w gałkę oczną. Zamęczyli go. Poszarpali. To jest ponad siły zwijać się w ataku – wiedząc, że jak nie Ty to nikt i jeszcze patyczkować się z Jamesem w obronie. Trzeba by mieć dwa serca z cztery płuca, żeby sobie z tym poradzić. To nieludzkie. Nie ma wstydu. Robiłeś co mogłeś, a mogłeś naprawdę niewiele.

S. Novak – nie istnieje. Zematerializował się. Delikatne krycie i Steven nie ma żadnego pomysłu na grę. On jej nawet nie szuka. On się chowa. Czeka w tych swoich kątkach na piłkę jak Vladimir i Estragon na Godota. A ona nie nadchodzi. Jedyne, co mu się świetnie udaje to celebracja zbiórki. Po złapaniu piłki robi przysiad, zaplata ramiona na piłce i tak się wymownie patrzy. Jakby chciał wywołać jakieś wyrzuty sumienia. Zajmuje to tak ze 3 sekundy. Wspaniała apoteoza człowieka zbierającego. Jego gra obronna jest „literally some kind of a joke”.

T. Chandler – jest różnica między Tysonem z grypą a Chandlerem bez grypy. Statystycznie wygląda to jak zwykle bardzo dobrze, ale na grę przekłada się bardzo niewielkim stopniu. NYK jak przegrywali, tak przegrywają.

B. Davis – ależ tam raz wjechał na kosz, jakby mu ubyło przynajmniej z dziesięć wiosen. Tyle, że takie zagrania mają wymiar czysto epizodyczny. Są jak spadające kartki z kalendarza. Fizycznie ciągle wygląda jak po ciężkim zawale. Oglądanie podwodnej koszykówki jest podobno bardzo popularne w Egipcie.

L. Fields – ofensywnie przeciętność, ocierająca się o słabość. W obronie muszę go pochwalić bo trzeba powiedzieć, że Wade miał z nim poważne problemy moralne. Landry bardzo blisko podchodził do Dwayne’a na nogach i ten miał tendencje do zbyt frywolnego zaplątywania się w nie. Shumpert byłby dumny.

J.R. Smith – cały Lord Dżejar w swojej okazałości. Nieskuteczny, patologiczny, bezgłowy. Non-factor. Zaczadzony Dark Side’em. Oglądanie jego gry wywołuje ciężką depresję połączoną z myślami samobójczymi. Tylko znowu zadam pytanie. Jak nie on… to kto ma wziąć na siebie ciężar gry w ataku? Jakoś nie ma chętnych. Już nie mówię umiejętnych. Jego dunk będzie aspirował do akcji roku tych PO. MASAKRA!!!

M. Bibby – dwie celne trójki, które miały zbawić świat. No… nie zbawiły. Ale próbuj dalej Mike. Pokaż dawnym kolegom, że popełnili jednak wielki błąd nie przedłużając z Tobą umowy na ten sezon. Twoja szybkość, doświadczenie, umiejętność zatrzymania przeciwnika. To wszystko przecież nadal potrafisz dać drużynie. Dlaczego nikt się na tym nie poznał. Ok. Spokojnie. To wszystko już za Tobą. Just kidding.   

J. Jeffries – 13 min. Wkleił na siebie jedno pędzące ciało. Zawodnik kompletny inaczej. W pluso-minusach +4.

J. Harrellson – Angela nie może nadal znaleźć uznania w trenerskich oczach Wielkanocnego Jaja. Dlaczego? Nie wie. Jego prawie 5 minutowy występ dało się przynajmniej zauważyć. Nie można było przejść obok niego obojętnie. Nie jest jak dziewczynka z zapałkami…

Iman Shumpert – miał zwycięskie spotkanie ze skalpelem. Przeżył. Widzimy się za 6-8 miesięcy.

Amare Stoudemire – ależ opatulony tym temblakiem jak babuszka na Syberii. Pokazywał, że może ruszać palcami. Gaśnica jest rozczarowana. Szczerze? STATystyki nie kłamią – bez niego NYK grają lepiej… STAT opowiada jakieś bajki o tym, że jest wielka szansa na występ w meczu nr 4. Ty se Amare już usiądź i weź proszę już nie przeszkadzaj.

J. Lin – też mu się zebrało na fantasmagorie i zaczyna majaczyć o grze nr 5. Na szczęście jej już nie będzie, więc mamy te rozważania z głowy. Powstanie mit, że gdyby NYK wygrali niedzielną grę to wtedy Jeremy by zagrał, a wtedy losy tej rywalizacji mogłyby się odwrócić. Chyba do ściany.

08:27, znykajacy
Link Komentarze (24) »
wtorek, 01 maja 2012

Taki mecz trochę bez historii. Dość drętwy i mało śmieszny, Przejechał walec i wyrównał. James i spółka mogliby budować autostradę A2.

NYK zmienili taktykę. Zaadoptowali grę do zmieniających się realiów. Brawo. Zamiast ustawiać Melo w poście (co poskutkowało telefonem do porucznika Borewicza w 1Q meczu nr 1, bo MIA kryło go od piłki, natychmiast podwajało i wymuszało rzuty przez ręce) Trener Woo pozwolił przechodzić Melo w izolację z pozycji point forwarda. Początek był więcej niż obiecujący. W pierwszej kwarcie Anthony dał Battierowi czytelny sygnał, żeby sobie nie myślał, że istnieje coś takiego jak Melostopper. Szybkościowo go niszczył. Mimo, że każdy rzut był jednak kontestowany to Melo miał tę frakcję sekundy więcej, która pozwalała uwalniać jego geniusz zawodowego strzelca. Wydawało się, po pierwszych 12 min., że nasz Pączuś w maśle zaatakuje rekord MJ z 20 kwietnia 1986. No niestety w drugiej części chłopcy z MIA ściągnęli cugle, Melo przestał frywolnie galopować i szedł już równo przy dyszelku. To pokazuje, jak szybko i skutecznie Spoelstra widzi i czyta grę. Adaptuje pionki do zdarzeń na boisku. Nie czeka. Przechodzi do czynów. Szybki wynik matematycznych obliczeń– Melo w 1Q – 6-11, 15 pkt, Melo w 2-4Q, 6-15, 15 pkt.

Drugi element, który NYK próbowali zrealizować taktycznie sprowadzał się do bardzo szczelnego i agresywnego krycia Jamesa. Pomysł dobry tylko, że LeBron trochę za dobrze podaje i trochę za dużo widzi. I to właśnie pokazuje potęgę MIA. „Aha James ma kłopoty, świetnie, ciężar zdobywania punktów przejmuje na siebie Wade. Dwayne masz chwilę? Mógłbyś trochę pociągnąć. Fajnie. Dzięki stary. OK. To ja teraz trochę porozgrywam. Uważaj podaję!”. Nie docenia się moim zdaniem jak bardzo MIA gra koszykówkę zespołową, nakierowaną na zbiorowość a nie na indywidualne popisy. Tu gra zespół a nie grupa zawodników luźno powiązana ze sobą statystycznym osiągiem. I tego NYK nie przeskoczą. Początkowo taktyka obrony Częstochowy przeciwko Jamesowi nawet działała (Wade kąsał, ale wynik się trzymał), tyle, że potem zabrakło sił i konsekwencji. Król zerwał się, ze smyczy i poszedł w tango. Dodatkowo na nieszczęście dla NYK LeBron przeżywa teraz muzyczną fascynację zespołem Dwa plus Jeden, co powoduje, że każdą akcje stara się kończyć z faulem i rzutem wolnym. I nucąc – Windą do nieba – robił elevator na kosz…

Ten mecz pokazał, że NYK są ofensywnie słabsi niż mogłoby się to wydawać. Melo może grać swoje monodramy, ale kiedy zapomina tekstu to tak naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby być jego suflerem. STAT nie domaga ruchem scenicznym i może grać najwyżej ścięte drzewo, a danie zielonego światła JR Smithowi może zakończyć sztukę w Tworkach (ale co w tym złego?). Reszta zawodników ma swoje linijki, ale nigdy nie wiadomo, czy będą je pamiętać. Zresztą ten ich tekst sceniczny to są jakieś monosylaby. „Teraz rzucam za trzy „(Novak), „teraz oglądam plecy Wade’a” – (Bibby) „Uuuuuaaaa” (Chandler). Bardziej rozbudowanych fragmentów nie potrafią się nauczyć. Są w ogólnym rozrachunku niekonsekwentni i nieprzewidywalni jak pogoda w lecie nad polskim morzem.

Cichym bohaterem spotkania tzw. unsung hero okazał się C. Bosh. Był jak termit. Cichy sabotażysta. Wygryzł niezauważenie swoją grę w piękny drzeworyt. Wydawało się, że to James robi grę i zamieszanie, a ostatecznie to Chris miał 21 pkt. a King tylko 19.

No cóż „mecz o wszystko” przed nami. Trzeba wierzyć, że to… nie będzie już długo trwało. Tak będzie naprawdę lepiej.  

C. Anthony – prawie 45 minut bicia piany. Statystycznie wielki. Ale czy na pewno? 30 pkt. w 26 rzutach? Skonsumował jedną trzecią gry ofensywnej dając trzecią część punktów. Produktywny? Zdmuchnięty po pierwszej kwarcie. W dalszej części dymił tylko knot…

A. Stoudemire – statystycznie, gdybym nie widział spotkania, głosowałbym za jego udziałem w ASG w… D-League. Predestynowany do wielkich celów. Obejrzałem specjalnie dla niego jeszcze raz mecz nr 1. Obserwowałem jego grę z dużą atencją. Ależ on się przesuwa po boisku. Gdyby doczepić do niego wagony, mógłby przetaczać całe składy pociągów. Prawda jest jednak nieco mniej kolejowa. STAT niczego już nie wnosi, niczego nie kreuje. Nikt się go już nawet nie boi. Jest jak wypchany miś grizzly. Może co najwyżej straszyć małe dzieci w muzeum natury. Tak przez trzy minuty. Potem tatuś tłumaczy przestraszonemu maluchowi – Zobacz przecież on nie jest prawdziwy… Ożyje? Zdaje się, że biały albatros szykuje się do długiego lotu…

T. Chandler – miał grać 20-25 min. Przeciągnęło się do ponad trzydziestu. Plamy miały chyba mniejszą powierzchnię i huragany w głowie osłabły. Powietrze rozrzedzało się pod deską ofensywną…  Ryknął po put backu, co kosztowało go technika… Wyraził siebie. Tak pięknie. Prawdziwie.

L. Fields – Landry is back! Reszta jest milczeniem.

B. Davis - próbował przypomnieć sobie siebie sprzed lat. Epizody były. Ale opcją w ataku to on mógłby być w pojedynku licealistów na maturze z matematyki (kuba1809 naprawdę nie piję do Ciebie).

M. Bibby – człowiek sztuczne płuco. Daje 20 minut oddechu dla Davisa. Faceta powinna kupić WOŚP… Przyznaję, incydent z butem mi umknął. Ależ ten Wade jest pomocny. Jego miejsce jest w Salvation Army. Dobrze, że odrzucił tego kierpca na bok. Przecież Bibby mógł o niego zawadzić  i się przewrócić. NYK naprawdę nie mogą sobie pozwolić na jeszcze jedną kontuzję. Mam nadzieję, że Mike będzie potrafił się zdobyć na proste "Dziękuję". Takie ludzkie z glebi serca.  

 

J.R. Smith – jedyny, który stwarza regularnie jakieś momenty. Tyle, że gra w oderwaniu od drużyny. Z drugiej strony nic nowego. Nie przekuwa się to na nic, ale może tę patologię da się skanalizować w jakiś system. On gra o kontrakt. Takie coś jak gra w drużynie – nie może go powstrzymać.  Przynajmniej elektrolit chlupiący w jego czaszce nie przewodzi neuronów strachu. Melo i on w S5? Nie może być już gorzej. Gorzej już było.

S. Novak – powinien wziąć udział w jakimś Marszu Wykluczonych. Wyłączenie go pzez MIA okazało prostsze niż pstryknięcie palcami. To bolesne. Ostatni raz wszedł w pomalowane przeciwnika w 2006 r. bo się zgubił idąc na halftime. MIA obnaża jego jednowymiarowość. POP miał rację odcinając go kosztem np. Bonnera.

J. Jeffries – jego występy są, co raz bardziej intrygujące. Etiudy. Zredukowane do czterech podskoków. Mimimalizm formy czy komasacji treści. Wczoraj wziął udział w jednej absolutnie niesamowitej akcji ofensywnej, gdzie trzy razy musiał wyskoczyć po własnych niecelnych rzutach. Tyle, że było już po nim. Prawie zwieziony na taczkach.  

UPDATE - ten fragles STAT się tak biedny sfrustrował swoim wypchaniem, że trzepnął łapą w gablotkę z gaśnicą w locker roomie. Rozciął sobie rękę i stracił galon krwi. Ależ tam są emocje. Rąsia na temblaku występ w czwartek pod znakiem zapytania. No brawo!

10:53, znykajacy
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .
Nowojorskie Impresje
Kliknij w banner Nasz Kosz Enbiej.pl - NBA, koszykówka NBA Every Day - NBA, NCAA, koszykówka