RSS
wtorek, 28 lutego 2012

Bez wstępów. Cenzurki na półrocze. Z pytaniami na drugi semestr.

Carmelo Anthony – waham się, co powiedzieć. Tak bym chciał odpowiednie dać rzeczy słowo. Bo stwierdzić, że zawodzi jest jednak... nadużyciem. Bo...on przecież nie zawodzi. Gra tak, jak grał zawsze. Od małego. Pod siebie, na siebie i przed siebie. Bez specjalnego oglądania się na drużynę. Nonszalancki uśmiech, kpiarska mina, jadę nie zatrzyma mnie nikt.. I tak koncesjonuje na innych więcej gry ofensywnej niżby pewnie chciał (średnio półtora rzutu mniej i asysta więcej w stosunku do dotychczasowej średniej kariery). Żeby jeszcze coś z tego było... Ale... strzelecko przecież nie zachwyca. Prawdę mówiąc tak nieskuteczny to nie był jeszcze nigdy w karierze. Obsuwka poniżej 40% to nie jest powód do dumy... Raczej dzwonek alarmowy. On jest trochę taki kukułczy. Zatruty. Adrużynowy. Trener Karl miał rację. Do tego, żaden z niego lider. Realnie ktoś z Was chciałby go mieć w drużynie gdyby był GM-em? Czy on jest franchise playerem? Pytanie: Czy wpasuje się w Lino-grę?

Amar'e Stoudemire – to smutny temat. Bolesny jak hemoroid. Wylano już morze atramentu i wyrwano wiele włosów zastanawiając co się stało, jak to się stało i kiedy się to zmieni. STAT z jednego z najbardziej dynamicznych, kipiących energią silnych PF tej ligi stał upadającym kolosem Rodyjskim. I to upadającym brzydko... Wytłumaczenie stanu rzeczy? Lock-out – Amare przespał przygotowania, trzeszczące kolana, leczone przez 5 miesięcy plecy? Nie za bardzo. STAT niestety deklaruje, że jego stan zdrowie jest tip top i do sezonu był przygotowany. Szkoda. Czyżby, więc schodził ze sceny? Pomalutku gasił światło? Czy to aby PHX nie będzie się śmiało na ostatku? Zobaczcie jak bardzo zmieniła się struktura gry Amare. STAT gra: mniej pick&rolli (ale to się tłumaczy brakiem PG – pojawił się Lin i jest nieco lepiej), mniej izolacji (Melo), ma więcej jumperów (gra dalej od kosza przez Chandlera). Najbardziej zdumiewające, że on mistrz gry drive’ów, król pierwszego kroku – który połykał obrońcę pod koszem nagle zrobił się nagle tak rozbrajająco nieporadny. Przeprasza za to, że żyje. I tych drivów jest jakieś 20% mniej niż w zeszłym seoznie. I co raz więcej z ich kończy się stratą... Do tego 10% jego rzutów jest blokowanych. Żal patrzeć. A w perspektywie jeszcze 3 lata... Jeżeli ktokolwiek będzie chciał go połknąć... Brać... Nawet za Turka i z Chandlerem w paczce. Pytanie:– Will he bounce back? Like ever?

Jeremy Lin – przykład na to jak zrobić coś z niczego. Zupa z gwoździa. Jest to z pewnością fenomenalna medialna, współczesna historia o Kopciuszku. Chłopak, który stał się bohaterem Ameryki od maklera na Wall Street do kierowcy ciężarówki. Każdy się z nim identyfikuje. Każdy czuje, że ma w sobie trochę Linasnity. Everyman, który staje się gwiazdą. Piękne w swojej prostocie. Powstanie kilka doktoratów z socjologii, filmów i ktoś napisze parę głupawych książek. Dolanowi przyrośnie kilka zer, bo Lin to jest niewyobrażalna kopalnia pieniędzy. Kto chce się założyć, że NYK w międzysezonie będą mieli tour do Chin?  Gdyby ORL dawali Howarda i w zamian chcieli Lina to dla mnie to jest no brainer... I deal roku. Pytanie: Ciągle się zastanawiam czy on jest taki dobry, czy to NYK są aż tacy słabi? Najbliższe 10 gier da na to wyczerpującą odpowiedź. Mam nadzieję, że się obroni. Świat potrzebuje wierzyć w bajki.

Tyson Chandler – robi dokładnie to, do czego został powołany. Ani więcej ani mniej. Good value for money? Skłaniam się do tezy, że 12m USD to jest fair price. Jako jedyny z Fieldsem nie opuścił żadnej gry, co biorąc pod uwagę, że miał przyklejoną łatkę zawodnika, który z powodu kotuzji opuszcza średnio 30% spotkań jest pewnie miłym zaskoczeniem dla służb medycznych NYK. Czasem przesadza z emocjami, ale on tak ma. Pasja w sporcie jest ważna. Pytanie: Czy wytrzyma zdrowotnie do końca czy też statystyczną absencję zostawił sobie na koniec sezonu?

J.R. Smith –dla mnie to taki mniejszy Melo. Zastępca na czas nieobecności. Proporcjonalnie statystycznie zbliżony wynik do Anthony’ego. Może zaprowadzić Cię do raju, może strącić w piekielną otchłań. Grał za mało, żeby móc go w pełni oceniać. Ale doświadczenia dotychczasowej kariery są zniechęcające. NYK oczywiście wiedzą lepiej. Pytanie: Czy jest w stanie na dłuższą metę zaakceptować fakt bycia zmiennikiem?

Iman Shumpert – pewna prawda on nim jeszcze z okolic przeddraftu 2011 chyba się potwierdziła. Dobry atletyczny obrońca, o niezidentyfikowanej pozycji (PG czy SG) z przerostem wiary w swoje umiejętności rzutowe i niewielką koszykarską inteligencją (Shripmert). Dziś wiemy może jedną rzecz więcej. W rozgrywaniu piłki jest równie podły jak Douglas. Skuteczność z gry potwierdza obawy, że jego umiejętność podejmowania trafnych decyzji na boisku jest mówiąc eufemistycznie – mała szczęśliwa. Raczej podejmie złą decyzję niż dobrą. Jest jak Piotrek Ćwielong. Lin zdjął z niego mnóstwo presji związanej z oczekiwaniami wygłodniałej publiki. Przesunięcie go do roli 6-7 zawodnika rotacji paradoksalnie mu pomogło. Może sobie w ciszy dłubać swoje statki z kory. W kilku spotkaniach miał ważne momenty. Ale ta głowa wydaje się być głównym ogranicznikiem jego rozwoju na przyszłość. Boję się, że będzie to kariera Tonyopodobna. Trochę martwią też jego problemy z kolanami. Trochę wcześnie, co? Pytanie: Czy pokaże coś więcej niż do tej pory?

Landry Fields rozpoczął sezon tak jak skończył poprzedni. Czyli źle. Niepewnie i na ogół bez jakiejkolwiek wartości dodanej na boisku. Lin go trochę obudził dając mu na nowo radość z gry. Miał już kilka spotkań, które obiektywnie i statystycznie cieszą. Ciągle brakuje mu tak niezbędnej powtarzalności wieczór w wieczór. Może własna kanapa też mu pomaga? Stracił nieco rzut za trzy. Wolne też nie porywają skutecznością. Teoretycznie dobry wisienek na torcie do dealu. Pytanie: Czy powrót Melo i STATa nie sprowadzi go znowu do jaskini własnych strachów?

Steve Novak  - czyżby POP się pomylił dając mu wilczy bilet? To by było chyba pierwszy raz w historii. Skuteczność na poziomie 45% za trzy budzi szacunek. Szkoda, że nie potrafi wiele więcej. To taki Gallo, ale bez wejścia, rzutu za dwa. Tyle, że to, czego się od niego oczekuje robi bez zarzutu. Trafia jak maszyna. Pytanie: Ile czasu w rotacji dostanie, gdy wszyscy będą zdrowi?

Toney Douglas – powoli czas chyba zacząć się żegnać z ulubionymi miejscami w NYK. Jego moment dobiegł końca. Dostał swoją szansę, ale w przeciwieństwie do Lina nie umiał/nie mógł/nie chciał jej wykorzystać. To fajny chłopak jest, żeby jeszcze tylko umiał grać w koszykówkę. Ja wiem będzie się mówiło, że z bólu nie mógł podnosić rąk, a jak mu się przepaliła żarówka w żyrandolu to dzwonił do Fieldsa, żeby przyszedł pomóc mu ją zmienić. Stworzy się didaskalia. Super. Tylko, co z tego. Czas i los. Jednym wszystko, drugim nic. To nie jest sprawiedliwe. Pytanie: Czy ktoś go będzie chciał, by dać mu drugą szansę?

Bill Walker – nasz ukochany orczy książę mieszał mecze, w których grał w koszykówkę z takim, w których wychodził, żeby zamanifestować swoją zielonoskóra brutalność. Z naciskiem, że tych koszykarskich spotkań było jednak zdecydowanie mniej. Pisanie wielkiej księgi zniszczenia, pochłania zbyt wiele jego niewiele komórek mózgowych. Tego nie da się połączyć. Jego czas też powoli przemija. Z drugiej strony za minimum może grać w NYK jeszcze przez lata. Szansa, że dostanie gdzieś indziej więcej pieniędzy może się opierać tylko na wątłym przekonaniu, że jakiś GM gra namiętnie w AD&D. Pytanie: Czy istnieje kontratyp zabójstwa w koszykówce?

Josh Harrellson – zaczął zaskakująco dobrze, jak na kogoś, kto był znany głównie z tego jeansowych szortach. Znowu pytanie, czy w „normalnym” zespole w ogóle powąchałby parkiet i zakosztował gry? NYK generują jednak pewną patologię. Pechowo, że się złamał się w tym nadgarstku, bo go jednak trochę ominęło i raczej w hierarchii rotacji osłabł. Pytanie: Czy dostanie szansę, żeby pokazać, że może być wartościowym zmiennikiem STATa?

Jared Jeffries – nie ma NYK bez człowieka iluzjonisty. W tym sezonie przeżywam moment rzeczywistego zauroczenia jego grą. Wreszcie widzę jak wiele potrafi z siebie dać, kiedy włącza maszynę defensywnego szaleństwa. W ataku od radości do łez i znowu do radości.  Jest zabawniejszy niż Monty Python, choć nie mniej absurdalny. Pytanie: Kiedy jego koszulka zostanie zastrzeżona?

Renaldo Balkman – odszedł by palić w spokoju. Wielki Manitou. Szkoda. Oddaliśmy diament. Ten pierwszy mecz przedsezonu przekreślił jego karierę. Był po prostu za dobry. Pytanie: Czy to już koniec czy NJN go przytulą?

Mike Bibby – największa pomyłka transferowa międzysezonu. Kariera człowieka Adonisa płowieje na słońcu niczym jego tatuaże. Nic już nie może dać. I NYK chyba już niczego od  niego nie chcą. Pytanie: Czy ten sezon będzie ostatnim sezonem Quasimodo w NBA?

Jerome Jordan – Welcome to Jamaica and have a nice day! Niekoronowany król blow-outowych nocy. Permanentnie krzywdzony przez sędziów, którzy uwzięli się na jego grę nie zaliczając mu punktów lub podejmując dziwne decyzje co do jego niezrozumiałych posunięć na boisku. Wciśniecie go do składu NYK przez jego agenta było majstersztykiem podobnym do sprzedaży Rasiaka do Tottenhamu. Pytanie: Kiedy wreszcie zagra w PLK?

Baron Davis – w społeczeństwie narastała jakaś dziwna wiara i przekonanie– że wszystko będzie dobrze jak tylko Davis przejmie stery na jedynce. Hmmm... Na jakiej podstawie wysnuwano takie wnioski o człowieku który ostatni raz odbijał piłkę 10 miesięcy temu. Obecna forma Barona sugeruje, że podobna myśl mogła narodzić się tylko wśród nadpobudliwych optymistów. Davis jest nieprzygotowany do sezonu, rozleniwiony niczym kot wygrzewający się na zapiecku, wolny jak żółw gramolący się pod górę i drewniany niczym podkład kolejowy. Do gry szybkiej koszykówki w najczystszej postaci run&gun ma o jakieś 10 lat i kilkanaście kilo za dużo. Tak dystyngowaną grę to można prowadzić u cioci w czasie wieczorku brydżowego. Pytanie: Kiedy znowu złapie kontuzję?

Trener Mike – wywinął się spod lecącego noża. Gdyby nie Lin oglądałby już mecz NYK w telewizorni. A tak dostał dopuszczenie na drugą część sezonu. Momentami zagubiony, przesypiający turning points of the game, nie umiejący rozpisać końcówki. Mike jakiego znamy. Wypalony, znudzony, zmęczony Nowym Yorkiem. Pytanie: Czy cokolwiek może go jeszcze uratować?

21:09, znykajacy
Link Komentarze (20) »
sobota, 25 lutego 2012

 

 

 

"Niektórzy są gwiazdami raz do roku,

a są tacy którzy są nimi zawsze..."

 

Dziękuję hatamoto77 za Orczego...

09:55, znykajacy
Link Komentarze (10) »
piątek, 24 lutego 2012

 

„Wyłapcie ich PG a potem zobaczcie jak konają...”

z Mądrości Orczego Księcia (Księga zniszczenia rodział XII, str. 234, wers. 3)

_______________________________

Linsanity wylądowało w South Beach i było to lądowanie, które powinno otrzeźwić spaczone od dwóch tygodni umysły. MIA przeprowadziło akcję odłączenia mózgu od ciała... Po czym patrzyło jak bezwładne truchło rzuca się w bezładnych konwulsjach.

1-18... Nowy numer kierunkowy na Manhattan? Nie to tylko skuteczność Lina i Davis'a...

Reszta NYK wykręciła na inną centralę - dzwoniąć na 30-61. Czyli w meczu z MIA – ideał...

Mimo zapowiedzi, grzania balona od kilku dni mecz nie był za bardzo wciągający. Tercet MIA zagrał na poziomie 28-55, 67 pkt. 20 zb. 13 ast, trio NYK - 15-34, 42 pkt., 14 zb. 2 ast).  Trudno to nawet porównać. Od 3Q to już była totalna kontrola MIA. Bez zawahania, tąpnięcia czy wątpliwości. Na zimo i perłowo. NYK nawet nie zabeczeli. Zostali zjedzeni przez bezduszną maszynę defensywną. Dociśnięci kolanem. Droga do gwiazd jest daleka...

Tyle w sprawie meczu.

Pozwolę sobie na trzeźwą refleksję natury bardziej ogólnej.

Przegrać z mistrzem NBA sezonu 2011/2012 to nie wstyd. Nawet w stylu, którego nie można nazwać upokarzającym. Bardziej może kibiców smucić to, że tych porażek w najbliższych 4 sezonach (kontrakty Broadway Three) będzie więcej niż wygranych. Nie widzę możliwości, żeby NYK mogli to zmienić. Pojedyncze gry? Tak. Będą się zdarzały. Ale siedmiomeczowa kampania? Przy sprawnym plażowym tercecie? Bez szans. Melo, STAT mają tego pecha, że urodzili się w prime timie LeBrona, Dwyane'a i Chrisa. MIA jest lepiej poukładane, gwiazdy są lepiej opakowane, gracze lepiej dopasowani. I oni naprawdę grają defense. Co więcej oni lubują się w upokarzaniu ofensywy przeciwników. Odpoczywają w ataku...  

Można ich nie znosić, można hatować, ale nie można nie podziwiać.

Ja chylę czoło. Nisko.

C. Anthony – a nie mówiłem? Tak po cichutku... Pomalutku przekręcił licznik na 20. 19 pkt. w 20 rzutów. No bardzo ładnie. Pięć raz spotkał się z sufitem. Głównie upokarzany przez członka własnej rodziny. Z rodziną zawsze się źle wychodzi. Nie wiem o co teraz chodzi. I to jest uwaga do Melo i STATa. Mam wrażenie, że poddali się terrorowi tabloidów. Mają się nie wychylać. Grać na 15 pkt. I poddać się mądrości Wschodzącego Słońcu. Z liderów stali się zastraszonymi chłopcami, którzy boją się podjąć jakąkolwiek samowolną decyzję bo dostaną po łapach. Cały lidership się rozpłynął. I powiedzmy sobie szczerze. Cała ta tzw. „gra zespołowa” Melo nie zdaje egzaminu. Jest to sztuczne. I to jest ta różnica między NYK i MIA. Tam jest zespołowość liderów u nas jest

A. Stoudemire – dziad cmentarny. Tak stać go na jednego dynamicznego dunka w całym meczu. WOW! Ale 7 rzutów w meczu? Nie mam już siły zastanawiać się, czyj to jest poziom. Ja wiem, że to demagogiczne, choć cyfry są jednak pewnym odwzorowaniem rzeczywistości. Ale czy ktoś dwa lata temu spodziewałaby się, że Gortat będzie statystycznie lepszym graczem niż STAT? Ciekawe czy PHX by się dziś zamienili?

T. Chandler – znowu odezwała się nuta bersekera. Szalonego Paladyna. Tak bardzo się obruszył, że indukował Trenera Mike do szacownego wydarcia się... Dawno nie widziałem, żeby drużyna wykonywała dwa wolne po technikach dwóch rożnych osób w tym samy czasie.

L. Fields – parę razy zrobił to swoje wejście od linii. Występ rażący landrynkową przeciętnością. W obronie? No właśnie.  Czy powstrzymał? Kogoś?

J. Lin – sprowadzony na ziemię. Witaj w życiu Jeremy. To jest pressing młody Shao-Lin...  Niesamowite, jaką pracę wykonał na nim Chalmers i Cole plus zawodnik podwajający (Haslem, Battier, Anthony). To było jak zgaszenie światła świecącego nad nim. Zaskaujący atak na człowieka ćmę... Błąkał się w ciemności niczym upiór, wpadał w wilcze doły i inne zastawiane przez MIA sidła. 1-11. 8 TO. Uduszone rozgrywanie. NYK stanęli. I tak moim zdaniem obyło się bez blow outu, bo mimo braku Lina zespół się statystycznie wybronił.

J.R. Smith – 30 min. o dziwo uczciwej gry. Ogolił głowę. To chyba na znak tego, że zrywa z chińską przeszłością. A może poczuł się dotknięty uwagą o pasku klinowym?

J. Jeffries – bezbłędny w ataku, król ofensywy. No i co z tego, że tylko dwa na dwa... To są szczególy. Ten jump shot markowy. Wyćwiczony na symulatorze myśliwca. Przy defensywnej maszynie śmierci Jared wyglądał jednak jak ratlerek wśród stada wilkorów.

S. Novak – skutecznie, czyli po Polsku rozdawał kończące strzały prosto między oczy. Szkoda, że to było tylko tak na wiwat.

B. Davis – 0-7 zgłoś się! Stateczność ruchów angielskiego lorda, paradującego ogrodową aleją na spacerze z krótkonogi buldogiem francuskim. On do run&gun nadaje się mniej więcej tak jak widelec do przerzucania siana. Oczywiście można. Po każdym meczu parkieciarz ma dodatkową robotę, bo musi odkształcić wyklepaną przez Barona klepkę. Może powinien zostać testerem sprężystości podłóg?

11:41, znykajacy
Link Komentarze (10) »
czwartek, 23 lutego 2012

Bo czasem chodzi o to żeby się nie spocić, mieć luz i wygrać.

Zwłaszcza jak przeciwnik gra taką horror koszykówkę, że jego mecze powinni nadawać po tym jak wyłącza się prąd. Ja prawdę mówiąc jestem do kości poruszony tym, co reprezentuje sobą ATL. To jest jakaś inna dyscyplina poznawcza. Rozumiem i współczuję oczywiście, bo co by nie powiedzieć jastrzębie grały bez swojego ptasiego dzioba. Al Horford jest już trwale poza grą, a Joe Johnson dopiero zaczął podziwiać uroki przymusowego ambulatorium.

Josh „Why All-Star?” Smith sam nie uradzi.

M. Williams chyba strasznie się przejął faktem braku Shawne Williamsa... Bo emocjonalnie nie podołał. Ciekawe jak się czuje w meczu z NJN, kiedy walczy z całą rodziną. To może być ciekawy przyczynek do nakręcenia afroamerykańskiej „Wojny domowej”.

W ATL obserwuję tylko tego zawodnika wagi koguciej, czyli niejakiego Jeff Teague. Obserwuję to taki eufemizm – wczoraj pierwszy raz od ostatniego meczu z NYK wszedłem na jego portfolio. I jakie pozytywne zeskoczenie. Statystycznie. Skutecznościowo. Super. To było naprawdę miłe Jeff. Świat jest taki brzydki, na ogół tak brutalnie rozczarowujący. A tu proszę, jaka miła niespodzianka. Naprawdę przywróciłeś mi wiarę w ludzi. Dzięki stary.

Apropo starości. ATL postanowiła kolekcjonować zawodników antycznych, którzy grali w koszykówkę razem z dinozaurami (co jest uwidocznione na Kamieniach Ica). Jak zobaczyłem Jerry’ego Stackhouse walącego dwie trójki pod rząd to poczułem, że wehikuł czasu przenosi mnie do lat młodzieńczych. To też było miłe.

NYK naprawdę nie musieli zrobić nic, żeby wygrać to spotkanie. ATL zrobiła wszystko, żeby nie zepsuć gospodarzom przyjęcia. Oddali piłkę 24 razy w tym aż 7 razy w 1Q. Wspaniali goście. NYK nie chcieli być gorsi, jako gospodarze i zrewanżowali się, ale to było tylko „21” TO. Mieli oczko, więc nie mogli przegrać. Ten mecz nie dał chyba żadnej odpowiedzi na pytanie czy elementy układanki się zlicowały. Emocje skończyły się w 1Q i potem spotkanie miało równie interesujący przebieg jak płynąca Wisła w okolicach Włocławka. Od tego po prostu nie można się było oderwać oczu.

NYK i tak byli łaskawi. Pozwolili ATL zdobyć 82 pkt., co zdaje się nie zdarzało się w ostatnich dniach zbyt często. Znajcie hojność Panów i władców Wschodniego Wybrzeża.

Z jakiegoś jednak powodu Trener Mike bał się, że jastrząb zerwie się do jakiegoś szaleńczego ataku, bo nie posadził swoich pierwszoplanowych sokolników zluzować do końca – zwłaszcza Fieldsa i Chandlera.

Toney Douglas jest tak daleko od parkietu, że nawet nie wchodzi w blow outach... A miał być franchise point guardem...  Patrzcie, jak marne są ludzkie nadzieje wobec porządku świata; patrzcie, jak marne są wobec wyroków, które ognistymi znakami wypisał na niebie Przedwieczny!...

Party zaczyna się dziś.

C. Anthony – powoli zaczyna zwiększać czarną moc. Z 11 rzutów przeszedł na 16. Patrzy co będzie dalej. Czy publika, prasa i sztab przełknie fakt zwiększonej konsumpcji. Czy gdzieś odezwą się głodni. Następny próg do przekroczenia... 20... Już dziś. 3 trafienia po podaniach Lina, trzy po autokreacji. Zawadiacki uśmieszek muszkietera nie schodzi z pucułowatej twarzy. Ridi, Pagliaccio, ridi...

A. Stoudemire - widziałem orła cień... Trudno mi na to patrzeć, jeszcze trudniej zrozumieć. STAT zmienia się chyba w białego karła. Zapada się w siebie. Totalna implozja. Tak jakby gra była obok a on obserwował ją zza szyby statku kosmicznego. Czy dojdzie jeszcze do erupcji? Ja wiem, że ten mecz był plażowy i równie dobrze mógł wejść na boisko w słomianych rapciach i panamie, ale 7 pkt.? To nie przystoi.

T. Chandler – stachanowiec. Nawet bez rąk stanąłby na przodku. W czasach słusznie minionych niósłby w maju jakiś sztandar. Za leżenie w trumnie też jest przewinienie trzech sekund Tysonie. 

L. Fields – był jak iskierka. Skakał nad Atlantczykami jak Janosik nad ogniskiem w noc Kupały. No coś się może ruszy... Na chwilę. Jeden z najlepszych występów w karierze. Pro memoria.

J. Lin – rutyniarz. Zadziwiająca jest dojrzałość tego chłopaka. Charakterystyczne, że asystując do Melo (mega dunk) zrobił to no look passem. Chemia?

Jak na obrazku. Tyle o nim. Co jest komplementem, bo w 10 meczu trzeba ochłonąć nad tą powtarzalnością. Nie można szczytować na każde 17 pkt. 9 ast. To jest już dobrze wyznaczony standard. Facet z taśmą klejącą na brodzie... Niesamowite.

J. Jeffries – Motyw, w którym prawie złamał kosz, siebie i parkiet nietrafionym tomahowkiem jest kolejnym pięknym odcinkiem „Kosmicznych jaj”. Byron wisi mu kufelek mleka. Uratował stratę Davisa, którą teraz nazywa się cudownym podaniem wieczoru.

J.R. Smith – bardzo agresywnie w obronie. I co ważniejsze skutecznie. 5 przechwytów piechotą nie chodzi. To trzeba wyszarpać, wywalczyć... W ataku na 50 procent.

S. Novak – polski kombajn znowu miał piękne żniwa na polu za miedzą 7.24. Dobijał.

B. Davis – kora jakby zaczęła obrazić... Pojawiła się czyste drewno i naturalna gibkość witek. Szybkość na razie traktoru puszczonego z góry, ale już z odczepioną przyczepą. Teraz to nikt go już nie zatrzyma. 14 min. 6 ast. No to PER36 byłoby z 16... WOW. Ach jeszcze gdyby nie te 5 strat... Chociaż w tym aspekcie przebił Lina.

J. Jordan – trzeci bilard NYK w tym sezonie. To jest wyróżnienie. John Parrot ma ochotę na małego frame’a.

I. Shumpert – jak już wiecie Iman ma problem z kolankiem w konkursie wsadów niestety nie wystąpi. Może to trema? Szkoda. Bo na jednej nodze byłby murowanym kandydatem do zwycięstwa.

---------------

NYKamil źle zinterpretowałeś to zdjęcie... Chemia?

12:03, znykajacy
Link Komentarze (11) »
wtorek, 21 lutego 2012

Średnio raz na 100 impresji, z regularnością morskiego przypływu, na naszym wspólnym blogu dochodzi do pewnego przesilenia. Co jakiś bowiem czas czytelnik rusza kamyczek, po którym schodzi lawina. Ten kamyczek to taki moment otrzeźwienia – „Ale dlaczego autor nie potrafi się entuzjazmować razem z nami prawdziwymi kibicami”, „Dlaczego śmieszy, tumani, przestrasza”? „Dlaczego on zawsze jest na nie” mimo, że wygrywamy? „O co tu chodzi”? „zNYKajacy musisz się zmienić bo przestaniemy tu zaglądać”.

Zawsze tych otrzeźwionych, słuszną skądinąd refleksją, odsyłam na pierwszą impresję na tym blogu (którą raz na jakiś czas uaktualniam i hobbystycznie poprawiam).

http://nyk.blox.pl/2009/09/Nowojorskie-impresje-8211-czyli-impresja-natury.html

Nie wiem, może raz na jakiś czas trzeba ją przeczytać, żeby przypomnieć sobie kim jest piszący i skąd przychodzi. Jak w tym dowcipie o tym dlaczego Kaszub ma płaskie czoło i odstające uszy.

Przepraszam, że nie potrafię wszystkich zadowolić. Przepraszam, że nie wszystkim podoba się, to co piszę. Przepraszam również, że to się nie zmieni. Zwłaszcza tych, którzy wciąż oczekują ode mnie przemiany w białego łabędzia i powiedzenia – teraz już jestem fanem NYK podajmy sobie ręce w zabawie i w piosence.

Są blogi o NYK gdzie jest super. Gdzie się ludzie fascynują. Przeżywają. Ocierają sobie łzy gdy drużyna jest na dnie i świętują kiedy wygrywa. Tam zawsze można znaleźć ciepły kąt.

Nie kibicuję i nie będę kibicował NYK. Nie popadnę przez nich w histerię. Ani nie zwariuję.Lin mnie zachwyca – ale nie jestem w stanie być kolejnym blogerem, który wyznaje tę nową religię – LINsanity.

Bezgraniczna wiara wbrew nadziei jest dla mnie ontologicznie niezrozumiała.

Ale NYK to moja drużyna. Od prawie trzech lat. Obejrzałem w tym czasie ponad 200 spotkań, wyprodukowałem prawie 500 postów, spędziłem wiele dni ślęcząc nad tymi zdaniami, obczytałem setki artykułów, słuchając audycji radiowo telewizyjnych. Nikt mi tego nie odbierze.

Nie sądzę też, żebym był nieobiektywny, czy żebym pisał niezgodnie z rzeczywistością (przypomina mi się jeden przypadek z zeszłego roku, gdzie raczej z roztargnienia i gapiostwa (bo nie intencjonalnie) napisałem krzywdzącą oceną o Turiafie. Zreflektowany przez czujnych czytelników złożyłem samokrytykę). Mam po prostu inne okulary. Inną percepcję. Nie wiernopoddańczą i bezkrytyczną. Ale trzeźwą. Trochę może czasami przesadnie prześmiewczą.

Mnie się też często nie chce. Mam tego dość. Nie mam siły. Inwencji. I pomysłu. Ale staram się pisać. Jeszcze jeden post. Ale już ostatni. No to może jeszcze jeden.

Jest w tym sporo racji – że formuła się powtarza. Może trzeba to zmienić. Przemodelować. Ile razy można pisać o Eterycznym, Orczym Księciu czy Bezgłowym Jeźdźcu. Sam się często nad tym zastanawiam. Kogoś to jeszcze bawi?

Insynuowanie, żebym zaczął pisać o jakieś innej rzeczywistości jest w tym kontekście dosyć krzywdzące. Nie obchodzą mnie LAL (napisałem o moim obecnym stosunku do Jeziorowców przy okazji meczu z nimi – NI 469 odsyłam), BOS, MIA czy jakikolwiek innych trzyliterowy skrót. Nie tak jak NYK. Nie na takim poziomie zaangażowania. Szczerze mówiąc całe to NBA jest dla mnie nieważne, jeżeli nie grają NYK.  

Rzepka dobrze mi to dziś zdefiniował – bo Ty traktujesz NYK popkulturowo, a nie dajesz innym porwać się marzeniom.

No może i nie daję. Ale też nikogo nie nabieram. Piszę, co myślę. I co najważniejsze nie oszukuję siebie.

Póki co - trwam.

zNYKajacy broni się jeszcze.

22:33, znykajacy
Link Komentarze (20) »

Niewiele jest zespołów na koszykarskiej mapie NBA, które w ostatnich latach byłby upokarzane przez NYK. NJN i WAS to takie chlubne wyjątki. Kązdy ma swoją żabę. Tym bardziej zatem nikt po dzisiejszym meczu nie mógł się spodziewać niczego dobrego dla Nets. Kolejny nóż w piersi sąsiada Zwłaszcza, że na firmamencie rozbłysły wszystkie gwiazdy. Powrócił ten, którego szarpały okolice przyrodzenia i ten, któremu doskwierały okolice rzyci. Pełna konstelacja.

Wydawało się, że NYK rozniosą NJN zwłaszcza, że mali bracia trafili w 1Q tylko jeden rzut z gry za dwa. Iście szokujące. NJN to... no cóż nadal zbieranina zawodników odrzuconych przez PLK... Potem była jednak strzelnica... NYK zostali zwierzyną. I żeby było śmieszniej, jak dla mnie najlepsza strzelba NJN – Morrow – trafił za trzy tylko raz. Dodajmy jeszcze, że nie grali jeszcze tacy koszykarscy bogowie jak S. Williams, B. Lopez, czy J. Farmar... Crème de la crème. Czyli esencja mułu zza rzeki.

D-Will pokazał, że potrafi być naprawdę wkurzony i zmotywowany. Ostrzył swój topór osełką na Lina, który delikatnie go obsprawił w poprzednim spotkaniu. W rywalizacji tych dwóch panów remis - 1-1. Kto wie jak to się wszystko dalej potoczy, ale pojedynki tej pary w Wielkim Jabłku przez najbliższe kilka lat to mogą być epickie elegie. Lep na muchy dla TNT.

Motyw K. Humphriesa – który po celnym wolnym – zrobił paluszka na ustach. Bezcenny. Shhhhhh...

Trzeba powiedzieć, że Linsainty zupełnie zaćmiło wszystkie mankamenty NYK, do których się przyzwyczailiśmy. W szczególności to, że NYK byli w pewnej chwili jak to mówią Rosjanie – „dead last” w zakresie obrony parametra w całej lidze. I raczej ten brak umiejętności był bardziej kamuflowany faktem, że NYK sami ostatnio trafiali za trzy lepiej niż przeciwnicy (z wyjątkiem może meczu z NOH). Ja wiem stefan, kuba i paru jeszcze bardziej zaaferowanych nykomanów zaraz zakrzyknie –„że szczęście, że dzień konia, że NJN już takiego wyniku w tej dekadzie nie powtórzy, że to wina, że nie było Schumperta bo on by im pogonił kota” etc.. To ciekawa interpretacja. But let’s put it aside for a moment. Fakt jest taki, że NYK nie mają pojęcia o obronie. Nadal i wciąż. I nie zmienią tego Davisy, Smithy czy inne Sithy...

I jakie wrażenia? Sklęśliśmy? Moim zdaniem chemię boiskową szlag trafił. Było smoothly zrobiło się roughly... Sweet! Nadmiar słodyczy powoduje próchnicę. Prosimy o jeszcze.

C. Anthony – powrócił. Syn ukochany. Cudowny łobuzerski uśmieszek. Nasz cherubinek. 37 min. 4-11, 11 pkt. Ale aż 6 ast. Charakterystyczne żadne podanie kończące–do Lina. Powrócił by wszystko zepsuć. Ale i tak się hamował. Tylko 11 rzutów. Grał chyba z kulą u ręki. Jest taka akcja (koniec 2Q) – NYK idą ławą – 3 na .1 Lin w środku z piłką. Melo na skrzydle. Czeka na podanie. Czeka na Godota. Lin wchodzi i kończy. Przybicie piątek. Ale Melo nawet na niego nie spojrzał. Pacnął go z kurtuazji nie z gratulacji. Drzazga wbija się co raz głębiej. Zatruwa krew. Sączy czarną ropę. Dobrze...

A. Stoudemire – statystycznie na swoim poziomie równi pochyłej. Ciągle o kilka dziesiątków sekund wolniejszy od samego siebie z zeszłego sezonu. Mecz z 17 pkt. trzeba wreszcie zacząć udawać za udany. Normalny. Nie ma co ciągle porównywać go do przeszłości, której staje się wątłym cieniem. To tak jakby o T-Macu ciągle pisać – zagrał o 25 pkt. gorzej niż jego średnia kariery. Bezsensu. Przepraszam Cię STAT, że chcę więcej.

T. Chandler –Tyson nie żartuje się z Kardhasiana. Po prostu się tego nie robi. Biały bersekerze. Czaszka dymiąca. W czarnej ekranizacji „Flood” wg. Spike’a Lee – Kulwiec- Hipocentaurus.

L. Fields – double- double. Pikowanie zatrzymane. Pojawiał się jak supernowa by przemieniać się w białego karła.

J. Lin – poznał gniew D-Willa. Miał parę markowych zagrań w swoim stylu. Ocierał się o triple double i jedną z kategorii nie były o dziwo straty. Wytrzymał presję gwiezdnego nieboskłonu. Ciekawe, kiedy dostanie areszt domowy od kolegów?

J. Jeffries – w pluso- minusach -22. Po momentach gwiazdorzenia sprowadzony na swój poziom. Czyli ocierający się brzuchem o dno. 495.000 śledzików and counting.

S. Novak- Rysiek z Klanu podobno umarł. Musiał to strasznie przeżywać...

J.R. Smith – to była tylko niewinna próbka dark side’u – takie liźnięcie czubeczkiem języczka... Przepraszam, ale ja się słabo znam. Myślałem, że on po trepanacji czaszki ma tę fryzurę jakąś taką jak po urazie. Albo, że wpadł nieszczęśliwie pod pasek klinowy. A tu chyba to jest świadomy wybór. No co to jest? Ronaldo z MŚ w Korei i Japonii, wersja soft dla Afroamerykanów? Tego nie da się porównać z niczym. Moim zdaniem jego koafiura powinna komuś zapalić w mózgu czerwoną lampkę przed podpisaniem kontraktu... Pewnie robili to mailem... Cholera...

B. Davis – krocząca maszyna imperium. Zaprezentował poziom maturalno – studniówkowy,. Z takim chodzonym to on może najwyżej zatańczyć poloneza przed egzaminem dojrzałości. Takiego drewna to nie ma nawet w Desie. Podobno do GM Grunwalda dzwonił wczoraj Geppetto z pytaniem czy nie da się Davisa usynowić... Podobno ma być taka klauzula w następnym kontrakcie... Żądam Tony’ego Douglasa.

13:01, znykajacy
Link Komentarze (31) »
niedziela, 19 lutego 2012

 Obiektywnie był to chyba najbardziej emocjonujący mecz tego sezonu. Szarpnięcia, pościgi. Kiedy wydawało się, że jedna z drużyn odjechała na dobre ta druga robiła szybki run i kasowała ucieczkę. Taka może trochę dziwna końcówka w wydaniu DAL (bo bez przekonania w ostateczne zwycięstwo) ale i tak wypieki do końca. Szaleństwo w MSG osiągnęło poziom, po którym należałoby by wszystkich kibiców odwieźć pociągami pod specjalnym nadzorem do Tworek. To się robi groźne. Naprawdę niebezpieczne.

DAL ciągle mocne. Pogłoski o końcu kariery Nowitzkiego są jednak grubo przesadzone. Dirk znowu wrócił do gry. Trudno mi kibicować Niemcowi. To taki historyczny atawizm, którego się wstydzę, ale którego nie potrafię przewalczyć. W swoim życiu świadomie trzymałem kciuki tylko za Heike Drechsler. Ale Dirk wzbudza jednak pewną sympatię. Głównie dlatego, że przepoczwarzył się z zawodnika, z którego wszyscy mieli niezłą obśmiewę w Hall of Famera. Lepszy niż Larry Bird? To już tylko krok do zdania – najlepszy biały w historii koszykówki…

Mecz pokazał, jak bardzo DAL brakuje Chandlera. Dawno już nie widziałem, żeby NYK tak demolowali deskę przeciwnika w ataku. Tam nie ma kto robić boxing out. Haywood jest zbyt drewniany w swojej zwalistości, żeby samemu to ogarnąć, a Dirk gra za daleko od kosza. Choć jak patrzę na statystyki to liczba zbiórek ofensywnych równa – po 14. Ale wrażenie było takie, że NYK mają mnóstwo second chance’ów.

Reszta bez zmian. Kidd nadal godnie kroczy ku szczęśliwemu zakończeni kariery, zresztą miał dzisiaj wsparcie swojego brata bliźniak Kevina Costnera, którego gdyby przygolić do skóry to byłby wykapanym Jason’em. S. Marion nadal rozśmiesza kobiecym rzutem, Carter epizodyczny, Odom nieobecny, Terry zawadiacki. Druga runda PO. Chyba nic więcej… I pytanie jak Ci weterani - 8 graczy ma powyżej 10 sezonów w nogach - wytrzyma szaleńcze tempo tej 66 meczowej kampanii. Nie czuję tego.

Odnośnie gry NYK – ja mam tylko jedno pytanie – gdzie w tym całym Linsanity jest miejsce dla Melo? Jak on ma się w tym odnaleźć. Gdzie z tej kołderki 85 rzutów NYK, wykroi się te 25, które Anthony musi oddać bo inaczej z wściekłości wyrwie sobie z brody te trzy nędzne włosy, co je sobie dokleił? Kogo się ograbi? Chcecie powiedzieć, że Melo zadowoli się 12 odpaleniami w spotkaniu? Na jakiej podstawie tak wnosicie? Kiedy on oddawał tyle rzutów? Przypomnę tylko, że w około 600 spotkaniach rzucał prawie 12.000 razy. Błagam tylko nie mówicie, że dostosował się w Pekinie. I teraz też musi. Melo ma grać chórki? On pierwszy tenor? To może powinien zacząć z ławki? Tyle że on nigdy nie wyszedł inaczej niż w S5. Żarty.

Przypominam w kolejce do swojej gry czeka jeszcze B. Davis. On też nie zadowoli się bele czym.

Ułożenie tej rotacji to będzie potwornie trudne zadanie. Bo jest gdzieś czający się Harrellson czy Walker…

Moim zdaniem bomba już tyka… Widzicie jak STAT klaszcze bez entuzjazmu po akcjach Lina? Boli utracone dziedzictwo… Publiczność ma nowego bohatera…

Z Linem, Novakiem i JR Smithem – NYK stali się postrachem obwodu… No kto by się spodziewał.

I. Shumpert – pomysł wysforowania Imana na krycie Dirka uważam, za patologię. Cóż życie dość szybko ją zweryfikowało. Dwa szybkie faule i Shrimpert poczuł dotknięcie puchatego ręcznika. Dziś było gorzej niż ostatnio. 2-9 z gry. On na razie jest obok Linsanity. Różnica między nim i Linem w prowadzeniu piłki jest jak między analfabetą a profesorem polonistyki. Shumpert nie umie rozgrywać. Różnica w grze NYK jest kolosalna, kiedy Lin musi usiąść na ławce, żeby złapać dwa oddechy. Nic dziwnego, że to skazuje Jeremy’ego na ponad czterdziesto minutowe maratony.

A. Stoudemire – zaryzykuję twierdzenie – a na grzyba nam ten STAT? Zawodnik, który porusza się z tempie żółwia na zaciągniętym ręcznym. Gdzie on był w 3i 4Q kiedy decydował się mecz? Jakie decyzje podjął? Za wolno, za słabo. Za daleko od gry. On ciągle wygląda tak jakby sezon rozpoczął się wczoraj, a on wrócił z plaży w Miami gdzie wygrzewał się z Ciarą. Moim zdaniem jego problemem jest obecność na boisku Chandlera. STAT na „czwórce” nie jest w stanie grać swojej gry. Najgroźniejszy był jako fałszywa piątka. Tyle, że tam go się dziś nie chce…

T. Chandler – Raz naprawdę pięknie gruchnął na plecy. To jest jakaś odmiana w jego nudnej grze.

L. Fields – Mocny początek potem klasyczne czajenie się w szuwarach. Taki się robi z niego Wilson Chandler. Nauka znikania. I pojawiania się kiedy nikt nie spodziewa się Hiszpańskiej Inkwizycji. Statystycznie jednak poprawnie. Jerzy Hoffman robi musical na Broadway'u - "Ogniem i Mieczem?" Landry ma znowu fryzurę jakby się chciał złapać na casting.

J. Lin – kolejny rekord w liczbie asyst w karierze – 14. Kolejne nieco wstydliwe 7 TO, które się przykrywa się komentatorskim stwierdzeniem, że jak się gra tyle minut to musi się więcej tracić. Ale też 5 stl. więc się prawie kompensuje. Fantastyczne są te jego wejścia na kosz. Kiedy odchylony rzuca te świece, których nikt nie jest w stanie zablokować. Potrafi w powietrzu robić cuda. Mam wrażenie, że mimo czasem dosyć głupich błędów, co raz bardziej doskonali swoją grę – zwłaszcza w przeglądzie pola i prowadzenia drużyny. Adaptuje się jak Skynet z Terminatora. Ale to, co wzbudza we mnie największych podziw i zdziwienie to jest to, że jemu cała ta wrzawa (a wręcz szopka) zawiązana z jego osobą w ogóle nie przeszkadza. On się wyłącza i gra swoje. Nie widać tam jakiegoś dygotu, zawahania, refleksji. Nawet ta histerycznie reagująca na każdy jego ruch publiczność nie robi na nim jakiegoś wielkiego wrażenia. Tak jakby był oddzielony od wszystkiego szybą. Niesamowite. 450 tys. nadążających. And counting.

J. Jeffries znowu próbował coś udowodnić w ofensywie. I zaskakująco znowu się nie udało. ASle dlaszszego… Jared weź się w garść i przestań nas rozśmieszać. Skup się na wygłupach w obronie.

J.R. Smith – wejście chińskiego smoka made in USA. Co by nie powiedzieć przed chwilą stamtąd wrócił więc kulturalnie jest na bieżąco. Trochę potem przeszarżował i to jest zapowiedź rzeczy wielkich z jego strony. Earl Smith III. Earl M’Sith… Nie dajcie się nabrać. To nie jest przypadek. Earl Dark Side’u pokaże swoje mroczne oblicze. Na razie. Musi się przypodobać… Kupuje Wasze zaufanie. Pozwoli nosić się na rękach. Potem doprowadzi do płaczu i zgrzytania zębów. Zwłaszcza kiedy jego Mistrz powróci do gry.

S. Novak –Dewastator. Jak CP3 w meczu z POR. Tylko lepszy. Ojciec zwycięstwa. Architekt. Polak. 14 pkt w 4Q. Co więcej można powiedzieć? Jest naszym dobrem narodowym. Skarbem. Wawel czeka. Erica „Polish Rifle” Piatkowski byłby dumny. Odejście z Klanu to było fantastyczne posunięcie. 

23:15, znykajacy
Link Komentarze (45) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje