RSS
czwartek, 31 stycznia 2013

Mecz był wartki jak Dunajec w marcu. ORL walczyło dzielnie i chciało dawać jakieś widoki powodzenia na przyszłość, ale w 4Q wyskoczyli z tratwy. Bez Afflalo i Glena Davisa (który co raz bardziej zaczyna przypominać krąg sera), który w czasie spotkania złamał stopę (out for the season) ORL mogli co najwyżej przenieść na chwilę atmosferę Disneylandu. I momentami było bajkowo (1Q).

Mam nowego faworyta ulubieńca i delfina. Kyle O'Quinn. Facet wygląda jak współczesna żywa ilustracja wiersza o Ponurym Bazylim (chyba już kiedyś wspomniałem ten wierszyk).

"Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak,

Zjawił się wielki, Ponury Bazyli.

Był tak ponury, że na jego widok

Uciekali wszyscy tam gdzie pieprz rośnie".

Ależ on epatuje strachem. Nowy bohater sceniczny. On chyba nawet nie mówi. Tylko patrzy. Będę analizował rozwój mimiczny jego kariery.

Magic wpadli na pomysł oryginalny – polegający na podwajaniu Melo i życiu z ofensywną grą pozostałej reszty. No to „Było sobie życie”. Pomysł nie był może ideologicznie błędny, ale nie zadziałał bo w NYK zawodnicy krążący wokół jądra Melo zagrali nad wyraz poprawnie. Nikt się nie obsunął. Każdy się wyważył jak felga u wulkanizatora. Przez to nie było w tym meczu niczego, co pozwoliłoby piszącemu wzbudzić w sobie uśmiech Pana Ropucha z opowieści, „O czym szumią wierzby”.

Do Hedo Turkoglu mam tylko jedną serdeczną prośbę – „Turku kończ ten mecz”.

C. Anthony – poszedł na rekorda, jest mistrzostwo, jest pewnie dziś telefon do Rysia Guerina. „Richie nie jesteś gorszy. Jesteś po prostu drugi.” Myślę, że czeka nasz jakaś mała szopka. Któraś z dziennikarzyn pojedzie do Guerina i zada to sakramentalne pytanie – „Panie Geurin co Pan czuł kiedy Melo zdobył 20 pkt.  w meczu z ORL”? Rysio pewnie odpowie kurtuazyjnie – Kibicuję mu, mój rekord czekał na niego zbyt długo. Jestem szczęśliwy. Let’s go Knicks”. A może powie coś kompletnie niepolitycznego? Marzenia. Wszystko było niby pod kontrolą, ale w końcóweczce wdarła się pewna nerwowość, czy się uda aby. Szacun dla Melo, że nie forsował, nie grał na siłę tylko czekał na okazję. Ta cierpliwość została nagrodzona. No to teraz już tylko śrubokręt i śrubujemy. Jednej rzeczy trochę nie zrozumiałem. Melo przeskoczył wczoraj w generalnej zdobyczy punktowej z miejsca 79 na 78 (albo podobnie) i B. Cousy’ego. Dlaczego to było takie ważne? Ktoś przyuważył powód?

J. White – eksperyment „Świnek w Kosmosie” zakończył się niepowodzeniem? Dlaczego miałoby się udać White’owi?

T. Chandler – no wreszcie ktoś do kosza rzucił perszeronowi trochę snopków owsa. Się kobyłka pożywiła aż miło. Zakąszał przaśnie i ze smakiem. Ihhhhaaa!

R. Felton w pierwszej kwarcie toczył korespondencyjny pojedynek z JJ Reddickiem. Była to wspaniała wymiana listów, ripost i paszkwili. Jak z  czasów Francji Encyklopedystów. Reddick per saldo zachował więcej celnych argumentów a Feltonowi po za 1Q nie starczyło inkaustu.

I. Shumpert – jest pierwsze ponad dwadzieścia minut. Dla mnie ciągle niewidoczny. Nóżki ciężkie. Brak szybkości. Faule. Pierwsze frustracja. Jakiś ciśnięty z pasją ręcznik. Chce być za prędki, a przecież nie od razu Rzym zbudowano. Nie martw się. Od dziś na pseudonim Footbreaker. Glen Davis nie zapomni Ci tego... Trzeba będzie pobiec z kwiatami.

J.R. Smith – kolejna metamorfoza człowieka kameleona. Wczoraj miał stadium białego karła. Zassał się do środka. Zgęstniał. Chciał być kandyzowaną wisienką na torcie. Ozdobą. Próba wyznaczenia jakieś reguły i wzoru w jego grze załamałaby komputer Odrę.

S. Novak – ostatnie trzy trójki uratowały występ. Może jednak powrót na plan „Klanu”? Jakaś mała dokrętka z zaświatów? W śnie Maciusia?

A. Stoudemire - nie wiem. Ktoś się powinien nad tym solidnie zastanowić jak dokonać erraty do składu ASG. Tego nie da się już dłużej ukrywać przed ludźmi. Ale STAT kicks ass!. Czekamy na powrót do S5. A co? Może nie zasługuje? Czekam, kiedy wysunie to żądanie publicznie. Lepiej go nie drażnić. Bo znowu zbije jakąś szybkę.

C. Copeland – wykluczony. Może zorganizuje jakiś marsz uliczny w swojej sprawie?

P. Prigioni – terapia zbiorowa w grupie strachu zaczyna przynosić pierwsze efekty. Przestał się bać piłki. Zaczął nawet oddychać. Podobno najbardziej pomógł mu kolega z zajęć- Scooby Doo.

R. Brewer – dwa ostatnie spotkania to były błyskawice. Preludium do Armagedonu. Wczoraj go doświadczyliśmy w postaci... mżawki. Tylko bez kropli wody.

12:39, znykajacy
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013

Mam czasem taką szaloną myśl. Zostać prawdziwym kibicem ATL. Takim na zbój. Fanatycznym. Jedynym w Polsce. Udowadniającym, że Al Horford jest karaibskim rasta Dwightem Howardem, Josh Smith ma potencjał jednorękiego LeBrona Jamesa, Jeff Teague ośmieszyłby P. Gąsowskiego w „Kalamburach” a Kyle Korver ma taki garnitur zębowy, że kolejna saga po zmierzchu a przed świtem będzie musiała mu dać pierwszopiątkowe minuty w tej produkcji. Jakieś dwie sekundy później przychodzi druga refleksja. Nie tego bym nigdy nie dał rady zrobić.

Jest w tym zespole coś odpychającego. Nieapetycznego. Ta drużyna nie ekscytuje nawet ornitologów siedzących w tych wigwamach z brezentu i podpatrujących tokujące cietrzewie. Nie potrafię powiedzieć o nich niczego, co ocierało by się o pozory komplementu. OK. Spróbuję Kiedyś mieli naprawdę fajne logo. Teraz to obecne przypomniana bardziej umazaną w posoce Hedwigę.

Patrzę na nich tylko przez pryzmat rekordu. Jest 25-19. Ta wiedza mi wystarcza. Nie odczuwam potrzeby zagrzebać się głębiej.

Coś trzeba jednak napisać. Takie spojrzenie z lotu jastrzębia.

ATL oddali swojego najlepszego zawodnika i nadal grają mniej więcej to samo. Za to kciuki w górę. Ich sytuacji personalna też jest dość ciekawa. W przyszłym sezonie mają „na twardo” na rosterze na chwilę obecną tylko trzy nazwiska. Ala Horford, Lou Williams, John Jenkins (kto?). To im pozwala na bycie głównym lotnym drapieżnikiem letniego okna transferowego. C. Paul and D. Howard are thrilled. Ochłońmy na chwilę. Prawda jest nieco bardziej przyziemna. Przed nimi jedna ważna procesowa decyzja. Czy spełnić marzenia J. Smithowi i nazwać go Maxi Cashem, czy iść na handel wymienny i rozmienić go na coś mniejszego w najbliższych dniach. Trudna decyzja. Ciężki biurowy match-up. To jak starcie wizji z koncepcją. Jedna decyzja wydaje się być gorsza od drugiej. LAL by zrobili P. Gasolowi numer gdyby odesłali go do antracytowej Atlanty. Wtedy to i Sancho Pansa by mu nie pomógł wyjść z melancholii.

Mecz. Dobre ofensywne spotkanie. Ikebana. Rzutowy flow układający się całymi sekwencjami w kwieciste wzory. Niesamowite, że mimo, że NYK zagrali na jedną armatę (Melo) i trzy lufy (STAT, Smith i Felton) – czyli całe organy hulały aż miło na wysokim procencie, ATL pilnowała wyniku do końca. Szczerze mówiąc Hawks zrobili wszystko i nawet jeszcze trochę więcej, żeby ten mecz przegrać. Brawo. Mieli tyle szans od losu na przeważenie w końcówce, że za to gapiostwo powinni zostać na kilka dni zamknięci w klatce i karmieni siemieniem i pojeni wodą z poidełka.

C. Anthony – w pewnej chwili wydawało się, że pobije rekord globu liczby trójek rzuconych w jednym spotkaniu. Publiczność już się grzała. Jon Barry już miał mieć swój telewizyjny prime. Ale wtedy pod koszulkę Melo w 4Q wskoczył S. Stevenson i niemiłosiernie łaskotał go krzaczastą brodą po falujących piersiach. I się nasza piersiatka troszkę spąsowiała i rzutowo nabrał jakichś wątpliwości. Nie oddał już rzutu za trzy. Trochę się ostatnio pośpieszyłem. Przed P. Ewingiem z 29 dwudziestopunkciakami pod rząd jest jeszcze R. Guerin. Ritchie został właśnie dojechany przez Anthony’ego, ale po meczu z ORL będzie już oglądał plecy, tego którego nie da się już na powrót zamknąć w butelce.

I. Shumpert – szklany sufit dwudziestu minut gry ciągle pozostaje nieprzebity. Naprawdę trudno dziś o nim coś powiedzieć co by nie było krzywdzące.

T. Chandler – wiatr nadal grał w konarach. 2 pkt. 3 zb.? To jest poziom alternatywnego ASG. Coś go tam chyba szarpie w szyi, bo się okładał większość spotkania termoforem z lodem o wielkości materaca do pływania.

R. Felton – nudnie poprawny.          

J. Kidd - człowiek bez pleców wylądował na bruku ławki.  

J.R. Smith –W 4Q odfrunął. Przeprosił kolegów, kibiców i przejął grę. Sam przeciwko wszystkim. „Niech nikt nie próbuje mnie wylądować”. Katastrofa była tak cudownie blisko. Ale ten burmuszek Melo musiał się wmieszać. Chociaż nikt go o to nie prosił. Studium rzutów JR Smitha w ostatnich dwunastu minutach jest dowodem na to, że lancetnik byłby intelektualnie zdolny do gry w koszykówkę.

A. Stoudemire - w ruchach lekko rozpaczliwy, łamliwy jak suchar ale per saldo skuteczny. Za styl punktów się jeszcze nie odbiera. To jednak przestaje być śmieszne Jedna kontuzja więcej na Wschodzie i Amare znajdzie się w ASG. Ok. Przed nim jest jeszcze L. Barbossa.

P. Prigioni – to już oficjalne. Sklonowano człowieka. Pablo stworzył samego siebie z meczu z PHI. Za chwile jego powłoka trafi do seryjnej produkcji i będzie można kupić ją w sklepie. Każdy będzie mógł sobie stworzyć występ Pierożka. Założyć w domu i trafić dwie trójki. Na trzy próby.

K. Thomas – honor muszkieterów znowu uratowany. Kardynał Richelieu znowu podkręca w bezsilności utrefione wąsiki.

R. Brewer – zrobił to znowu. Tym razem rozjaśnił nam niebo na pięć sekund. Jak flara puszczona z czarnego oceanu gdzieś w noc. Na pomoc. Na ratunek. Grzmot słyszano tym razem gdzieś w Australii. Ale to mógł być dźwięk didgeridoo. Jesteście gotowi na 7 sekund?

S. Novak – osiągnął przydatność łyżki do butów na potrzeby otwierania paprykarza szczecińskiego.

J. White – występ, który trudno skomentować inaczej niż retorycznym pytaniem „Dlaczego”?

10:55, znykajacy
Link Komentarze (32) »
niedziela, 27 stycznia 2013

W pierwszej kolejności mego kolejnego wystąpienia zacznę od tego, że wszystkim komentatorom pod wpisem nr 600 gratuluję odwagi. W dzisiejszych czasach przyznanie się do kogoś, czego zasługuje na duży szacunek i wdzięczność. Mówimy przecież o wartościach. Te wpisy dają motywację na następną setkę. Nie wiedziałem, że jest Was aż tak wielu. Dziękuję. To dla mnie naprawdę ważne.

To teraz mięsny jeż.

Odgrzebałem w pamięci ostatnie dwa spotkania z PHI z tego sezonu i szczerze mówiąc kładłem się spać zniechęcony. Żiżas – myślę – to będzie trzeci mecz, w którym będę wyciskał wodę z kamienia. Ci Sixersi tacy bez wyrazu. Doug Collins potwierdza, pewną prawdę o sobie. Jest trenerem tryptycznym. Wzrost. Wykwit. Uschnięcie.  Trzeci sezon trenowania tej samej drużyny jest jego ostatnim. Epitafialnym. Myślę, że w tym roku historią się powtórzy. Może próbować się wyłgać, że to wszystko wina faceta grającego w kręgle, ale moim zdaniem kondukt pogrzebowy już wyruszył.

Z czego wynika ten trzystadialny model? Nie wiem. Ale chyba już dziś nie da się prowadzić zespołu uprawiając metody szkoleniowe sierżanta Toma "Gunny" Highway z „Wzgórza Złamanych Serc”.  Zamordyzm w epoce internetu już nie działa. Ludzie widzą. Organizują się. Tworzą jakieś grupy społecznościowe. Jest pudelek. Doug Collins nie żyje w rytmie Gangam style, o rap pomylił podobno z wrapem z kurczakiem. On ma inne problemy. Człowiek dawnych czasów. Wczoraj przez jakieś dentystyczne zmagania, borował się w szatni w czasie drugiej połowy. Zęba stracił. Trudno to pojąć. Zrozumieć. Przyjąć po postu.

NYK przestali bronić. I to jest wiadomość, która zelektryzowała redakcyjny pokój. J. Holiday pruł się przez Knicksowy środek jak małżonka o poranku (przy okazji pozdrawiam). Ten chłopak jest naprawdę czarowny. Wchodzi ciałem, kiedy myślisz ze nadal go trzymasz, robi taki złodziejski wychył zza węgła, przełazi przez pachę i rączką dokręca żarówkę przy obręczy. Wczoraj z tych dokrętek zrobił iluminację roku. Nowy Świat lekko przygasł. 35 punktów rekord kariery. ASG. E. Turner miał chwile, w których dociskałem soczewki do źrenicy, bo wyglądał tak jakby gdzieś na ulicy Pokątnej ktoś sprzedał mu maść na Ośmielenie (efektem ubocznym jest wykwit sierści wilkołaka na polikach – kobiety szaleją Ty zwierzaku), a Niemłody już Tadzio wyglądał na bardziej hebanową wersję B. Griffina. Najzabawniejsze jest to, że PHI grała praktycznie w piątkę, a żaden z graczy nie miał więcej niż 6 ast. i 6 zbiórek. Starczyło.

Atak NYK odmierzał nieskuteczny Melo, trzy zera z gry dołożyli I. Shumpert, JR „I want to be an All-Star” Smitha i J. Kidd. R. Feltona wyglądał jak warszawa sedan po „Pimp my ride” (dołożono dodatkowe oponki by nadać bardziej opływowy kształt – jeżeli to jeszcze możliwe). Amare był szybki, gładki i prawie się zadurzyłem. Reszta przypominała chocholi taniec. NYK nie wykonali żadnego ruchu. Szarpnięcia. Ataku. Totalna atrofia zdarzeń. Grali na olej kujawski. PHI wytłoczyli ich na zimno. Zamiast walczyć NYK weszli w dwie polemiki z sędziami odnośnie nie tak przedmuchanych gwizdków, lekko się zagotowali, zrobili wiatrak rękami (obrona holenderska), mecz przejechał obok nosa. Fajnie dziś back to back w ATL. Jestem pełen nadziei. Znowu.

I. Shumpert – jego gra opiera się na sklejaniu parkietu twarzą. Zrobił się ciężki i ospały jak koala po zagryzce z eukaliptusa. To na dziś nie jest ten sam człowiek, którym go znaliśmy. Tamten odszedł by zostać kosmitą.

C. Anthony – śrubuje rekord NYK liczby spotkań z rzędu, w których zawodnik zdobywa przynajmniej 20 pkt. Dojechał już do P. Ewinga. Przed nim już tylko autostrada do nieba. Nieśmiertelności. Że 25 pkt. w 28 rzutów to są już jakieś oboczności. Nie ruszajmy. Jest rekord. Są faworki. Cukier puder przykryje czerstwość ciasta.

T. Chandler – usychający jesion. Powrót Feltona miał przywrócić pąki białych róż na ramionach jego konarów. Na razie idzie utartą drogą do tartaku.

J. Kidd – bez mocnych pleców to dziś trudno o cokolwiek. Chyba, że się ma legitymację ruchu ludowego.

R. Felton R-airball Felton powrócił. Niedoleciany, niepewny jak Gowin na mównicy, klepiący piłkę mechanicznie jak dziecko tabliczkę mnożenia. Co może zrobić z człowieka pięciotygodniowa przerwa spowodowana urazem przy dłubaniu w uchu? Bez zdrowego Felusia marzenia o drugiej rundzie PO rozwieją się jak złomkowy siwy dym…

J.R. Smith – mój miś. Przytulinka w mroźną, zimną noc. O taką patologię własnego jestestwa się jeszcze nie otarł. Ostatni raz chyba 6 kwietnia 2007 r. Ale dziś to przebił. Zanurzyłem się dziś w jego statystyki historyczne i jest porażające studium chaosu i entropia. Jeżeli ktoś nadal uważa, że tylko człowiek tym steruje to pozostaje to jest ślepy na ingerencję sił nieczystych.

A. Stoudemire – czy Ty mnie nadal Amare? I Amore też. To jest ciagle All-STAT player. Jedna litera a jaka różnica. Metodyczne ogrywanie L. Allena człowieka o skrętności słupa od latarni dowartościowałoby każdego. STAT śni swoją bajkę. Możecie się śmiać, ale on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. I to jest najbardziej przerażające.

P. Prigioni –zdaje się, że w tym dotykaniu się z E. Turnerem trochę magicznego proszku śmiałości padło na jego skrzypiący nosek… Ośmielił się rzucić.

S. Novak – człowiek o przydatności łyżew na Copacabanie znowu zachwycił bezproduktywnym tańcem przy liniach bocznych. Dlaczego TVN zrezygnował z Tańca z Gwiazdami? Moim zdaniem ten facet może uratować swoim walcem wiosenną ramówkę.

R. Brewer – był jak błyskawica. Przez dwie sekundy światło rozdarło się niemym krzykiem nad mroźnym niebem Philadelphii. Na grzmot nadal czekamy. W Chinach coś podobno słyszano… Ale to mógł być wół po zjedzeniu za dużej ilości kiszonego owsa.

C. Copeland – Krzysiek przestał być hot. Nawet w kręgach (under)-dogów. W dramatycznym poszukiwaniu samego siebie dotarł do granicy, za którą kryje się bezmiar możliwości PLK.  

J. White – pamiętacie w Gazecie Wyborczej był dawno temu kiedyś taki cykl przepisów na zrobienie sobie postaci życia publicznego z plastikowych butelek, starej gąbki, włóczki i kawałka mydła. Tomasz Broda (dzięki Lanfaust!). Moim faworytem było zrobienie sobie Rysia Kalisza. White zdaje się zaczytał się w numerach archiwalnych. Zrobił sobie Carmelo. Jest niebieska opaska, pomarańczowe kierpce, ruch bioder taki Melonowy. Lekki wąsik opasa mu wargę. Tylko cholera tych umiejętności nie przybyło. Ale wizualnie można się dać uwieść. Czy upodabnianie się do kogoś innego to nie jest jakaś jednostka chorobowa? Ten facet jest ostatnio moim idolem.

K. Thomas – znowu nie zawiódł muszkieterów trzeciego wieku. Bohater Klubu Seniora.

11:40, znykajacy
Link Komentarze (26) »
piątek, 25 stycznia 2013

Kolejny brudny mecz, o którym naprawdę trudno powiedzieć coś „puchatego”. Walka, nieudolność, słabość, niewydolność. Oba zespoły były momentami wewnętrznie niejadalne.

Jestem daleki od gloryfikowania BOS. Mają swoje problemy i kruchości. Widać je było wczoraj równie dobrze jak wnętrze domu holenderskiego w pracy Samuela van Hoogstratena. Ta obrona to już nie to co kilka lat temu, brak wzrostu (nie da się opędzić wszystkiego Garnettem i Sullym), brak ofensywnej zbiórki (tak wiem inna filozofia – transition defence), brak realnej egzekutywy (Rondo oddający kluczowego jump shota???). Ciągle można się nakręcać i mieć mokre stopy ale fakty są takie, że ten dom co raz bardziej połatany i spróchniały. Ja wiem ktoś powie – w zeszłym sezonie przez ASG było minus dwa do 50% i potem co? Lebron James miał nieprzespaną noc z 6 na 7 czerwca bo tak się bał. Dziś strach ma co raz bardziej wielkie oczy. Mieszkańcu szlachetnej Pszczyny – ratuj dobrym słowem.

To nie był mecz, w którym wygrał system (choć w pierwszej połowie NYK zagrali death zone za co palce w górę), ale o wyniku ostatecznie zdecydowały indywidualne błędy. NYK wygrali bo P. Pierce dwa razy skaszanił.

C. Anthony – nie było nic o płatkach, mleku i słodkościach Lali. W pewnym momencie Melo wygruził się pod koszem. KG podał mu rękę, zrobił lewarek, potem przyjacielsko klepnął w Melowego tamtama (membrana benia prawie wessała mu rękę). Anthony miał jednak coś z tyłu głowy. 28 rzutów/ 28 pkt. Chyba go jednak nera szarpała. Szukał jakiejś ciętej riposty, ale pozostał niemym łabędziem.

J. White – trzynaście minut zaklinania rzeczywistości dokoła białej pustyni zupełnie niczego.

T. Chandler – nikt chyba tak nie masuje czulej pinkiego Feltonowi jak właśnie Czenio.

I. Shumpert – momenty dobre przeplata ze słabymi. Ale to jest dewiza jego gry od zawsze. Trudno oceniać zawodnika, któremu pół roku temu niemal urwało nogę. Herman Maier też potrzebował chwili czasu by odnieść pierwsze zwycięstwo w pucharze świata po wypadku na motorynce. Oceniam go przez pryzmat motoryki. I ta  przypomina to raczej złamanego ATR-a niż smukłego Naboo Royal Starship.

J. Kidd – w starym piecu diabeł pali. Miał takiego fade waya, że aż się zatchnąłem wewnętrznym jadem.           

J.R. Smith – temu to się nawet byk ocieli. Robił naprawdę wszystko, żeby być bohaterem dzisiejszej impresji w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ale oczywiście postanowił pognębić redakcyjny kolektyw. Trafiony jumper. Naparcie na P. Pierce w wyniku czego Linekerowi NYK wysmyknęła się piłka na polu karnym. Oto człowiek. Szykowano mu medialny szafot a on w ostatniej chwili odział się w złoto i bisior. Dusza sprzedana, gierka wygrana. Causa finita.

A. Stoudemire – no, no, no. Potwór bagienny powstaje z kolan? Aż mi zakiełkowała myśl zakazana, że może ktoś zaczadzony ziołami byłby gotów w oknie dać nam za niego kawałek hiszpańskiej karkówki? Nie. Nawet nie wolno tak myśleć. MDA nie byłby przecież aż tak wielkoduszny.

P. Prigioni – była  umowa między BOS i NYK. A właściwie dramatyczny apel tych pierwszych. Istniała obawa, że jeżeli nie zagra w Boston Garden publiczność będzie domagała się zwrotu za bilety. Z kolei NYK pomni sprawy SAS bali się kary nałożonej przez Komisarza Baryłkę. Umowa jest dwustronna. W Garden of Dreams etat ma dostać Leprechaun.

S. Novak – z tak dramatyczną grą miałby szansę na angaż w Tajemnicach Westerplatte. Novak, co Ty wiesz o zabijaniu?

K. Thomas – dwie minuty, które wstrząsnęły światem. Na wyspach Pacyfiku czekają teraz na tsunami.

R. Brewer – miał szczęście, że dziś jest ten strajk kolejarzy. Miał już wykupioną miejscówkę na Hel.

---------

Okrągłe numery impresji to już tradycyjnie pora do dania głosu przez tych, którzy byli do dziś wokalnie niedysponowani. Stałych bywalców takich, co to są a tylko mówią, że czytają a nie komentują  też uprasza się o delikatne zgłoszenie obecności. Redakcja musi się policzyć.

Jedziemy dalej.

10:31, znykajacy
Link Komentarze (68) »
wtorek, 22 stycznia 2013

Mecz przypominający walkę słoni alfa o prymat nad sadzawką w okresie suszy gdzieś w parku narodowym Serengeti. Monumentalne okładanie się trąbami, wbijanie ciosów w twardą skórę i dreptanie w miejscu. Zero finezji, baletu. Siłowa przepychanka. Zawody w przeciąganiu liny. Dla koneserów widowisk typu strongman, ludzi, którzy dostają wypieków na widok mijających się składów towarowych w okolicach Pszczyny.

Końcówka. Joe Johnson trafił, Melo już nie, potem gra w jedynaka i na koniec wcale nie taki desperacki niecelny rzut Lorda Ciemności, który nie dał przepustki do dogrywki.

BKN zmiażdżyli NYK na tablicach i w grze zespołowej. NYK dorobili się tylko 5 strat przy aż 19 BKN. Wyszło na prawie to samo a zdecydowała tak naprawdę dyspozycja rzutowa chwili liderów obu drużyn. Joe był cool a Melo miał ból.

Tym samym ten pojedynek w słońcu o prymat miasta na remis. Każdy wygrał u siebie i na wyjeździe. Czekamy na PO. Ta konfrontacja może doprowadzić do ciężkiego rozstroju zdrowia.

C. Anthony – 29/29. Relacja punkty do rzuty. Szału nie ma. To spotkanie potwierdza lansowaną przez mnie do znudzenia tezę o cienkości ofensywnej NYK. Melo może sobie tam kąsać, grać w to swoje „Hello! Ball to Melo”, ale przy katarze siennym skuteczności JR Smitha i korozji Amare to statystycznie Knicks mecz raczej przegrają niż wygrają. Jeden człowiek nie poradzi. BKN ma na niego tak dużą liczbę opcji w obronie, że mimo, że nie są w stanie go zatrzymać to potrafią go tak skutecznie wymęczyć, że Melo jednak w czwartej kwarcie wychodzi tylko w połowie i do tego z wywieszonym ozorkiem. Stać go na 0-6 z gry.

C. Copeland –Tom i Jerry drżą o posady. Facet może ich wyrzucić na bruk. Potrafi sam przez 15 min. gonić własny ogon. I nawet jest śmieszny.

T. Chandler – ścinka z Evanse’m, Blatchem, Huphriesem, Wallacem i Lopezem naraz to brzmi jak koszmar norweskiego drwala. Potrzebuje niezwłocznie dożylnego zastrzyku z Feltonexu.

J. Kidd - stary cwany lis Mikita. Wybrał z kurnika aż sześć jajek. Szkoda, że nie potrafił się nimi podzielić.  

I. Shumpert – człowieka z mopem na głowie nadal bez czucia kija od szczotki. Fizycznie wygląda dobrze. Pytanie gdzie jest jego mózg. On raczej jednak nie ma duńskiej duszy przepełnionej melancholią, więc nie sądzę, żeby ta kontuzja wywołała jakieś głębokie piętno na jego zwojach (?).  

J.R. Smith – 16/19. Było to czwarte na pięć ostatnich spotkań, w których liczba oddanych przez niego rzutów przekraczała liczbę zdobytych punktów. Człowiek o efektywności Grzesia z wierszyka o wsi, dziurawym worku i piasku. Rób tak dalej Głuptasku. Joe Johnson zakręcił nim jak dziecko bączkiem. Nawet nie uniósł rąk. Tzw. obrona na tors gladiatora.

P. Prigioni – jeden ze słoni nadepnął mu na stopę i Pierożek nie napił się gry. Odszedł spragniony na ławkę z podwiniętym kulaskiem. Piesek preriowy nie powinien wchodzić między konfrontujące się olifanty.

S. Novak – Przyjaciel oglądając mecz w Londynie zapytał mnie, co ten facet robi na boisku. (nawiązanie do permanentnego stania Novaka w rogu boiska). Czy jego bratem nie jest przypadkiem Mateusz Jachlewski (piłkarz ręczny) który grał w bardzo podobny sposób. Stawał na skrzydle, nie generował żadnego ruchu, poza permanentną przyczajką?

A. Stoudemire – coś tam kiełkuje pod blaszanką. Odszedł trochę od low postu, w której przypominał skorupiastego mieszkańca terrarium, a przytomnie grał to, co zawsze robił najlepiej czyli quickstep w pick-and rollu – (brawo Melo). W obronie - łódź podwodna. Duże zanurzenie i szybkość zwrotu liczona w jednostkach minutowych. Mocno natomiast pracuje nad PR-em. Wyprawił spóźnioną Wigilię dla wszystkich pracowników MSG. Przebrał się za Mikołaja i brał wszystkich na kolanka. Prezenty były za wierszyki i laudacje o fundatorze. Czy to pomoże mu w powrocie do S5?

R. Brewer – druga zmiana baru rybnego vel księżniczka Jurata na zmywaku.

11:01, znykajacy
Link Komentarze (6) »
sobota, 19 stycznia 2013

Przepraszam, ale nie udało się napisać i impresji i tekstu na 6G. Zbyt wiele rzeczy by się pokryło. A chciałem, żeby zachowana była jedność ciała i ducha. 

Dzięki uprzejmości Maćka Kwiatkowskiego, któremu strasznie dziękuję - impresje zagoszczą dziś na Szóstym Graczu za darmo.

------------

Strasznie się cieszę, że udało nam się zobaczyć, chociaż na krótką chwilę. Dołączyć twarze do (K)nicksów to było naprawdę coś. Z każdym miałem szansę zamienić, choć słowo i było to szczerze mówiąc ważniejsze niż cali Ci wszyscy Knicks, Laimbeer, czy jakaś tam Tina Cervatsio. S&L było naszym polskim Londynem przy barze. B. Davis i S. Lee wiedzieli, z kim trzeba się spotkać. Nadaliśmy ton ten imprezie. Czy każdemu z Was udało się złapać jakiegoś souvenira? Czekam na jakieś coming outy.

Chciałbym, żeby udało nam się spotkać w jeszcze większym gronie gdzieś między Białymstokiem a Bogatynia, Świnoujściem i Sanokiem. Myślę, że jesteśmy tego dnia bliżsi. Pewne rodziny mają swoje spotkania. Czas na naszą. Ze Stefanem na bramce :).

PS. Airbobo – każdy chciałby mieć KG w składzie :)

PS 2. Szczęsny posłuchał.

----------

Jutro wracamy do naszej codzienności. Przed nami mocny Wschodni Tydzień.

Tagi: DET
17:43, znykajacy
Link Komentarze (18) »
wtorek, 15 stycznia 2013

Wyjazdowicze,

Czyli wszystko mniej więcej ustalone. Widzimy się w hali O2 w okolicach godziny 18 (zbiórka w Slug&lettuce).

Jak możecie to wyślijcie mi proszę niezwłocznie na maila Wasze namiary, żebym mógł wysłać do wszystkich listę, co by się nikt nie zgubił i każdy mógł się z każdym skontaktować (Rzepka i Sąsiad są zwolnieni).

Kto już się cieszy?

Długi liczę, że będzie widać, że jesteś z MoTown...

10:11, znykajacy
Link Komentarze (35) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje