RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011

Cud. To pierwszy od niepamiętnych dni mecz, który NYK wygrali… (tak moi Drodzy Czytelnicy – wiem, że Wam nie chce ta myśl przejść przez wąskie gardło imaginacji) - defensywą…. Wyłączyli DET w ataku w 4Q. Nie jestem pewien, czy DET oddali jeden niekontestowany rzut w ciągu ostatnich dwunastu minut… Tych wszystkich, którzy narzekają na brak i nieumiejętność gry NYK w obronie zachęcam do lektury Ostatniej Kwarty. Piękne wersy. Takiego Man to Man to jeszcze w tym sezonie nie widziałem. Prawie nie do uwierzenia… Przecierałem oczy z nieskrywanego zdziwienia… To oni tak potrafią? Jak to? Dlaczego dopiero w 47 meczu ujawniają się takie cudowne umiejętności? Oczywiście lepiej późno niż wcale… ale czyżby jakiś pierwiosnek? Raz do roku to i kij od szczotki wystrzeli…

Mecz taki - jak to mówię rowerowy. Jedna drużyna odjeżdżała, żeby za chwilę dać się dogonić. W języku kolarskim to się chyba nazywa kasowanie ucieczki… Ale nikomu nie udało się opuścić peletonu aż do 4Q, kiedy to NYK nacisnęli mocniej na pedały i odjechali na podjeździe. Fantastyczna egzekucja (obie drużyny ponad 50%) – zwłaszcza DET za trzy (12-22). Widowiskowe akcje, malownicze zagrania. Zwroty i obroty akcji. Cuda wianki. Emocje prawie do końca. Dobrze zmarnowana godzina.

Złamię nieco impresyjną konwencję i zacznę od niego, bo to co wczoraj wyczyniał ten lodołamacz znad jeziora Ładoga zakrawało na cud równy wskrzeszeniu Łazarza… Zasłużył na bycie Numero Uno (przynajmniej w opisie).

T. Mozgov - już od kilku tygodni pojawiały się plotki, że Timo prezentuje się na treningach tak dobrze, że powinien powąchać nieco parkietu… Pomyślałem sobie, nie uwierzę dopóki nie zobaczę…  A póty nie zobaczę to nie będę nawet o tym pisał… I jutrzenka szansy otworzyła się wczoraj. Bardziej z musiku niż z wyboru (Trener Mike będzie to pewnie przedstawiał to jako świadomy wybór…). Turiaf złapał szybkie dwa faule, Williams jak wiemy był zawieszony za bójkę w Atlancie, STAT sobie tam jakoś kolankowo nadwyrężył na początku spotkania… i czymś trzeba było łatać dziury na pozycjach 4 i 5. Timo musiał chcąc nie chcąc zdjąć dres, który zaczął już przyrastać do organicznej powłoki. Rozpoczął w swoim stylu. Jakgdyby nigdy nic. Od czterech niecelnych rzutów, w tym dwóch takich lay upów spod kosza, których naprawdę nie sposób było spudłować (moim zdaniem kandydują te kiksy do konkursu „Koszykarskie jaja 2011 – czyli Cabaje basketu”)… Do tego dwa faule… Strata w jego stylu – na dziurawe rączki. Nerwowość i sztywność w ruchach. Wyglądał jakby nie do końca wiedział, co się dzieje wokół niego. I to wszystko zagrane z tą nieskalaną myśleniem twarzą pełną szczerego, dziecięcego zadziwienia. O motylek! O krówka! Bezrefleksyjny w swojej beznamiętności. Brakuje tylko, żeby wydawał jakieś takie dźwięki jak: Uuuuu, Gruuu, Ghrrr… Do tego jeszcze taki mały kontrolowany ślinotok… W castingu na „Przygłup z wioskowego przysiółka” murowana pierwszoplanowa rola. Na pewno miałby epizod w Rancho. I nagle cudowna przemiana. Jakieś follow upy, dunki, rzuty z półdystansu i uskładało się 40 min., 23 pkt. i 14 zb. W tym pięć w ataku… Przypominało to wszystko chaos, ale kontrolowany… W obronie Timo ciągle przypomina smaganą wiatrem brzozę, która rzuca konarami na lewo i prawo, jakby chciał kogoś podrapać gałęziami... Momentami mógłby też patrzeć, gdzie jest piłka. Ale to są przecież nieistotne drobiazgi. Mecz życia ma już za sobą. Szybko. Czyżby Timo był naszym rosyjskim Gortatem?

D. Gallinari – znowu jakby się przebudził. Ciekawe, czy to ma szanse być trwałe… Zaczął jak to ma ostatnio w zwyczaju dynamicznym dunkiem i już myślałem, że na chwilę przyśnie, a on tym czasem dalej atakował kosz i zamęczał DET swoim tańcem połamańcem. 11 z 29 pkt. zdobył z jedynek. Odnośnie Fryzury – kilka źdźbeł skoszonego siana wystawało mu z jego prawej strony…  Bohater pozytywny. Czterech trójek nie trafił już od półtora miesiąca (ostatni raz z MIA - 17 grudnia).

A. Stoudemire – nie do zatrzymania. DET nie miało na niego żadnej odpowiedzi. Ale to prawie jak 80% zespołów. Monroe i Wilkox to nie jego liga. I gdyby nie to puknięcie kolankiem w 1Q myślę, że spokojnie pękłoby 40 pkt. To, co ostatnio cechuje jego grę, to że jest cierpliwy, jeżeli chodzi o swoją produkcję w ataku. Umie dostrzec partnera (4 ast). Nie sili się na grę samemu. Wie, że ona do niego przyjdzie. Tak czy inaczej. Znowu nie zachwycił w liczbie zbiórek. Tylko 6. Mimo to niezastąpiony.

R. Turiaf – dwa szybie faule, ławka i potem na jego twarzy pojawiał się, co raz większy cień Mozgova. To mu jednak nie przeszkadzało. Dańcował cały mecz robiąc didaskalia ciałem do udanych zagrań NYK. W tym jest absolutnym mistrzem świata. Król emfazy… i robienia tzw. atmosfery.

R. Felton – tak jak zwykle ostatnio, czyli wielce przeciętnie. Słabo rozprowadzał piłkę – czyli jak to mówi Clyde – orkiestrował. W ataku znowu przesadnie pod siebie. Ważne dwa floatery w 4Q. Jego gra również przejawia się przerostem mimiki nad realnym efektem…

L. Fields – człowiek fuga prawie połowę swoich rzutów oddał w pierwszych minutach meczu. Potem jakby się zawstydził swoją śmiałością i pozostał w ukryciu. Rzuty przygotowane tylko niecelne. 40 min. bez straty. Taka typowa fieldsowa gierka… Bez ekscytacji, a jednak ważna.

T. Douglas – miał swój grip w ataku - 4-8. Początek lepszy niż koniec. Mimo, że grał tylko 16 min. zrobił różnicę. Ciekawe, czy będzie potrafił zagrać, coś więcej w drugiej części sezonu… O ile kontuzja pozwoli.

A. Randolph – szansa chyba nie wykorzystana. Miał przygnębioną minę jakby mu ktoś kazał grać za karę. 5 zb. w 8 min. Nie wiem czy to może rozgrzeszyć? Chyba powinien przestawić się na moduł defensywny. Dla mnie fizycznie to młodszy brat Camby’ego. Jak dla mnie może iść do ludzi. Wprawia mnie w depresję.

B. Walker – ależ pofrunął dunkiem. Wydawało się, że skończy lay upem a tu z obrotowego nadgarstka taki od niechcenia wsadzik. Obciął DET głowę tym zagraniem. Po takiej akcji stracił motywację do dalszych questów. Wykonał je w myślach… A potem przełożył na PS3…

W DET dzieje się lepiej. To są fakty. Oglądam wszystkie ich mecze i powiem, że mam wrażenie, że ich  stała się jakby płynniejsza w ataku. To w jakiejś części zasługa przesunięcia T-Maca na pozycje tzw. Turka – czyli point forwarda. Układ kiedy grają razem ze Stuckeyem (wczoraj kontuzjowany) pozwala Rodney’owi na grę bardziej na dwójce (co mu pasuje), ale też na wymianę prowadzącego piłkę. Ciekawy zabieg. Byłem w pierwszej chwili dość sceptyczny, ale okazało się, że nasz brat tonsurka ma jeszcze sporo do zaoferowania. Pewnie, że to już nie ten sam T-Mac sprzed operacji mikrozłamania – ale też nie ten zawód jaki sprawił w NYK. Ma teraz trochę inną role. Ciekawe, co z nim będzie po tym sezonie. Czy zostanie w ramach jakiejś lojalności w DET? Czy poszuka pierścienia gdzie indziej?

Ostatnie tygodnie w DET to również głównie wycinanie starej gwardii – która od gry została odsunięta przez kontuzje, rodzinne zawirowania i świadome decyzje sztabu szkoleniowego. Przypomina to nieco bezkrwawy przewrót pałacowy. Moim zdaniem krok w dobrą stronę. Trzeba dawać szansę zdolnej młodzieży (Daye, Monroe, Bynum), wzmacniać psychicznie tych, którzy są obciążeniem dla budżetu – Gordon i Charlie V. i szukać jakichś przytomnych wymian do 24 lutego. Żal trochę RiPa – bo to w sumie nie jego wina, że menadżment podpisał z nim taki monstrualny kontrakt… Nie powinno się tak traktować gracza, który jest ikoną i chodzącą historią… Ciekawe, co będzie jeżeli nie uda się go wymienić na coś innego… Kazus Curry’ego? W Polsce byłaby Młoda Ekstraklasa…

Myśl jaka nasuwa mi się w związku z DET jest jednak taka, że Trener Kuester nie panuje nad tym teamem od strony taktycznej . Nigdy nie wiadomo, kto będzie grał, w jakim wymiarze, na jakiej pozycji. Takie Benitez koszykówki. To ciągle kuglowanie składem nie służy wzmacnianiu drużyny. Musi być jakaś stałość, a nie ciągle nerwowe pociągnięcia… Przebudowa traw. Widać jakiś nukleus. Ale o z tego wyrośnie?

T. Prince – jak zwykle najsolidniejszy rzemieślnik. Choć wczoraj nie błysnął rzutowo (6-17). On upraszcza grę w ataku. Jeżeli nie wiesz, co zrobić z piłką a czas zaczyna cię gonić oddaj ją do Księcia Szkieletorów – Liczmistrza. On ukąsi rzutem z półdystansu. Zasłużył na to, żeby odejść… Wbrew pozorom ten zespół to już nie jego drużyna. I mimo tego, że jest jej stabilnym ogniwem – przebudowa nie może się już na nim opierać.

C. Wilcox – po wyjściu z doghouse’u jakim przebywał przez ostanie półtora roku wreszcie pokazał, że może być dynamicznym i wartym 30 min. role playerem – który orientuje się w obronie, ale też potrafi przytomnie zachować się w ataku. Reaktywacja kariery. Trzeba przyklasnąć. Szkoda, że w NYK nie dostał szansy.

G. Monroe – Greg udowadnia w ostatnich tygodniach, że przesunięcie go do S5 to jeden z najlepszych pomysłów między sezonu. Moim zdaniem na koniec sezonu będzie w pierwszej piątce rookies. Robi postępy a w grze i po koszem potrafi się co raz lepiej zachować – dobić albo się zastawić. We wczorajszym spotkaniu zaliczył rekord kariery w zbiórkach – 17 (DET miało 34) w tym 8 w ataku. Piąty double double z rzędu.

B. Gordon – brakuje takich spotkań Bena. Trafił 7 razy za 3 na 11 prób. Gorąca ręka. Kiedy mu idzie trudno go zatrzymać. Niestety takie mecze stanowią tylko wyjątki potwierdzające regułę – że ten tłusty kontrakt  spowodował, że zgnuśnial. Wynika to z tego moim zdaniem, także z tego, że jego rola ciągle się zmienia. Na przemian wpada i wypada z S5. Jak się już odsunęło RiPa od zespołu to trzeba konsekwentnie stawać na Gordona. Nie ma wyjścia. Gdyby była szansa na oddanie go… w jakiejś wymianie… chyba nie należy się wahać zbyt długo. Nie stanowi ciągle value for money.

T. McGrady – słabszy niż ostatnio. Ale w sumie mecz raczej z tych pozytywnych. Wprowadza spokój w grze. Jest bardziej wyrachowany niż szalony. Dojrzał do roli mentora.

A. Daye – kolejna ofiara niezdecydowania trenera Kuestera. Raz jest kluczowym zawodnikiem i oddaje rzuty w crunch time’e decydujący o wyniku (jak w piątek z Miami – jak on tego nie trafił?) a potem gra raptem kilka minut. Ten chłopak jest przyszłością tego zespołu. Kropka. Jego talent jest niebywały. Może brakuje mu trochę masy, siły i ma nadto pstro w głowie, ale to przyjdzie…  Wczoraj zawiódł. Wylosował czarnego Piotrusia i nic nie mógł z tym zrobić.

J. Maxiell – 26 sekund bilarda.

C. Villanueva - ostatnio nadwyrężył kolano, więc jego czas mieści się pomiędzy oszczędzamy nogę a „Och Karol, co by tu z Tobą zrobić…”. Trafił 3 razy za trzy na 4 próby w 2Q. Dzień konia, co? Warto go trzymać na boisku i oddawać piłkę? Trener Kuester widział to jednak inaczej. Nie dał mu zaszaleć i resztę meczu wchodził epizodycznie i gościnnie.

W. Bynum – dla mnie to Nate Robinson – wersja 2.0. Tyle, że po lobotomii. Nie boi się wziąć odpowiedzialności za grę, ale robi to w sposób uporządkowany. Ma tę iskrę a ataku. Jest szybki, masywny i przypomina wyrzucony z procy pocisk. Wczoraj przeciwko NYK pokazał arsenał swoich zagrań. Szkoda, że jest tak bardzo zmarginalizowany jeżeli chodzi o czas i rolę...

D. Summers – dawno już nie zagrał aż tylu minut. Ma potencjał potrzebuje tylko jakiegoś przełamania. To nie było wczoraj.  Ciekawe czy zostanie w DET poza sezonie. Prawdę mówiąc - walczy o życie.

PS. Wysłałem kartkę do Cysia. Z kwiatami.

13:12, znykajacy
Link Komentarze (10) »
sobota, 29 stycznia 2011

Blow…

I to taki prosto w nos.

Dosłownie. Ale po kolei.

Pierwszy blow akcydencyjny

Wilson Chandler na ławce – naciągnięta łydka. W S5 Shawne Williams. Wilson miał ostatnio swój powrót do koszykarskiej normalności – czyli chaotycznej gry ofensywnej wypełnionej złym shot selection i posuchą rzutową – ale co by nie powiedzieć w tym sezonie jest trzecią siłą tej drużyny. Jego brak per saldo robi jednak różnice. Choćby dlatego, że rotacja robi się ośmioosobowa i możliwości manewru są zdecydowanie mniejsze.

Drugi blow definicyjny

Pisałem o tym już kilkanaście razy, że ATL to zespół z którym NYK nie powinni, co do zasady wygrywać wcale. Ich front court jest dla Knicks nie do powstrzymania, upilnowania. Bo kogo nowojorczycy mają przeciwstawić trójce – Horford, Williams, Smith? Z jakiej szafy mamy wyciągnąć ten brakujący wzrost i kilogramy? Z definicji więc na tzw. wejściu jest prośba o jak najmniejszy wymiar kary w zbiórkach (w tym zwłaszcza ofensywnych) i blokach. A pamiętajmy, że ich najgroźniejszy zawodnik gra na dwójce. I jak jest podkręcony (a niestety wczoraj był) to szanse na dobry wynik maleją dość znacznie. Do tego ATL ma w swoich szeregach gracza o szczególnej motywacji do tego, żeby mieć dzień konia przeciwko jeszcze niedawnym kolegom z NYK. I właściwie jest po robocie…  Tak wiem. Pamiętam, W zeszłym roku było 3-1 dla NYK. Ale to niczego nie dowodzi. Raz Nate miał dzień konia, raz wykluczony został szybko Smith…

Trzeci blow systemowy

Źle od początku. Najpierw ATL wzniosła się wysoko ponad NYK i obserwowała mecz trochę z lotu ptaka – mając w 3Q –nawet 24 pkt. przewagi… Grali naprawdę świetnie – egzekucja (JJ był nie do zatrzymania w 2 i 3Q), prucie painta, zbiórki (ostatecznie 46-34 dla ATL) nieustępliwość w obronie. NYK nie byli w stanie lecieć tak szybko i grać z takim… polotem. Potem ATL zaliczyła delikatne obniżenie wysokościomierza, ale NYK nie byli w stanie zbliżyć się na więcej niż 5 pkt. mimo nerwowego szarpnięcia skrzydłami…

I chyba Charles Barkley ma racje – Trener Mike jest skazany na porażkę. Systemową. Wygrywa się obroną, zbiórkami i mniejszą liczbą strat. To jest brutalna prawda o koszykówce. Pytanie jest raczej inne. Czy zmiana trenera coś poprawi– skoro w NYK oprócz Douglasa żaden z zawodników nie jest nadzwyczaj obronnie – zorientowany? Ten zespół to grupa graczy przeciętnie lub słabo przyuczonych w defensywie. Charles ładnie to ujął obrazowo parafrazując na czym polega problem z 7SoL  “Idziesz na randkę z piękną dziewczyną i nagle zdajesz sobie sprawę, że ona nie ma mózgu – to się ładnie nie skończy…”.

Czwarty blow emocjonalnie - bokserski

Gra miała na koniec może letnią temperaturę z tendencją do szybkiego podgrzania, ale atmosfera końcówki wyparowała wobec faktu, że doszło do delikatnych wymachów rękami między Panami Marvinem Williamsem a Shawne Williamsem. Na minutę przed końcem spotkania było jakieś takie szarpanko, przepychanko uderzanie ręka w rękę pomiędzy oboma gentelmanami przy powrocie spod kosza ATL. W następstwie tych szturchańców Marvinowi uderzyła adrenalina do głowy i rzucił się z pięściami na Shawne’a. Nasz chłopak nie dał się zastraszyć i ostro ruszył na swojego imiennika. Plus za to, że się nie dał. Minus za to, że dał się sprowokować. Skończyło się zamieszaniem, oczekiwaniem na werdykt sędziowski i wzajemnym wykluczeniem Panów W. W sumie trzeba było wtedy odgwizdać koniec spotkania, bo po czymś takim emocje związane z wynikiem spotkania się skończyły. Mecz się spalił.

Wiem, że ciągle obiecuję pamiętniczka część drugą… ale po zdarzeniu dzisiejszej nocy to już się chyba nie wykręcę…

Cios piąty emocjonalny

Coś jest jednak w tej ATL, że mimo, że jest to zespół na papierze atrakcyjny to jednak na myśl o nim łapią człowieka jakieś takie skurcze żołądkowe… Nie wiem czy spojrzałem raz na ich box scorea w tym sezonie. Nie mogę się przemóc. Myślę ATL, mówię jeszcze nie jestem tak zdesperowany… Stąd ta impresja taka odtwórcza niż bardzo kreatywna…

Sprawy inne - Meloświatek

Meloludki siedzą cicho i trudno powiedzieć jak się sprawy mają. Słyszeliście pewnie, że pogłoski są takie i co za tym idzie przekonanie całej ligi, że Anthony się przedłuży tylko z NYK, a jak go DEN nie puszczą to pójdzie na żywioł, zostanie wolnym agentem i zobaczy co mu przyniesie nowe CBA. Tym samym nikt nie jest specjalnie zainteresowany jakimś wynajmem Melo na pół roku, bo jest prawie pewne, że w lipcu czmychnie z Lalą na Manhattan. A dawać własne assety za taki najem? Bezsensu.

Z pewnością wyoptowanie się Anthony’ego po sezonie byłoby rozwiązaniem najbardziej korzystnym dla NYK, bo pozwoliłoby zachować wszystkie elementy struktury zespołu z szansą na jej utrzymanie w przyszłym sezonie.

Moim zdaniem tak się jednak nie zdarzy. I chyba wszyscy o tym wiedzą. Chociaż nie wydają się być z tym do końca pogodzeni. DEN muszą po prostu połknąć tę żabę. Spuścić z tonu, powiedzieć, jaka jest realna cena i zrobić tego trade’a w ciągu najbliższych 26 dni. Bo wartość Melo nie idzie w górę… Moim zdaniem na wymianę, może też naciskać Pan Walsh, w stosunku do którego opcje na jego kontrakt na przyszły rok Właściciel Dolan ma wykonać do kwietnia… Opromieniony sukcesem w postaci Carmelo Pan Walsh bardzo by zwiększył swoją pozycję negocjacyjną… Trener Mike ma myślę najmniej do powiedzenia… Czekajmy co przyniosą kolejne dni…

S. Williams – od wczoraj bohater brukowców i prasy szmatławej. Król eksplodującej pięści. Poza tym incydentem, w który potwierdził, że ma gorącą krew zagrał naprawdę poprawny mecz – okraszony pierwszym w tym sezonie double double. Użyteczny rzemieślnik. Pan Walsh też może sobie zapisać wynalezienie Williamsa jako swój spory sukces.

D. Gallinari – fryzjersko poprawnie. To najważniejsze. On ma ostatnio taką dosyć dziwną i irytującą manierę, że zaczyna mecz efektownym dunkiem, który wysysa z niego całą energię na następne kolejne długie minuty. W ofensywie nie skorzystał z braku Chandlera, żeby wziąć na siebie grę w ataku. Zachowawczy. Tylko 8 rzutów. 2 zb. Niby poprawnie, ale z punktu widzenia tego, co wniósł do wspólnego koszyczka to raczej słabo. Dzięki blokowi jaki zrobił mu przy dunku Smith na pewno będzie w highlightsach wieczoru. Zabawne jest, że jak Gallo coś zrobi na boisku to w następnej chwili kamera skręca na Trenera Mike’a, który zawsze z miłością i aprobatą patrzy na swojego włoskiego „synalka”… Nie tylko zatem ja to widzę…

A. Stoudemire – lekko to on nie miał. ATL ma sporo mięsa do murowania painta i paru chłopaków nie bało się stanąć twarzą w twarz z tegorocznym All-Starem (tak na marginesie pierwszy S5 All-Star NYK od czasów P. Ewinga z 1992 r.). Mimo tych wszelkich obiekrtywnych niedogodności zagrał solidnie w ataku. Nie rozumiem do końca tej idei rzucania przez niego trójek w crunch time. Kto to wymyśla takie potworki? W obronie słabiej. Tylko 3 zb. To jest jednak skandal.

L. Fields – fenomenalnie. Przeinteligentnie. Pewnie. On z kolei w przeciwieństwie do Gallo wziął na siebie odpowiedzialność za pkt. Chandlera. I zrobił to bardzo dobrze. 7-9 z gry. Wszystkie rzuty wystudiowane i wysublimowane w swojej celności. Gra lepiej niż można byłoby to sobie nawet narysować. W 37 min. bez straty. Pokażcie mi w NBA drugiego takiego dojrzałego młokosa?

R. Felton – znowu za dużo koszykówki pod siebie.  Niby skuteczny 9-21 (ale kilku rzutów mógł z całą pewnością nie oddawać i poszukać jakiegoś innego rozwiązania w ataku, niby asystujący (13), niby gonił wynik w 4Q. (kiedy zdobył 9 pkt.) A mimo to nie jestem do niego ciągle przekonany i chyba nigdy nie będę… Nie porywa mnie jego gra… Jego gra jest dla mnie zbyt rzemieślnicza…

T. Douglas – to był dla niego szczególny mecz (pewnie tak jak dla Clyde’a który wychował się w tym olimpijskim mieście). Mamusia i tatuś patrzyli. I jeżeli ten mały chłopczyk, który jeżeli był jego młodszym bratem to Pani Douglas… jestem pełen podziwu… Chyba nie był to jednak Harry Douglas– zawodnik Sokołów z ATL… (Ps. Obaj bracia są dopiero szóstym rodzeństwem które gra jednocześnie w NBA i NFL). To było nawet zabawne bo chłopiec ubrany regulaminowo w barwy NYK – krzyczał najgłośniej – Let’s go Hawks… Dzieci są śmieszne. Wolne od wszelkiej niezręczności i obciachu. Toney obiektywnie nie popisał się przed mamusią. Tak, miał jednego efektowanego steala i lay upa, po którym rodzice byli szczególnie dumni, ale w ataku znowu źle dobierał rzuty. Procent z gry obsunął się poniżej 0.400. Ale jak się gra z kontuzjami to tak się ma... W pluso minusach +2… Najlepiej.

R. Turiaf – można by powiedzieć Pan - Follow up. Miał cztery takie akcje, które zakończył postawieniem kropeczki nad „i”. Wsad lub dobitka. Brawo. Jak na niego to było naprawdę bardzo przyzwoite spotkanie. Jakby większe zaangażowanie, agresja…

B. Walker kroczy utartą ścieżką ku własnej zagładzie. Czuje, że ściany labiryntu zaczynają go powoli przygniatać… A on ciągle nie znalazł wyjścia z podziemi. Swoje questy miał w 1 i 2Q. Trafił jeden trójkobełt. Nie trafił drugiego. Awaryjnie wszedł na ostatnie 40 sek. po wykluczeniu Williamsa. Miał mord w oczach. Kto wie może w przyszłym sezonie zagra w Kotwicy? Organizuję wtedy autokar Impresyjny do Kołobrzegu!

09:01, znykajacy
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 stycznia 2011

Oszustwo, oszustwo, oszustwo!!!

Te trzy słowa oddają to, co widziałem dziś na parkiecie MSG.

To już nie są mity, to już nie są pomówienia – to w najczystszej postaci fakty! MIA stosuje niedozwolone metody rywalizacji rodem z Gwiezdnych Wojen Ronalda Reagana... Trzeba wreszcie powiedzieć o tym głośno i otwartym językiem. Zdemaskować tę grupę dopingowiczów raz na zawsze.

Nie bez powodu przywołuję postać legendarnego amerykańskiego przywódcy. Pamiętacie, co stało się 23 marca 1983 r.? Popularny Ronnie wygłosił słynne orędzie do narodu, w którym tryumfalnie ogłosił utworzenie SDI czyli Strategic Defense Initiative, który przebił się bardziej do masowej świadomości jako Star Wars Program. Speech zostanie na zawsze zapamiętany w zadanym pytaniu - Wouldn't it be better to save lives than to avenge them? („Czy nie byłoby lepiej ratować życie ludzi, zamiast mścić ich śmierć?”) Program w skrócie – nie jestem technikiem wojskowym – sprowadzał się, w gruncie rzeczy, do niszczenia rakiet balistycznych przeciwnika przenoszących ładunki nuklearne na różnych etapach trajektorii lotu pocisku, co, w konsekwencji, pozwalało na ich strącenie nim osiągną cel w postaci pięknych wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Pamiętacie, co było dalej? Rosjanie nie byli w stanie podołać tego typu ekspansji technologicznej i ze smutkiem przyznali, że oni takiego systemu u siebie nie zainstalują... To był początek końca ZSRR...

SDI było jednak zbyt intelektualnie i technologicznie zaawansowane i właściwie nigdy nie dogoniło w fazie realizacji myśli tych, którzy go stworzyli... Ulegało pewnym zmianom i modyfikacjom, ale nigdy nie zostało formalnie ukończone. SDI zostało wsunięte do szuflady, bo Ameryka miała inne plany sprzątania w dwubiegunowym świecie... Tak jak rysunki i modele samolotu Michała Anioła doczekały się realizacji dopiero dzisiaj.

Nie muszę Wam mówić, że SDI to był tak naprawdę tylko czubek góry lodowej. Za projektem kryły się inne innowacje technologiczno-zbrojeniowe, które raz na zawsze miały zapewnić supremację amerykańskiemu mocarstwu. W 1996 grupa studentów FSU (Florida State University) przypadkowo natrafiła na odprysk planów przygotowanych przez wojskowych naukowców, który nosił w skrócie nazwę BMU. Biomechanical Human Upgrade. Była to niezwykle zaawansowana cybernetyczna technologia polegająca na implementowaniu w ciele człowieka systemów elektronicznych (chipów pobudzających rozwój mięsni, motoryki, przyśpieszających przepływ impulsów nerwowych etc.). Krótko mówiąc stworzenie biologicznego nadczłowieka – mutanta (w domyśle nowego gatunku)– Future Soldier. Studenci nie mieli ambicji panowania nad światem w wersji siłowej, natomiast podjęli działania zmierzające do tego, do dostosowania BMU do celów nie-wojskowych. Wybór padł nieco przypadkowo na... sport, a konkretnie na koszykówkę. Tyle wiemy na pewno. Dalsze losy tej grupy pasjonatów są okryte nimbem tajemnicy. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom i próbie świadomego zacierania śladów i osiągnięć tych osób. Wiemy na pewno, że w 2003 r. studenci wraz z grupą chirurgów byli gotowi do dokonania pierwszej nowatorskiej cyberoperacji wszczepienia modułu pozwalającego na poprawienie ludzkiej szybkości, zwrotności, skoczności (zwanego pieszczotliwe Leapfrog). Ponad wszelką wątpliwość zabieg został wykonany. Efekty operacji były na tyle obiecujące, że prowadzono dalsze badania by Leapfroga dalej podrasować. Chodziło o lepszą koordynację ciała człowieka z ludzkimi zmysłami, w tym z ludzkim wzrokiem. Chodziło o przeniesienie postrzegania oka na mechanikę mięśni. Bezbłędnego oceniania sytuacji i osiągnięcia stanu, w którym człowiek podejmuje jedynie słuszne decyzje prawidłowo oceniając otoczenie. Naprowadzanie ciała na cel – nigdy się przy tym nie myląc... Podobno to się udało. Ten moduł nosi mało oryginalną nazwę 20/20.

A teraz do konkretów.

Wade miał w 2003 r. wszczepionego Leapfroga. Bo nie jest możliwe, żeby normalny człowiek potrafił mieć takie atrybuty mechaniczne. To jest nieosiągalne bez wspomagania. Już samo ten fakt powinien był otrzeźwić ludzi i jakoś ich uwrażliwić na stosowany przez MIA doping. Widząc jednak, że przez 8 lat nikt nie dostrzegł ponadnaturalnych zdolności Dwayne’a, specgrupa przeszła do Fazy II.

Czy wierzycie, że Wade'a naprawdę boli głowa i ma te swoje migreny? Tak serio? Hello!!! To nie jest przypadek. W ostatnich dniach implementowano mu do mózgu- 20/20. Pytacie mnie, czy to działa? Hello?! Wade trafił wczoraj 13 rzutów z rzędu! Grał jak maszyna na całej długości boiska. Nie mylił się. Jak komputer. Jak często się to zdarza? Na szczęście dla NYK system nie jest jeszcze doskonały. Wymaga noszenia specjalnych biometrycznych okularów (prace nad soczewkami trwają...), które są niezwykle wrażliwe – i mało odporne – na zmianę położenia i wstrząsy (potrzebny jest specjalny G-shock). Do tego ich korelacja i adaptacja do ciała trwa ciągle kilkanaście minut. I to uratowało NYK. Rękami Fields'a, który nieświadomie uderzył w okulary Wade’a powodując, że ten musiał je zdjąć z twarzy i zerwać ich  subtelną symbiozę z tkanką ludzką. Okulary nie zdążyły się znowu przystosować do ziemskiej powłoki Wade'a. Od tego momentu Dwayne nie trafił już żadnego z 7 rzutów w 4Q. Kamery i mikrofony nagrały głos Dwayne'a idącego do szatni po meczu – It was shiverin' man, I couldn't do what I did [in 1 and 3Q]. You gotta fix it, man... Man it works!

Trudno powiedzieć coś więcej...

To tylko kilka zupełnie luźnych uwag – żeby sprowadzić Was na ziemię.

Ciało Jamesa jest już za stare na BHU i istnieje poważna obawa, że wszczep mógłby zostać odrzucony. Niemniej jednak próbuje się używać specjalnego nadajnika ukrytego w opasce. Niestety, liczba telefonów komórkowych w MSG była tak duża, że zakłóciła właściwą pracę czujnika i spowodowała, że James zagrał chyba najgorsze spotkanie w tym sezonie. Tego problemu nie ma w MIN czy MIL, gdzie telefon komórkowy jest nadal ewenementem.

Bosh też jest już za leciwy na BHU, więc istnieje alternatywny pomysł podłączenia go do zmywarki...

Dampier – jest przebraną w strój Miami Mekagojiria (z polskiego Mechagodzillą). Ta robotyka ruchów jest jedyna w swoim rodzaju. Nie da się oszukać nią fana filmów klasy B. Dowód Dampiera sprzed charakteryzacji:

To możemy śmiało powiedzieć, że pierwszy mecz PO mamy już za sobą. Taki mały przedsmak tego, co nas czeka.

Jak często się zdarza, żeby wygrać mecz mając 36-procentową skuteczność z gry, przegrać zbiórki, fast break pointy i punkty z painta?

Rzutowo było tak słabo, że... zastanawiam się czy studenci FSU nie... nie weszli jednak w posiadanie większej części SDI... i znaleźli sposób na zmianę trajektorii lotu piłki... To by było straszne...

Nasza broń konwencjonalna...

W. Chandler – znowu słabizna. Myśli jakby znowu zaprzątnięte tym, czy DEN to jeszcze na pewno jest w granicach USA... Jeszcze jakoś się ruszał, szukał gry, zastawiał ciałem. Ale stłamszony obroną – głównie oddawał piłkę albo odpalał nieprzemyślane strzały ze swojej haubicy. Poza tym już niewiele więcej.

D. Gallinari – mam dowód, że Danilo ogląda nasza TVP. Popatrzcie na jego wczorajszą fryzurę. Rings the bell? Nie? Popatrzcie dobrze!!! Przecież to jest Domiś Eryk! Fryzura na tzw. palącą się zapałkę. Agresywny początek – kiedy znowu robił te swoje miny rodem z serialu Vivere. Potem zabrakło mu aktorskiego zacięcia i na dwie kwarty wypisał się z gry – żeby w 4Q oddać dwie bardzo ważne dla zwycięstwa trójki. Uszarpał trochę punktów z wolnych, bo wejściach na tzw. lambadę.

A. Stoudemire – S.T.A.T. Zastanawiam się czy to nie akronim od jakiegoś programu zastosowanego w PHX... Roswell nie jest tak daleko... I te gogle... Wydaje mi się, że chłopcy z Arizony nie mieli jednak środków na rozwinięcie pełnego eksperymentu. Muszę poszperać w prasie. Zagrał swój mecz. Wzorcowy. Nie wzorowy. Obok Fieldsa jedyny miał ponad 0.500 z gry.

R. Felton – MIA zrobiło wszystko, żeby nie powąchał piłki w ataku. Kto wie czy to nie była pętla zarzucona na własną szyję. Może właśnie trzeba było dać mu grać, bo per saldo wyszłoby MIA na dobre? Uduszony, zamęczony, odcięty od gry. Jedno z najsłabszych spotkań w sezonie. Spoelstra nieźle kombinuje.

L. Fields – dawno nie był tak dobry i nie miał tyle śmiałości w grze. Inteligentnie zabójczy. Chyba drugi najlepszy mecz w karierze (mecz z DEN to nadal numero uno). Wspaniały double-double. Pięć zb. w ataku, 8 w obronie. Do tego 6 astyst. Jak to możliwe, że to tylko rookie? Żeby tak zawsze miał tyle pozytywnej energii...

T. Douglas – statystyczny Felton jeżeli chodzi o atak. Tyle, że o połowę mniej minut. Lubię tę jego bezrefleksyjną umiejętność oddawania rzutu po rzucie. Zwłaszcza poprawiania niecelnego jeszcze bardziej nietrafionym. On się specjalnie nie przejmuje. Zazdrościć.

R. Turiaf – kwarta gry– statystycznie bez znaczenia. Głównie dopracowywał spektakularne zaplatanie rąk na głowie po odgwizdanych faulach. On musi mieć jakąś kontuzję.

S. Williams – cichy bohater drugiego planu. Zagrał całą 4Q, kiedy zdecydowało się zwycięstwo. Skubnął troszkę tego i owego.

B. Walker – SDI v. kusza wałowa? To chyba jakiś żart. To tak jakby wypuścić grecką falangę na dywizję pancerną. 4 min. dwa nietrafione bełty. Jeden ukradziony. Siedział na ławce i osełką ostrzył swój dwuręczny topór. Czeka na bardziej konwencjonalny pojedynek...

11:16, znykajacy
Link Komentarze (5) »
wtorek, 25 stycznia 2011

Są takie mecze na koszykarskiej mapie sezonu NBA, których obejrzenie przyprawia człowieka o zniechęcenie i kładzie się cieniem na duszy. Tym bardziej, że gdzieś tam jeszcze tli się świadomość, że trzeba to będzie opisać... Wiadomo kto wygra, wiadomo co będzie grane i ze po trzech dniach nic z tego meczu nie zostanie w głowie. Przygnębiająca perspektywa... Moje uczucia podzielają chyba czytelnicy, bo nie zaszczycili ani jednym shout mixem czy komentarzem. Panowie, ten mecz się odbył!!!

Straciłem pierwotne zainteresowanie WAS w tym sezonie. Dla mnie to taki zespół pierwszoklasistów, którzy chcą grać z gimnazjalistami. Wynik i skutek takiego starcia jest z góry wiadomy i dość opłakany... Minęła mi początkowa ekscytacja związana z przekonaniem się, co potrafi ten prymusek Ściana (wyrywa się, ale na razie nie zna odpowiedzi na prawie  żadne pytanie). Do tego McGee o twarzy sympatycznie człekokształtnej, który przemyśliwa całą lekcję jak by tu sobie zrobić alley–oopa ponad zegarem wiszącym nad tablicą (pojedynek dunkowy z Griffinem w czasie All–Star może być pasjonującym wydarzeniem), Blatche – to już Profesor Dziurawe Rączki vel. "Nie ma takiej piłki, której nie mógłbym stracić" (u którego eksternistycznie habilitacje pisze podobno Mozgov. Szajbu przedstawił mu wczoraj pierwszy rozdział swojej pracy pt. "Studium motoryczne Drzewca"), wesołek Young – lubiący strzelać z procy jak nikt nie patrzy, który jest dla mnie kolejnym ogniwem tego ewolucyjnego typu koszykarskiego zwanego Basketballus Ksobnicus (ostatecznym stadium rozwojowym jest Nigerus Cavus - reprezentowany przez Albertusa Harringtonigusa Rexa), Lewis – robiący za małego niezdaluszka, którego wylali ze szkoły i za karę powtarza z młodszakami znane już lekcje. A na koniec ta rozkrzyczana zbieranina jakiś Serafinów, Księgarzy i innych młokosów, którzy uczą się nie tyle niechętnie, co ciągle nie dość szybko...  Kochane dzieciaki...

WAS nie wygrali w tym sezonie jeszcze spotkania na wyjeździe. Nie służy im zielona szkoła. Przegrali aż dwadzieścia gier w salach gimnastycznych przeciwników. Oczywiście każda seria musi się kiedyś skończyć. I każdego wieczoru rodzi się pytanie, czy to aby nie dziś... Całe kuratorium będzie się śmiało z tego, kto się da wreszcie przedszkolakom pokonać... NYK mieli sześciomeczowy losing streak w którym, mówiąc oględnie, nie błyśli – i niektórym się zaczęło wydawać, że WAS mają jakieś powody do wyciągania zbyt daleko idących wniosków. Nie mieli.

Bo z takim zespołem jak WAS to najgorzej wdać się w słowną polemikę. Sprowadzą do swojego dziecinnego poziomu i pokonają doświadczeniem. W pierwszej chwili NYK o tym pamiętali i w pierwszych 14 min. uzyskali trzynastopunktową przewagę (WAS zanotowało w tym okresie aż 10 strat). Tylko ciężko jęknąłem, bo zapowiadało się, że ta lekcja będzie się dłużyła niemożebnie aż do ostatniego dzwonka. Tymczasem, dość nieoczekiwanie na boisku pojawił się niejaki Shakur Mustafa (do tej pory król kebaba w grubym cieście – bez wcześniejszej edukacji) z 10-dniowym NBA passem, i jak nauczycielka nauczania początkowego poprowadził za rączkę klasę smarkaczy ku dość zaskakującej przewadze punktowej. Potem NYK wdali się w klasową bójkę, w której okładano się workami, ciągnięto za włosy i szczypano w zadki. Ani to ładne było, ani potrzebne. Na szczęście NYK się zreflektowali, że są juz za duzi na takie wygłupy. Ustawili dzieciarnię pod ścianą, poskarżyli się woźnemu, że młodszaki rozrabiają. Mikro run w 4Q i mecz zakończył się równo z dzwonkiem. Pani nie przetrzymała na przerwę...

Koszykarsko nawet się nie będę rozpisywał, bo zapis przebiegu lekcji jest w dzienniku.

Przejdę od razu do cenzurek naszych milusińskich wychowanków...

W. Chandler – uczeń był na początku nieprzygotowany. Jakby nie obecny. Chciał odpowiadać, ale z wiedzy dalekiej i bliskiej miał systemowe braki. Dukał, jąkał się, zezował na kolegów. Wyglądało na to, że będzie musiał po lekcjach siedzieć za karę w kozie. Potem nagle wróciła mu i wiedza i pewność siebie. Odzyskał swoją skrywaną elokwencję i swobodę wypowiedzi. Trójka z plusem.

D. Gallinari – widzieliście minę tego ucznia. Herszt bandy. Król szkolnego korytarza. Wyglądał na takiego, co byłby gotów napyskować woźnemu i zabrać mu mopa. Ależ wizualna przemiana. Strasznie się zrobił groźny. Jest to śmieszne biorąc pod uwagę, że zapomniał otrzeć mleka po wąsem utoczonego wprost z piersi Trenera Mike'a... Początkowo wyrywał się do odpowiedzi i porażał poziomem wiedzy, żeby w środku lekcji dostać amnezji przy najprostszym pytaniu. Ożywił się w końcówce licząc na to, że dzięki jego celnym odpowiedziom lekcja szybciej się skończy. Słabo z pytań geograficznych – (1-5 za trzy). Cztery z minusem.

A. Stoudemire – starszy uczeń. Pognębił młodszaków jak McGee i Blatche. Jego poziom wiedzy, obeznanie, umiejętność łączenia i kojarzenia faktów, dawania podpowiedzi innym. czynią z niego Michała Anioła tej klasy. Człowiek renesansu. Kwiecisty w mowie, kąśliwy w treści. Dawno już nie miał takiej oracji do tłumów. Dobry kolega. Daje korepetycje innym. Piątka z plusem.

R. Felton główny klasowy sufler, który wtóruje czasem nauczycielce, co często prowadzi do rozwalenia lekcji (utrudnia realizację programu nauczania). Zazwyczaj pochopny w udzielaniu odpowiedzi, wczoraj raczej się nie mylił. Udzielił 15 zręcznych podpowiedzi, czym wyratował klasę przed dodatkową pracą domową. Wydarzenia poprzedniej lekcji jakby nauczyły go pokory. Nie sadzę, żeby ta refleksja trwała jednak za długo. Będzie nadal przeszkadzał i wiedział lepiej niż wszyscy dookoła... Cztery z plusem.

L. Fields – cichy skromny pracuś. Uczeń o dużej inteligencji i zaangażowaniu. Pytany chętnie odpowiada i nie boi się bronić pytań, na które nikt nie zna odpowiedzi. Ostatnio jakby osłabiony. Może z nadmiaru przyswojonej iwiedzy? Musi się troszkę przestać skupiać literalnie na tekście i zacząć rozumieć jego sens. Przydałoby mu się więcej improwizacji. Znać wiersz na pamięć to nie to samo, co go wyrecytować... Trzy.

R. Turiaf – najsilniejszy w klasie. To typ ucznia, który krzyczy najgłośniej w odpowiedzi na pytania, na które nawet ostatni klasowy osiołek zna odpowiedź. Ale to jedyny moment, kiedy ma coś do powiedzenia. Na przerwie zawsze broni słabszych i młodszych kolegów przed rozbójniczymi wymuszeniami  chłopaków z innych klas. Niestety, ma tendencje do nie mieszania się w sprawy i czerpania przyjemności z czystej obserwacji zdarzeń, wtedy kiedy jego obecność byłaby bardzo wskazana... Trójka.

T. Douglas – chciałby być najlepszym uczniem w klasie. Strasznie ambitny, niestety nie zawsze staje mu umiejętności. W każdym pytaniu doszukuje sie drugiego dna zamiast dawać szybkie odpowiedzi. Ma momenty, kiedy wyparowuje mu z głowy wiedza fundamentalna. Wtedy się gubi się i kluczy. Ale zawsze jest gotowy odpowiedzieć na następne pytanie. Nie zraża się własną niewiedzą. Wczoraj było niestety podobnie. Mierny z plusem.

B. Walker – uczeń zamknięty w sobie, o nierozpoznanym potencjale. Na razie nie pokazał jeszcze, w czym czuje się najlepiej. Ma problemy ze zdaniami wielokrotnie złożonymi. Nie cierpi baroku, kunsztu formy. Trzeba porozumiewać się z nim równoważnikami zdań. Wtedy cokolwiek rozumie i jest w stanie podporządkować się szkolnemu rygorowi. Mierny.

S. Williams – uczeń, który zaniechał edukacji, ale teraz wrócił za namową losu na łono nauki. Do tej pory zajęcia pozaszkolne przeszkadzały mu w tym, żeby w pełni oddać się właściwej pracy nad książkami. Ma momenty przebłysku, ale i chwile dojmującej niewiedzy. Bardziej przewidywalny niż uczeń Walker, ale prawie równie niekontrolowalny. Uwaga. Nie powinni z Walkerem siedzieć w jednej ławce, bo mają na siebie zły wpływ. Trzy z minusem. Czwórka - po interwencji rodzica...

11:16, znykajacy
Link Komentarze (28) »
niedziela, 23 stycznia 2011

Uderzenie grzmotu.

Thunder wins, Thunder wins, Thunder wins… jeszcze słyszę w uszach oszalały z emocji głos redaktora prowadzącego relacje…

Przynajmniej bez oglądania pozostałych spotkań wiemy jaka będzie akcja wieczoru…

NYK przegrali mecz, który wydawało się, że w pełni kontrolują. OCK byli na kilka punktów dochodzili na 2 do 4 oczek ale nie mogli przeważyć… A jednak to oni postawili kropeczkę na „i”. Nowojorczycy zagrali chyba najszybszy mecz sezonu. Oglądając spotkania na LPB jest opcja (dla tych, którzy nie wiedzą), która pozwala na przewijanie transmisji o 10 sek. do przodu, z której permanentnie korzystam – bo to umożliwia skrócenie czasu wpatrywania się w monitor o naście minut. Po koszu i po kliknięciu znajduję się, wtedy gdzieś z jedynką na obwodzie, kiedy de facto zaczyna się rozgrywka w drugą stronę. Jeżeli drużyny grają poukładaną koszykówkę (18-22 sek.) to czasem kilka minut spotkania można obejrzeć w przysłowiowym momencie. Klik. Kosz. Klik. Kosz. Klik. etc.

NYK nie dało się w ten sposób oglądać. Po przewinięciu o 10 sek. była już akcja OCK w drugą stronę. W 1Q nie wiem czy były takie trzy, które trwały dłużej niż trzy 14 sek. Nieprawdopodobny fastball. I prawdę mówiąc OCK sobie z tym kompletnie nie radziła. Do tego przy ich niskim procencie gry (ostatecznie 38%) nie była w stanie się punktowo przeciwstawić i dać odporu NYK. A NYK cały czas. Attack, attack i attack. Beznamiętnie. Do znudzenia. Jak fale zombie. Do przodu, wciąż do przodu. Nie licząc ofiar i strat. Jak tylko OCK zatrzymała się po koszu na jakieś małe „piątkowanie” to NYK już na nich siedzieli i pakowali swoje punkty… Dawno nie widziałem, żeby NYK tak napierali. W tym sensie realizowali doskonale założenia taktyczne 7SoL i przy fantastycznej początkowi egzekucji (która z czasem delikatnie pikowała żeby osiąść na mieliźnie 43%) pędzili ku zwycięstwu…

Powodem dla, którego OCK trzymali się w grze była wysoko wygrana tablica 57-40 (powtórka z pierwszego meczu). 22 zbiórki Durana i spółki w ataku… Siedmiu graczy THU miało pięć i więcej reboundów. Jak często się to zdarza? Swój kariery w zbiórkach – 15 - złapał Ibaka (zajęło mu to całe 26 min). OCK grali w tym obszarze naprawdę twardo i cóż liczby centymetrów się nie oszuka… A ta była wyraźnie po stronie OCK…

NYK zagrali bardziej zespołowo – OCK tylko 12 ast. – co dziwi bo Russel W. to nie jest gapa… i mieli więcej bloków. Nie mieli jednak jednego. Clutch playera (ale o tym niżej – mam wargi ściekające od jadu) i to zdecydowało…

Po czym poznać wielkiego zawodnika? Po tym jak gra w ostatnich dwóch minutach spotkania. I to niezależnie co robił, przez całe 46 poprzedzających minut. Crunch time jest esencją – najczystszym destylatem koszykarskiego fachu. Jest takie niemieckie powiedzenie – "kein Civilist, kein Jurist". Czyli w wolnym przekładzie – „jaki cywilista, taki prawnik”. W koszykarzach można powiedzieć podobnie – jaki crunch time’owiec taki zawodnik. Bo tylko ostatnie sekundy przynależą do największych.

To nie był wybitny mecz Duranta. Prawdę mówiąc kawałkami zupełnie rozczarowujący. Mnóstwo nie trafionych wydawałoby się prostych krótkodystansowych jumperów, straty, jakaś ospałość. Do tego pustynnie i kanciasto za trzy. Wyraźnie nie jego dzień.

A potem ten moment. Kiedy na małe 7 sekund do końca dostaje piłkę… Remis. Po 98. I gdzieś w środku trafia go grzmot i wie, że nie spudłuje. Jest jak maszyna. Wszystko w środku nagle klika. Ostatnie 47 min. 53 sek min. oddziela się niewidoczną zasłoną. Tak jakby ich nie było. Od tego co jest oddziela go wieczność. W jego żyłach już płynie już lód. Pewność. Ma projekcje w głowie tego co się zdarzy. On już wie. To jest jak przewijanie filmu, którego zakończenie już zna. Musi trafić. Skapitalizować nieuchronność. Rzut. Jest. Brak przesadnej radości. Oczywistość. To jest czysta wielkość. Przynależna najlepszym. Geniusz. W ostatnim dwudziestoleciu- MJ, Bryant, …. Ktoś jeszcze? (będę uzupełniał wasze propozycje).

To jest wielki zawodnik. A będzie jeszcze większy.

Cóż czasem trzeba pięknie przegrać…

22-21… U mnie w głowie zaczyna się pulsować taka delikatnie żarząca się diodka. Jeszcze nie drażni, ale już daje o sobie znać… Kto ją wyłączy?

D. Gallinari – Zaczesany był dziś bardzo mocny w 1H kiedy zdobył 18 pkt. Uprawiał swoje rachityczne wygibasy przy wejściach i trafiając za trzy był istotnym asetem ofensywnym NYK. Do tego dość agresywny w obronie. Z Durantem sobie raczej nie radził i w ostatniej akcji to on dał się ograć. Symptomatyczne, że po tym jak piłka zatrzepotała w koszu – widać było spojrzenie trenera Mike’a z który można wyczytać – „Synku tak czasem jest, tak się czasem zdarza, to nie Twoja wina. Proszę nie bierze tego do siebie? No co Ty płaczesz? Danilo nie rób tego… Proszę. W szatni Cię przytulę. Tak jak zawsze. Dobrze, może być dwa razy. OK. I jeszcze raz na parkingu… Tak dam Ci Twoje ulubione żelki” Jak możecie to sobie odtworzyć to spójrzcie na to uważnie. OK. Nie jestem pewien, czy ten wzrok mówił o żelkach czy o miętuskach. Ale prawda jest taka, że Trener Mike nie ma do niego „normalnego” stosunku. Jest to coś więcej niż relacja trener zawodnik. I z jakiegoś powodu to nie od ma iść do DEN… tylko Chandler… Czy wyobrażacie sobie, żeby Stan van Gundy albo Jerry Sloan przeszli nad takim buzzer beaterm do porządku dziennego? Wydarliby w pierwszym odruchu mordę. „Jak go broniłeś ty skończona łajzo? W Kotwicy by Cię nie przyjęli z takim kryciem! No teraz to będziesz musiał tu wszyyyyyystkich przeprosić!!! What you mean everyone? EVERYONE!!!

  

Tak i Pana w trzecim rzędzie w kapeluszu też”. Tak by było. A nie takie ciepłe klusie.  Myślę, że przed Gallo wielka kariera medialna na RAI Uno. Widzicie te szkliste oczy, sposób mówienia ale Ojciec Chrzestny jedna częścią twarzy… O o! Coś mu się znowu zaczyna zawiązywać pod brodą… Jeśli znowu zgubił nożyk do golenia to to może być jeszcze całkiem udany sezon…

W. Chandler – tylko 18 min. Myślami gdzieś obok. Zagubiony. Zgubił swój odnaleziony talent. Tragiczny shot selectinon. Zdaje się, że ten dołek to jednak dolina… Tylko 18 min. Jest w jego grze jakiś przykurcz. Przestrach. Jakby mu tam ktoś złączki poprzestawiał. Wil tam w DEN też mają McDonalda i jest prąd do Playstation… A może to machiaweliczny plan ala „Di Stefanno”… O to bym posądzał Pana Walsha… Patrzymy. Na razie umiera, ale może znów powstanie. Jeżeli jego słabość jest prawdziwa to… trzeba się naprawdę głęboko zastanowić za, ile go ewentualnie zatrzymać w NYK…

A. Stoudemire - patrzę na drzewa a nie widzę lasu. A prawda jest taka… że statystycznie rzecz ujmując STAT zalicza w styczniu regres… Można się podniecać cyframi, ale patrząc na tzw. efektywność… to jest z nią raczej kiepsko. STAT rzuca w styczniu na poziomie 43%. Jak na niego to nie za zbytnio. Wczoraj nie było nawet tego -38%. Widać, że jest obity, obolały i łogólnie zmęcony. Co by nie powiedzieć na nim koncentruje się w pierwszej kolejności obrona przeciwników… To ona wkleja na ciało wszystkie razy i bumpy…  Może te słabsze wyniki wynikają z tego, że był zakładnikiem tego rekordu Ewinga i rzucał często na siłę i wbrew nadziei? Trudno powiedzieć. Ale jak nie on to kto? 12 zb. 4 ast. Tylko dwie straty. Kto wie czy, to jego słabstwo nie jest tak naprawdę przyczyną serii ostatnich mało chlubnych porażek…

L. Fields – w ataku oszczędnie dysponował rzutem. Miał kilka przytomnych akcji. Na desce nie był się w stanie przebić przez OCK. Tylko dwa razy zdjął piłkę z tablicy. Jest jak termit. W ciszy drąży powolutku kolejne szczapki drewna. Nikt go nie zauważa a on wykuwa swoje scieżki. Slient saboteur. (Pisząc o nim lakonicznie staram się w ten sposób oddać konwencję jego gry).

R. Felton – raczej Raymond “OMC MJ” Felton (gdzie OMC stoi za “o mało co”). Coś mu się porobiło w mózgu. I to zdaje się zaczyna przybierać postać choroby. Mania wyższości? Mam pewną teorię. MJ nie może znieść, że go tak łatwo wypuścił Raya z rąk tego lata. Wiecie jaki jest Jordan – nienawidzi przegrywać… A oddanie Raya… no cóż… obiektywnie do sukcesów nie należy. MJ już to wie. Ale z tego powodu nie może spać… więc co jakiś czas dzwoni do Feltona i mówi mu –„Wiesz jaki jest Twój problem Ray? Ja jestem Twoim problemem. Ciebie to boli Ray. Bo wiesz, że dla mnie nie byłeś wart nawet MLE… Jesteś rzemieślnikiem, popychaczem piłki do obwodu. AJ-owi możesz podawać co najwyżej ręcznik i mydło. Nigdy nie potrafiłbyś tego co ja…” Z kolei znacie Raya. Pyskaty jest i ambitny. Ma zawsze coś do udowodnienia. I daje się podpuszczać. A ten obrzydliwy Mike’a siedzi przed telewizorem i zaciska palce w geście tryumfu… Wypuszczony znowu. To było tak na śmiesznie a teraz na poważnie. Ray nie jest MJ. Serio. Ale jakoś sobie tak to ubzdurał. Wiecie ile rzutów oddał w ostatnich 1.41 sek. meczu… Pięć. Ile trafił? Jeden (choć był to jeden z bardziej fuksiarskich rzutów jakie widziałem w tym sezonie – nie miał prawa wpaść – i niech nikt nie mówi, że jak trafił to jest miarą wielkości jego autora). To nie tak. Tragedia. Facet jest na jakiejś misji. Trzeba go z niej jak najszybciej zawrócić. Mecz został, przegrany bo Ray nie chce podać nikomu piłki. Nie może znieść, że ktoś zrobi to za niego. Chce dla siebie wawrzynów zwycięstwa. Ojciec Wiktor się znalazł. Winny, winny, winny. Ty chłopie weź coś na wstrzymanko. Trenerze Mike niech Pan coś z robi. A nie… On teraz tuli pieszczoszka i odwija mu miętuski!!!

R. Turiaf – ostatnio w ataku ma jakąś taką chwilę wiary w swoje umiejętności. Robi rzeczy, o które go nie posądzałem. Dużo agresji, twardości i zdecydowania. Gotowy do realizacji dalszych zadań… Statystycznie przynosi jakby więcej w koszyczku.

T. Douglas – w obronie znowu dobrze -6 zb.. 3 stl. W ataku jak cię mogę. On przynajmniej się stara walczyć, przeszkadzać, wyprzedzać akcje przeciwników. Twardziel. Czyli DWTDD. Oczywiście nie może pozbyć się swojego szaleństwa rzutowego, ale jest ono jakby pod większą kontrolą. Może ta koszulka ktorą ma to taki elektryczny pastuch? Jak czuć, że Toney chce coś odpalić to Trener Dan albo Herb wciskają guzik i Douglas dostaje prądem po nerkach? Trudno wyobrazić sobie rotację bez niego…  

B. Walker – Wolny elektron. Harcownik. W drodze do Walhalli i osiągnięcia 1023 trójek w karierze. Wczoraj wreszcie przyszły czytelne rozkazy z dowództwa. W magicznej kopercie. Miał operować z tyłu. Wyciągnął więc swoją ciężką wałową kuszę i w małą kwartę oddał 9 bełtów z dystansu, gdzie przeciwnika dosięgły cztery… Boleśnie ich ugodziłeś Billu... Nie związany jakimikolwiek innymi instrukcjami, poza ostrzałem nie czuł się zobligowany do zrobienia czegokolwiek więcej.

S. Williams – aż 20 minut w tych swoich pomarańczowych kierpcach. Walker padalec zabrał mu wszystkie bełty i Shawn nie miał czym razić z dystansu. Wdał się w walkę wręcz i uskładał 7 zbiórek. Raz zablokował. Tak się jak na rolesa… zrolował…

Prawdziwy Tunderstruck. (Dziadki z AC/DC byliby zachwyceni… w wersji awiacyjnej dla aero-Knicków).

To POR to ma jednak pecha. Raz Sam Bowie, raz Oden…

08:53, znykajacy
Link Komentarze (9) »
sobota, 22 stycznia 2011

Trąbka teksańska zagrała tu tu ru tu tu tu - i ciężkozbrojne hufce Pancernej Myszy przetoczyły się przez zastępy NYK pozostawiając zgliszcza i rozrzucony popiół. Timi słowami można by skończyć impresję. I czuć się wewnętrznie rozgrzeszonym. Nie mniej jednak na tej pustyni beznadziei i niemocy spróbujmy wycisnąć choć kilka kropel wody, żeby wlać ją na rozpalone emocjami głowy spragnionych czytelniczych oczekiwań…

Prawdę mówiąc jedno z najnudniejszych spotkań NYK w tym sezonie. Nie byli w stanie podskoczyć SAS i to jest fakt. Niezaprzeczalny. O ile jeszcze pierwsza kwarta mogła napawać jakimś optymizmem (paradoksalnie za dwa faule siedział wtedy na ławce STAT) o tyle w dalszej części SAS byli lepsi albo jeszcze lepsi. NYK właściwie nie dostali szansy, żeby zerwać się do lotu. I nic nie dało się z tym zrobić. Totalna atrofia twórcza… Bezsilność wobec niemal perfekcji…

Nie będę znowu się rozpisywał o walorach SAS, bo mecz w MSG nie odbył tak dawno a wygłoszone wtedy tezy nadal pozostają w całości aktualne. To co powiem dziś jest mało odkrywcze i prawdę mówiąc są to truizmy… Powiem tylko tyle, że po wczorajszym spotkaniu nie mam wątpliwości, dlaczego SAS mają na chwilę obecną najlepszy rekord w lidze. Ten zespół jest kompletnie dojrzały. W każdym aspekcie. Ale what else in knew? Inteligencja i wielowariantowość w ataku (inside, outside) oraz poukładana twarda defensywa (inside, outside). Role playerzy dopasowani do gwiazd. Gdzie każdy zna swoje miejsce w szeregu. Wie co może, co musi, a czego mu nie wolno. Są zaprogramowani, w pełni zautomatyzowani i realizują taktyczne założenia. Czy mają szanse na mistrzostwo? Hmmm… Na Zachodzie mogą pokonać ich tylko LAL albo kontuzje…

W ramach rywalizacji z NYK zrobili trzy rzeczy. Po pierwsze wyłączyli Knicsom obwód – tylko 15 prób za trzy (6 celnych), po drugie nie dali się wciągnąć w grę w osobiste – NYK tylko dwanaście razy stanęli na linii, po trzecie umęczyli STATA.  To wystarczyło. Dalej nowojorczycy sami zacisnęli sobie pętlę na szyi miotając się z nieuporządkowanym szaleńczym atakiem, który jak należało się tego spodziewać osiągnął wyżyny 37% skuteczności. Tyle temacie spotkania.

Kto wie może syndrom Melodramatu wkradł się w szeregi NYK… Oczekiwanie na to, co się być może zdarzy w życiu niektórych zawodników paraliżuje ich myśli tak dalece, że przestają myśleć o grze. To są przecież tylko ludzie. A niektórzy z nich są naprawdę emocjonalnie dosyć, używając oględnego języka… złożeni wewnętrznie (sfinksowaty Chandler, Gallo- pieszczoszek trenera, Fields o mentalności rookiego – dziecka w sklepie z czekoladą,  Walker o którego świecie emocjonalnym aż strach nawet myśleć). Przeciąganie zawodników jeszcze przez miesiąc w takim stanie zawieszenia może się okazać zabójcze dla drużyny. Nawet jeżeli nic by miało z tego nie wyjść i utrzymany zostanie status quo.. Co ma być dokonane niech się dokona… Najlepiej już. Nie ma na co czekać Panie Walsh – albo jest coś na stole, albo trzeba powiedzieć jak człowiek ze Wschodu- niet. Rozedrganie wewnętrzne może mieć nieciekawy rezonans – bo może się nie dać tego posklejać. Bo jak mówi stare przysłowie - Jeżeli pozwolisz, żeby twoją grą były emocje to już przegrałeś.

A może to jednak fatyga? Zmęczenie? Kolejna zmiana strefy czasowej? Mecz na wyjeździe? Spanie nie w swoim łóżku? Tylko co z tym zrobić? Jak sprawić, żeby grać mniej i znaleźć świeżość? A nie dorzynać się kolejnym dziesiątkami minut? Nie da się przecież liczyć na to, że przy takim podziale czasu gry będzie lepiej. Bo nie będzie. Wręcz przeciwnie będzie, co raz gorzej. Zespół jest na zakręcie… What is your call Coach Mike?

A. Stoudemire – jeżeli ktoś był szczęśliwy po meczu z SAS to chyba tylko Wielki Pat. STAT nie przedłużył serii 20+ pkt z rzędu do 27 spotkań i tym samym nie zagrozi (na razie Ewingowi) w jego rekordzie. Każdy tasiemiec ma swój koniec – tak kochani wielbiciele Klanu. Ten dzień nadejdzie. Najgorsze jest to, że od jutra trzeba znowu próbować wspiąć się na szczyt. Dziwię się trochę, że w ostatnich sekundach NYK nie podjęli nawet jakiejś takiej śmiesznej i groteskowej przecież walki o ten ostatni kosz Amare. Byłoby to pewnie uznane za głupie… ale coś by z tego meczu pozostało. Tak absmak jest podwójny. STAT ogólnie miał po górkę całe spotkanie nie mogąc sobie poradzić z duetem Blair&Duncan. Ci Panowie rozdali łącznie 8 bloków i udziubali 29 zbiórek. Kilka razy sędziowie mogli gwizdnąć faul na Amare. Nie zrobili tego. STAT na linii wolnych stanął… całe… dwa razy. Najmniej w tym sezonie. Nic dziwnego, że czuł się mocno sfrustrowany.  W pewnym momencie Duncan dostał w oko od Feltona i z bólu zaczął się pod koszem kulić jak mały zajączek. STAT przejął piłkę i zadunkował tak, że spadł mu na plecy tak, że zrobił mu klasycznego jeźdźca. Przez internet w najbliższych godzinach przetoczy się dyskusja czy to było zagranie chamskie czy też Amare powinien z duchem gry fair play widząc rannego przeciwnika poprosić o czas, wziąć Duncuna na ręce i z okrzykiem „Mój Ci on jest Mój” znieść Myszowatego na ławkę rezerwowych. Zrobił to, co uważał. Nie ma się czym podniecać. Więcej było chyba w tym przypadku jednak niż zamierzonego działania. Choć go nieco upokorzył… STAT miał 15 zb. w tym 7 w ataku… głównie po swoich niecelnych rzutach…

D. Gallinari – najważniejsza informacja – wioskowy parobek znalazł grzebień!!! Miał pięknie zaczesaną falę i wyglądał jak aktor z włoskiej soap opery Vivere… Czekamy co będzie dalej… Ewolucja jego koafiury może być najważniejszym wydarzeniem drugiej części sezonu… Co do gry… Momenty były. Łamał się w krzyżu wchodząc tym swoim robotycznym ruchem o szybkości wozu z kapustą. Ze zmiennym szczęściem. Nie trafił żadnej trójki. W pozostałym zakresie raczej statystował niż się czymś się wykazał…

R. Turiaf – bohater pozytywny. Kiedy STAT usiadł w 1Q Ronny uznał, że to jest moment, żeby wziąć sprawy w swoje ręce w ataku. I Ladies and Gentelmen dał rade! Miał tych parę put up dunków. W tym jeden taki gdzie sposteryzował samego Ekscelencję Camemberta. Drugi double double w tym sezonie. Aż 9 rzutów. Polemiki i groźne spojrzenia z Blairem do wykorzystania w polskim parlamencie… Miał chwilę na francuskie pocałunki z Parkerem...

L. Fields – zainfekowany Melonellą? Ciężką chorobą objawiającą się obawą przed zmianą otoczenia i w konsekwencji obniżeniem zdolności psycho-fizycznych. Niektórzy twierdzą, że istnieje tendencja do symulacji objawów tej choroby… Grał  jak nie on… Chyba najsłabsze spotkanie w dorosłej koszykówce… Landry co Ty się tak martwisz? Że w DEN będziesz wchodził z ławki i liczba minut spadnie o połowę? Zrozum. To co masz teraz to jest jakiś fuks. Drugorundowy draft pick wychodzi w pierwszym sezonie do S5 na 32 min? Hello?! Ile było takich przypadków w ostatnich dwudziestu latach? Ośmielam się, powiedzieć, że… żadnego… Może rzeczy muszą wrócić do pewnej normalności? Patrzenie na starszych od siebie i przyuczanie się do zawodu. Przykro mi Landry… Ale to jest własnie dorosłe życie…

R. Felton – kolejny mecz, w którym ilość nie przekuła się na jakość. Symptomatyczny był zaprezentowany w przerwie meczu mikrowywiadzik z Rayem. „Nie boje się rzucać i jestem gotów wziąć sprawy w swoje ręce [w szczególności w końcówce] bo łatwiej jest mi wziąć odpowiedzialność, niż patrzeć jak inni robią to za mnie…” Jest konsekwentny. Gra zgodnie z tą maksymą. Prawdę mówiąc stał się w ataku bardziej jamochłomnowaty niż STAT w najgorszych moich przedsezonowych przypuszczeniach. Jak trafia to się nakręca na jeszcze, jak nie trafia to chce się przełamać. Patologia. Nie może oddawać 21 rzutów w meczu. To jest przesada. Jest przemęczony. I to widać. Nogi go nie niosą. Ani w górę ani w tył ani przód. Tak bardzo uaktywnił się w ataku, że zapomina o obronie. Po ludzku nie ma na nią siły. Aż 6 strat… Głównie po parchatych podaniach.

W. Chandler – druga ofiara Melonelli? Chociaż z szumów prasowych wynika, że powinien czuć się bezpieczny… bo zostaje na niebiesko pomarańczowym pokładzie.  Więc… przeciążenie? Załamanie śródsezonowe? A może powrót do normalności? Stracił swój energetyczny potencjał… Niewidoczny… Unikający gry. Dokonujący złych wyborów… Myślalem w swojej naiwności, że mamy to już za sobą.  A może jego słabsza gra wynika z tego, że stał się na odprawach przeciwników jednym z ważnych punktów w dyskusji o tym jak pokonać NYK? Może. To go jednak nie usprawiedliwia…

T. Douglas – najjaśniejsza postać w obronie NYK. Widzieliście tę akcje w 1Q kiedy uniemożliwił przez 7 -8 sek. podanie piłki Duncana do Parkera odcinając go od Wielkiego Chedara? Potem miał zbiórkę w obronie, dive’a po niczyją piłkę. Podciągnął grę w 1Q. Chyba znowu miał jakieś anielskie widzenie, bo w ataku znowu był na jakiejś misji świętej… Tyle, że… nie trafiał. 4 przechwyty… Widać, że gra z patykiem w zębach. W przeciwnym razie musiałby wrzeszczeć z bólu…

S. Williams (znowu liryczny)

Dwie trójeczki

Na trzy próby

Tak przeciętnie…

o mój luby…

B. Walker – jeździec bez głowy i bez znaczenia. Minotaur czterech ścian. Będzie mi smutno kiedy odjedzie… choć moim zdaniem DEN nie poradzi sobie z nim mentalnie i zwolni go zanim jeszcze deal stanie się oficjalny… Bill to było by za dużo nawet na taką menażerię jak DEN… A wtedy… nasz mroczny wojownik może powrócić by dokończyć swoje zaczęte questy w marszu do Walhalli…

 


 

Audiotele – Co wyobraża tatuaż na plecach Duncana?

a)      zestaw noży do sera?

b)      podobiznę Remy’ego bohatera filmu Ratatouille (polski przekład Ratatuj)?

c)      reklamę popularnego podpuszczkowca?

 


 

Dla tych, co byli ostatnio tacy spięci meczem z SAS - informacja z ostatniej chwili – mogą się już rozpiąć…

11:04, znykajacy
Link Komentarze (21) »
czwartek, 20 stycznia 2011

No to wspięliśmy się naszymi saNYKami na górkę i teraz czeka nas już łagodny zjazd do końca... Będzie ubywać sezonu...

Co można powiedzieć o meczu z HOU. Zmilczeć. Prawdę mówiąc ostatnie krople pucharu goryczy wypiłem tylko statystycznie, bo ILP zrobił blackout w ostatnich 6 minutach spotkania... W tym czasie NYK zdobyli całe 8 pkt...

Coś się zacięło. Trzecia gra, w której widać, że NYK fizycznie mają już dosyć. Ciężkie nogi, opuszczone ramiona, co raz bardziej wymowne spojrzenia rzucane sobie – Dlaczego nie podajesz? Dlaczego go nie kryłeś? Może się ruszysz? Zaczyna się w język ciała wkradać taka fałszywa nuta... Potrzebne jest jakieś nowe otwarcie. Ktoś musi chyba huknąć w szatni...

HOU nie grało jakoś nadzwyczajne. Liderzy w postaci Martina i Brooksa  (prawdę mówiąc byłem trochę w szoku, że zaczął z ławki – myślałem, że jest jeszcze kontuzjowany; czyżby Lowry był na tyle dobry, że sztab uznał, że wystarczy, że Aaron będzie tym szóstym?) nie mieli wielkiego dnia w ofensywie – a popisy HOU za trzy przypominały raczej kabaret, to raz uzyskanej przewagi w 1Q nie oddali do końca, wygrywając wszystkie kwarty. Martin i Buddinger mają jedno z najbrzydszych ułożeń ręki przy rzucie (nie zapominam o Tobie mój Księciu Kostuchów z DET). Buddy to wygląda tak jakby zakładał jakaś ramę okienną. Największy stolarz NBA...

NYK tak naprawdę mieli tylko dwa momnety ożywienia w postaci runów – jeden 8-0 - mniej więcej w połowie 2Q drugi na początku 4Q. Tak było właściwie kosz za kosz przy delikatnie oddalającym się HOU... Zdemolowani w paincie – 54-36 NYK jeszcze raz pokazali, że obrona w pomalowanym jest niczym terra incognita. Z resztą y tak na spokojnie popatrzeć to w defensywie były jakieś pojedyncze akcje – i to prawdę mówiąc bardzie po stronie tzw. second unit To jest na swój sposób porażające.

O ile do braku obrony chyba wszyscy się juz zdążyliśmy przyzwyczaić – o tyle bardziej zastanawiająca jest ostatnio niemoc w ataku. STAT sam spotkania nie wygra. Znowu mam wrażenie, że wróciliśmy do myślenia z początku sezonu – jak nie idzie z przodu to gramy do STATa na alibi i czekamy, co będzie dalej. Tak się chyba nie da.

Nie jest dobrze... Czyli jest bardzo dobrze!

Oczywiście można powiedzieć: HOU zwyczajnie nie leży NYK, bo to czwarty z kolei przegrany mecz z Rakietami.  Ale to jest wytłumaczenie godne piłkarza Ekstraklasy...

W. Chandler – dołek czy dolina? Rzutowo słabiutko. Nie mógł się wstrzelić, mimo, że selekcja nie była zła (miał pod tym względem gorsze występy). Po za tym zbierał (8 zb.). i blokował. Jego słaba gra paradoksalnie pokazuje, jak ważna częścią zespołu się stał. Mimowolnie? Jeżeli jemu nie idzie kuleje gra w ataku. Mam wrażenie, że też gra w ołowianych butach... Wczoraj niestety znowu pod 40 min...

D. Gallinari – król sianokosów znowu powstał z gumna z wplecionymi we włosy źdźbłami trawy... Chłopie zrób coś z tym rżyskiem na głowie!! Liczba lay upów których wczoraj nie trafił była porażająca. I jeszcze pyszczył, że był faulowany, wiatrakował rękoma. Zauważyliście, że też jest jakiś przyciężkawy w biegu. On nigdy nie będzie Usainem Boltem to jest jasne – nie będzie też Merlene Ottey – nie tylko ze względu na niewyględność twarzy – ale ruchy ma jakby bardziej robotyczne niż zawsze. Robi wczoraj trochę tych swoich tańców łamańców przy wejściu ale brakowało egzekucji. Smętny taki.

A. Stoudemire – chyba nikt tak dobrze nie krył STATa w tym sezonie jak Hayes. Prawdę mówiąc Amare powinien zrobić sobie jakąś laleczkę voodoo na obraz i podobieństwo Chucka i wbijać mu w bezsilności szpiliki w oko... Ten chłopak nie ma 2 m wzrostu a jednak potrafi czynić cuda. (198 i Chuck – ja mam jedno skojarzenie...) Gra sklejony z przeciwnikiem, strasznie fizycznie i prawdę mówiąc STAT wyglądał przy nim jak dzidziuś. Hayes zabierał mu piłkę jak szóstoklasista zabiera przedszkolakowi pudełko z lunchem, a STAT pytał go jeszcze  czy mam do tego kupić coś do picia. Chuck wymusił na STATcie aż 5 strat i mocno zatruwał mu życie. Amare zrobił w ofensywie swoje tj. dodał do kolekcji kolejny występ 20+ z rzędu. Już 26. Po za tym znowu nie zbierał i w obronie się nie przykładał. Pozazdrościł Douglasowi jednoramiennej koszulki i też sobie taką założył...

L. Fields – on ma coś wspólnego, że szwajcarskim zegarkiem. Odmierza swoją grę systematycznie w taki sam sposób. Do 6 rzutów, 8-10 pkt., zbiórki między 6-9. Chciałbym, żeby tej dobrej gry było trochę więcej. Moje opisy jego gry też w związku z tym dosyć podobne.

R. Felton – fizycznie najsłabszy na boisku. Wczoraj miał przeciwko sobie godnego przeciwnika o podobnym formacie gabarytowym. Lowry to kawał byczka i mimo, że Felton potrafi siłowo zdominować jedynkę przeciwnika to Lowry jest w takich zabawach jeszcze mocniejszy. Ray niestety nabawił się złego nawyku – bo po nieudanym rzucie ma teraz takie dwu sekundowe zatrzymanie kiedy przeklina pod nosem i opuszcza ramiona w geście bezsilności. Tyle, że przeciwnik nie czeka aż SzanPan Ray zrobi z sobą rachunek sumienia tylko pcha akcję dalej i Felton jest o ten czas spóźniony w obronie. Znowu za bardzo koncentruje się na ofensywie. Na jego przełamywaniu na chwilę obecną cierpi drużyna bo break out nie ma.

T. Douglas – chyba najjaśniejszy punkt spotkania. Dobra egzekutywa i momenty indywidualne w obronie. Zbierał się do zbiórek, trochę asystował. Na ten czas gry, przy własnej słabości fizycznej – bardzo poprawny występ.

R. Turiaf – 20 min. 6 zb. 3 ast. 4 pkt. Nie umiem się odnieść do tego czy ten występ koziobrodego uznać za udany czy wręcz przeciwnie. Pozostawił mnie w takim zawieszeniu...

B. Walker – orkowy książe miał jakiś inny plan na grę. Odpalił dwa niecelne strzały, ze swojej magicznej kuszy, a po za tym był już tylko labiryntowy bilard. Utonął w falach swojej mrocznej duszy. W pluso minusach +2. Najlepiej.

S. Williams – (dziś nieco liryczny)

Celna trójka,

Prawie kwarta,

Gra doprawdy nic...

Niewarta...

I was a Nix once...

Jordan Hill – nic się nie zmieniło - ma ciągle tą samą minę wioskowego Cześka. Smutne spanielowate, nierozgarnięte oczy i surowość ruchów przy, których Iwan Groźny jawi się niczym św. Mikołaj. Tak wiem miał siedem zbiórek i trzy bloki. Ale też 5 całkiem paskudnych rzutów. Wcale go nie żałuje. Ponad to, że oczywiście trzeba było brać Jenningsa.

Jared Jeffires – podobno ma być bohaterem programu "Ktokolwiek wiedział, ktokolwiek wie"... Moim zdaniem, jeszcze w lutym będzie Nixem...

PS. Oczywiście wiadomością dnia jest informacja, że Rosjanin wycofał się z Melo-sagi. Do boju Panie Walsh! Let the Force be with you!

Tylko tego Ripa żal... Tak po ludzku...

10:19, znykajacy
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje