RSS
czwartek, 29 listopada 2012

Jak MIL mogło mieć bilans 7-5 przed spotkaniem z NYK jest dla mnie taką samą zagadką jak to gdzie raki zimują. Jak zespół, który nie ma żadnego front courtu mógł wykręcić taki wynik? To jest wręcz niewyobrażalne w kategoriach poznawczo logicznych.

T. Harris to jakiś wynalazek o nieodgadnionym zastosowaniu – nie wiem, może w sklepie spożywczym potrafi zdjąć coś z wysokiej półki?, Henson jest szczawikiem szczuplusieńkim, który z motoryki i budowy przypomina mi długoczłonkowatego Larry’ego Nance’a, S. Dalambert jest myślami przy odbudowie brojlerni dziadka na Haiti, L Saunders jest żywym dowodem na to, że pterodaktyle jednak istniały. M. Daniels w swojej wiotkości trzciny cukrowej jest takim koszykarskim hermafrodytą pół guardem, pół forwardem, kolana M. Dunleavy’ego, przypominają mielonkę, a E. Illyasowa, E. Udoh to cudowne dzieci komisarza Sterna w ramach wakacyjnej akcji „Wielka Globalna Wioska NBA”. Ja się pytam, co to jest? Jak udało się spędzić do tej cud krainy takie stado jeleni? Kto tam gra?

Ja wiem. Jest ta dwójka z tyłu. Ale on dla mnie to są wypuszczeni z tego samego zakładu, w którym trzymano pod lampą JR Smitha. Jeżeli drogi czytelniku prowadzisz listę osób z którymi nigdy nie zostawiłbyś małoletniego dziecka M. Ellis musi być na jej szczycie. Jeżeli Monta jest Św. Mikołajem to B. Jennings jest jego reniferem. Nie czuję tego chłopaka. Nie wiem dokąd zmierza. Czy staje się lepszy?

W jakim chorym umyśle musiała urodzić się koncepcja oparcia zespołu na zawodnikach, którzy są definicją patologii i w głowach mają coś na kształt konsystencji pulpy. Nie pojmuję tego.

Jeżeli oni wejdą do PO to ja zamiast NI w przyszłym sezonie będę pisał blog – „Spomiędzy rogów”.

Mecz był nudny. MIL nie zrobiło nic, żeby nie otrzeć się o blow out. Trzymali się jeszcze jakoś do 2Q, ale potem pojawiło się to cudowne dziecko argentyńskiej myśli szkoleniowej a T. Chandler był tak ze dwie głowy wyższy niż broniący go kozioł i zrobiła się jatka. Żal było patrzeć. Oni powinni być w okresie ochronnym wolni od odstrzału. Liczba farfocli jakie zmarnowali MIL spod kosza powinna skutkować zmianą nazwy na Milwaukee Bunnies.

Hala w MIL jest fajna. W połowie wypełniają ją pociotki Novaka w drugiej części to jacyś zagubieniu kibice Euro 2012 ze swoim: o oo oo oo oo.

C. Anthony – jeleń na rykowisku. Był tak mocny, że w czwartej kwarcie mógł udać się do paśnika by przeżuwać żołędzie i siano. Marsz zniszczenia i śmierci trwa. Kozioł już zjedzony. Nie zostały nawet kopyta.

K. Thomas – najszybszy. Wystartował i po 4 min. był już na mecie. To był trudny i długi czas dla wszystkich biorących udział w biegu. On jeszcze musieli się męczyć przez 44 minuty. Jak zły był to pomysł, żeby wstawić go do S5 pokazuje, że jako jedyny NYK był w pluso-minusach jest na -4. A kiedyś dobrym obrońcą był.

T. Chandler - Guliwer wśród liliputów. Zjadał zawodników MIL łyżkami. Urywał głowy i prosił o jeszcze. Nienasycony.

R. Brewer – czyżby jakiś ortopedyczny przełom? Półgodziny w czasie, których znowu nie dał powodu by zapomnieć o L. Fieldsie. Ktoś potrafi zdiagnozować ten przypadek?

R. Felton – po piekle na Brooklynie przyszedł czyściec w Milwaukee. Do nieba jeszcze trochę brakuje.  

J.R. Smith – sędziowie się na niego uwzięli. Panowie! Kozłowanie piłką nie jest na niej faulem!

S. Novak – bo nie ma jak pokazać się przed rodziną. Zapiął pas myśliwski, zakąsił żurem i powybijał zwierzynę zgromadzoną w hali przez nagonkę. Takiego odstrzału jeszcze w tym sezonie nie miał.

R. Wallace – głowa by jeszcze mogła, ale ciało padło zostało jakieś kilkanaście lat za nią. Już się nie dogonią.

C. Copeland – kolejna nieudana próba zaistnienia w rotacji NYK.  

P. Prigioni – Lionel Pierożek. Cichy bohater. Bezimienny wśród gwiazd. Gaskończyk.

J. White – biały tydzień trwa.

14:45, znykajacy
Link Komentarze (8) »
wtorek, 27 listopada 2012

Panie i Panowie! Wielka rywalizacja sportowa, walka o rząd dusz w mieście świateł z pewnym opóźnieniem rozpoczęta. I to z dużą pompą. Przytupem i kankanem. Bomba poszła. Szkoda, że przez Kaśkę ten mecz się opóźnił - zniknął gdzieś ten naturalny hype związany z początkiem sezonu, ale jakościowo to spotkanie było dzięki temu lepsze, bo co by nie powiedzieć jesteśmy już od miesiąca w rytmie rozgrywek.

Hala Barclay's przedstawiona została z takiej perspektywy kamery, że miało się wrażenie, że zawodnicy walczą na boisku zbudowanym na podstawie płyty tramwaju, wąsko, wszyscy stłoczeni, brakowało jeszcze konduktora. Lakierowany czarny paint był tak ubrudzony, że Rurek z TVN miałby ciepło gdyby K. Durczok to zobaczył. Do tego ten parkiet ułożony został w taką jodełkę na modłę stołówki wczasowej w domu FWP "Biała Mewa". Zabawne w pierwszej chwili wydawało się, że to BKN grają na wyjeździe, bowiem entuzjazm sympatyków NYK był przytłaczający. Potem wraz z meczem publiczność przechrzciła się powoli, acz systematycznie skandować „Brooklyn, Brooklyn”. Co można rozumieć dwojako.

BKN – nosili przez całe offseason siaty z Tesco bo zrobili się potwornie silnoręcy i właściwie na każdej pozycji są fizycznie w stanie zdominować dowolną pierwszą piątkę w tej lidze liczbą kilogramów i atletyzmu. Przypominają obwoźny sklep mięsny. Brook Lopez wygląda jakby coś zjadł przez te wakacje i to coś jest mierzone wiadrami. Kiedy biega nieodmiennie przypominana mi Gammorreanina z pałacu Jabby. Jedno ramię wychyla się przy każdym kroku o tak spokojnie o półmetka. Facet wygląda jakby chodził po jakimś grzęzawisku. J. Wallace ze swoją muskulaturą jest z pewnością bożyszczem środowisk spod tęczowej flagi i posła Giżyńskiego, D. Williams ma konsystencję dmuchanego ryżu co sprawia, że Felton wygląda przy nim jak ofiara programu "Pokonałem otyłość przez ipon". Joe Johnsona też trudno nazwać wiotką w biodrach Barbie, a Kris Humpries ma muskulaturę człowieka, który jest w stanie ciągnąć wóz drabiniasty zapakowany całą rodziną Kardashianów.  Do tego jest krępy K. Bogans, dorabiający wieczorami, jako wykidajło w barze Skoda, A. Blatche, który może za bardzo poszedł w opływowość i aerodynamikę bolidu F1, ale też jest człowiekiem, którego łatwiej przeskoczyć niż przepchnąć, a R. Evans wygląda na takiego, z jedną ręką powstrzymałby pędzące TGV. Może tylko ten Childress taki niewinnie chłopięcy, ale nadrabia fryzurą... Naprawdę na tym Brooklynie powstał jakiś nieprawdopodobny kult perwersyjnej siły. Można tego nie doceniać i lekceważyć. Ale na koniec to ta siła w wielomeczowej konfrontacji zrobi różnicę.

Upieram się, że BKN są obecnie per saldo mocniejsi kadrowo niż NYK. Nie chcę przez to powiedzieć, że BKN są lepszą drużyną, ale w konfrontacji sąsiedzkiej w PO postawiłbym jednak na nich. Nawet obecność Kidda i STATa nie zmienia tej oceny. Z tą jedną różnicą, że Melo jest tylko jeden i gra w Knicks (już mało kto dziś pamięta, że przez chwilę był w okolicach Nets). Melo factor jest jedynym powodem dla, którego nie można powiedzieć, że BKN są zdecydowanie lepsi. BKN nie ma zawodnika tego formatu, klasy i o takim białym uzębieniu. Joe Johnson choć wielkim jest/był druidem łowcą, to może Melo, co najwyżej podjazd odśnieżyć. Co nie oznacza, że BKN nie mają wielu zatrzymań na Anthony’m. Wczoraj męczyli go wszyscy, tłamsili choć z niewielkim skutkiem. Głębia tego mobbingu ukazała się w ostatniej akcji w OT, która miała jeszcze jakieś znaczenie dla wyniku spotkania, kiedy z help defence przyczłapał z balkonikiem Jerry Stackhouse (bohater wśród zgromadzonej geriatrii).

Ten mecz był jak spotkanie w PO. Siła fizyczna, poświęcenie, effort. Rwał się. Dramatyzował. Elektryzował. Nie był piękny. Gładziutki jak whisky z wermutem. Był na kontakcie. Maksymalne wychylenie wyniku to 7 pkt. w każdą ze stron. To, że BKN wygrali to było jak rzut monetą. Jeżeli ta tendencja się utrzyma przez 2-3 lata będziemy świadkami być może jednej z najbardziej medialnych konfrontacji NBA.

Kluczem do sukcesu BKN było wyłącznie przez R. Feltona. Ograniczenie do minimum jego arsenału ofensywnego i uniemożliwienie mu dogrywania piłki. Proste? Może właśnie ten mecz pokazał wartość Kidda i przewagę jaką jednak daje na boisku dla ball movement. Ray Prosiaczek jest solidnym rzemieślnikiem, i jak bardzo jest to rzemiosło pokazuje zestawienie z artystą D-Willem. Od razu widać, że jeden odlewa coś z gotowej formy a drugi tworzy wszystko sam ręcznie. Gdyby nie erupcja T. Chandler ten mecz powinien skończyć się pogromem.

C. Anthony - jest tak istotnym aktywem i jedyną realną opcją w ataku, że zasadniczo spędził na parkiecie 50 min. Anthony nie jest wielkim atletą, a więc nie sądzę, żeby wytrzymał zbyt długą jazdę na pełnych obrotach. Jeżeli trener Woodson go zajeździ to w lutym/marcu Pixar nakręci czwartą część filmu "Gdzie jest Melo?" Cudownie było patrzeć jak ten kpiarski uśmieszek człowieka Colgate'a, pokazujący luz, lekceważenie na koniec zamienił się minę dziecka któremu mamusia odmówiła czekolady. Moim zdaniem sędziowie i tak sa w stosunku do niego zbyt pobłażliwy. On prawie w każdej akcji jest na pograniczu faulu w ataku. Nabrał jakiejś dziwnej maniery robienia ręką niekozłującą takiego ruchu jakby chciał pokazać kryjącemu Pałac Kultury. Kto wie? Gdyby trafił, któryś z niecelnych sześciu rzutów wolnych... We wczorajszym spotkaniu zasłużył na pseudonim Unanswered.

K. Thomas - Aramis miał 7 min. epizod w czasie, którego pokazał, że wszystko, co dobre już tylko było i stało się ulotnym wspomnieniem. Drzewa umierają stojąc.

T. Chandler-  Turcy w 1453 r. nigdy by nie zdobyli Konstantynopola, gdyby Paladyn stał na flankach. Nie daliby rady. Odeszliby podkuliwszy ogony i zagryzając w bezsilności filcowe czapki. Morderca sierot dzieci i starców. 28 pkt. Rekord kariery. Wykrzyczał całej publiczności osmolonych zdrajców - tu jest Polska.

R. Brewer - zaczynam tęsknić za L. Fieldsem. To naprawdę nie jest komplement Ronnie. ..

R. Felton - zagryziony, zadeptany, wbity w parkiet. Jeżeli ktoś uważał, że Felton puka już do klubu Top 10 PG tej ligi to po tym meczu wyraźnie widać, że on nawet nie dosięga do drzwi przez, które ktoś miałby go tam wpuścić. Jest tylko petentem z teczką na gumkę. Trzeba go podsadzić, żeby mógł spojrzeć przez wizjerek jak się bawią kuleczkami starsi chłopcy. Za ten mecz będzie musiał przeprosić. Sumitować się i posypać głowę popiołem. Wiewiór dziś nie żarł. Miał szczęście, że HOU dziś nie grają... Gwoździem do trumny byłby fenomenalny mecz J. Lina... i otwarcie tego bardzo rozwojowego wątku porównawczego... Cóż to jest prosty przepis na NYK. Urwać mu głowę, hamować Melo i pilnować reszty, a następnie kierować ich w rządku do wyjścia...

R. Wallace - Portos był waleczny, ale w krzyku nieskuteczny. Wrzaskiem meczu jeszcze nikt nie wgrał. Nadmierne rozwieranie paszczy, jest na ogół przejawem braku jakichkolwiek argumentów. Tych Rysiu miał wczoraj nie za wiele.

J.R. Smith - wraca, ze swoją grą do przynależnego mu miejsca – istoty, po którąsięga się tylko wtedy gdy zawiodły już wszystkie racjonalne rozwiązania i konieczna jest ingerencja zjawisk paranormalnych.

P. Prigioni - 11 min. komory tlenowej R. Feltona.

M. Camby - Atos jest fizycznie nieprzygotowany do gry. Nie da się już oszukać wieku. Nie ma szybkości, skoczności, zwrotności. Jest mit. Ale on już dawno upadł. I butwieje obrośnięty mchem.

S. Novak - nadaje słowu "dno" nowe semantyczne znaczenie. W encyklopedii obok desygnatu słownego tego pojęcia jest już jego zdjęcie.

J. White - kolejny komunijny wytęp.

J.Kidd - kompletnie się rozkleił. Że tak przeciwko dawnym kolegom. To nie koleżeńsko. Chciał nawet założyć czarny trykot. R. Wallace musiał go doprowadzić do porządku i dał mu klasa. Z czego wzieły się back spazmy dolnej części pleców...

---

Miałem wczoraj wieczorną operatywkę z Maćkiem Kwiatkowskim o tym spotkaniu, który wyłożył mi swoją topografię Nowego Jorku i jak zwykle uświadomił mi kilka istotnych szczegółów, które umykają mojej niekoszykarskiej percepcji. Cześć z powyższych spostrzeżeń jest refleksją tej rozmowy. Dzięki Mac.

Maciek ma rację, że ten mecz niczego nie zmienia, choć historycznie otwarcie konfrontacji jest na 1-0 dla Czarnych Koszul.

10:48, znykajacy
Link Komentarze (82) »
poniedziałek, 26 listopada 2012

O DET nie potrafię wiele nowego powiedzieć. Czuję się w ich opisie spełniony. Oni w przeciwieństwie do HOU od trzech sezonów przyjęli wariant – trwamy, kupą mości panowie, kupy nikt nie ruszy. Nie wiem skąd bierze się wiara, że zawodnicy, którzy nie osiągnęli zupełnie nic, no może sprawdzili się tylko w jednym - notoryjnej grze poza PO- , będą w stanie wykonać jakikolwiek krok na przód. Wiara wbrew nadziei. R. Stuckey, J. Maxiell, Książe Szkieletów, W Bynum czy Karol V (ten pan i władca będzie królował jeszcze do 2014/2015) nie odnajdą już talentu ani straconego czasu. Ich miejsce jest punkcie skupu makulatury, dział tektury falistej. Upór z jakim Nalany Joe trzyma skład węgla i papy jest niezrozumiały. Cudem boskim udało się wypchnąć poza samochód B. Gordona, co w kategoriach transferowych może uchodzić za ciekawe rozwinięcie akcji filmu „Mission Imposible 132”. Ja wiem. To wszystko kiedyś odpadnie jak łuszcząca się farba na ścianie budynku publicznego. Ważny jest tylko młody nukleus, który ma zamienić terkoczącego dwusuwa w mruczące V8. Ale ja jakiś sceptyczny jestem.

G. Monroe ma motorykę człowieka, który z chomątem zarzuconym na szyję orze pole i odrywa się od ziemi na tyle, że sam David Copperfield nie włożyłby mu pod stopy kartki papieru, B. Knight jest takim R. Westbrookiem wersja sprzed trzech lat, jeżeli chodzi o umiejętności, atletyzm i biegunkę myśli, a A. Drummond jest ciągle pieśnią przyszłości oby nie milczącą – choć za blok na Melo kciuki w górę.  

Z draftu znowu napłynął ciekawy narybek. K. Singler po roku picia sangrii potwierdził, że  ma łatwość rzutu i brzydotę Quasimodo, a English nieustępliwość w atakowaniu kosza z flegmą angielskiego lorda.

Sytuacja przypomina trochę tę z 2009. Wtedy też na warsztat wskoczyła grupa gniewnych niespokojnych mechaników. Gdzie oni są dziś? A. Daye dożywa agonii w końcówkach bez znaczenia, J. Jerebko obserwuje mecz z ławki, D. Summers już tylko na League Passie a Terrico White rozsmakował się w klimatach filmów Kusturicy... A miało być tak pięknie...

I tylko to zdanie George Blahy - "Great things happen at the Palace" takie bezsensownie puste.

Mecz był straszny. Brzydki. Nie było żadnego flow. Tylko taka rąbanina tępym narzędziem po piszczelach. Zmęczyłem to krztusząc się z bólu. Pesky Pistons nie chcieli odejść, ale szczytem marzeń było zbliżenie się na 10 pkt. NYK niesieni geniusze Melo i dobrą dyspozycją za trzy przerobili samochód na żyletki.

Po dwóch porażkach Knicks pokazali, że są nadal na kursie i na ścieżce do mistrzowskiego tytułu. Załamywanie rąk i żałoba były przedwczesne. Więcej wiary piewcy pierścienia. Po za tym, że z DET raczej nie spotkamy się w finale konferencji to było to ważkie i znaczące zwycięstwo, które pokazało, że chłopaki są mocne, potrafią się odbudować i czekamy już tylko na Amare.

Zła wiadomość. Shumpert ciągle nie skacze.

C. Anthony – taki groove i smooth przy rzucie to ma on i może Durant (powtarzam za M. Kwiatkowskim). Nie ma Lina, nie ma STATa i nasze królewiątko żyje days of his life. Nie do powstrzymania. W każdym razie w środowisku o tej grawitacji. Troszkę były problemy z kozłowankiem i trzymaniem piłeczki, które skutkowało zawstydzającymi sześcioma stratami, ale to jest już naprawdę czepiania się rąbka u spódnicy.

R. Brewer – podobno obrona „parametra” NYK jest jedną z najgorszych w lidze. Nie wiem dlaczego, ale wiąże ten fakt z R. Brewerem. Z czasu gry widać, że tam ciągle idzie gra w koanko.

T. Chandler- żył z kreski.

R. Felton – jakiś taki był bardzo wycofany w formie i nieprzekonujący w treści. Dużo kontemplującej medytacji nakierowanej na nie popełnienie żadnej straty. Osiągnął w tej materii imponującezero.

J. Kidd- Trzeźwość kultura, bezpieczeństwo. Zdaje się, że funkcjonariusze policji z Hampton zweryfikowaliby ten slogan.

J.R. Smith – podobnie jak T. Chandler wciągał kreskę. Granica między rzeczywistością a halucynacją zaczyna się zacierać...

P. Prigioni – 10 minut tanga Milonga w tanecznym klubie seniora.  

R. Wallace – Walasek mimo spuchniętego kulaska nie mógł pozwolić, żeby tym bastardom się upiekło. Coś komuś udowodnił. Ale co, komu i po co to już trudno odgadnąć. Był lepszy niż poranny kefir na kaca.

S. Novak – pies cywil znowu podłapał ślad. Pościg za R. Allenem rozpoczęty na nowo. Szanse na dogonienie szacuje się na 2031. Ale to jest długodystansowiec. Prawdziwy greyhound. Siła ducha, charakter, prezencja. Maryla Rodowicz parkietów. Da radę. Z Polski jest.

M. Camby on też może dołączyć do leśnej scenografii Makbeta. Sekcja bukowate. Podtyp próchniaki.

C. Copeland – wszedł przed białym i walizką. To jest już sukces.

J. White – jedna trójka nie uczyni z Ciebie koszykarza.

10:26, znykajacy
Link Komentarze (10) »
sobota, 24 listopada 2012

Ubi sunt qui ante nos fuerunt? Oglądając obecne HOU człowiekowi mimowolnie staje przed oczami to pytanie. Gdzie są niegdysiejsze śniegi? Z twarzy, które jeszcze niedawno luźno kojarzyłem z Rockets pozostały już jakieś mętne obrazy i niewyraźne skojarzenia. Gdzie jest K. Martin, L. Scola, M. Dalambert? Gdzie K. Lowry, C. Buddinger, G. Dragić? W jeden cykl księżyca. Przejście przez drzwi. Danton (nie D'Antoni) byłby dumny. Prawdziwa rewolucja moralna. Odnowienie. Brand New World.  Zbudowanie struktur od zupełnego zera. NYK taka przebudowa zabrała bez mała trzy lata. Przypominam, że STAT dziś jest najdłuższym stażem Knicksem, a przecież ciąży NYK dopiero dwa lata (ciągle trzy przed nami - uśmiechnijcie się, nawet krzywo). Uświadomiłem sobie tę prawdę o HOU dopiero dziś i doszedłem do wniosku, że jeżeli ktoś chciałby wejść dziś mocnej w koszykówkę i zapytał by mnie np. stojąc w ogonku (pozdrawiam Krakauerów) po chleb - "Panie zNYKajacy jak żyć"? To bym mu odpowiedział bez wahania - "Pacz Pan na Houston".

To co paradoksalnie wydawało się, że będzie jednym wielki postojem na CPN-ie i laniem w kanistry dziś okazuje się ciekawym projektem. Ta najmłodsza w NBA pryszczata pannica o kędzierzawej czuprynie Asika, skośnych oczach Lina, aparycji Parsona dorobiła sobie czarną mudżahedińską brodę. I teraz naprawdę zrobiła się sexy. A jak się tak na nią bliżej popatrzy to jest wielce powabna i puszcza takie spojrzenia, że człowiekowi się robi nieswojo z emocji. Oczywiście młode to jeszcze, płoche i gupie, bo nie wie czego chce, ale ten podlotek może za chwilę wodzić za nos największych w tej lidze. Brakuje tam pierwiastka zusowskiego. Na myśl o tym, że T. Douglas ma tam status weterana i mógłby kogoś czegokolwiek uczyć bzyczę do Ministra Sportu. Stoję raczej na stanowisku, że J. Hardenowi bliżej jest do S. Pippena niż do franchise playera... ale HOU to naprawdę mądra organizacja. Doświadczona. Tam się nieźle pracuje z młodzieżą i klocki to oni stawiać potrafią.. Gdyby jeszcze potrafili zrobić coś z Rolls Royce'em bo im parcieje to cacuszko w garażu.

No to teraz mecz.

Myślę, że jeszcze nigdy wcześniej w historii Texas nie był zdobyty tak szybko. Jest dopiero 24 listopada a my wszystkie punkty wycieczki w tym stanie mamy zaliczone. Do widzenia za rok.

Ładnie. 131 pkt. to wyrównanie zdobyczy HOU w nowej hali. NYK byli naprawdę niewymagającymi gośćmi.

Ajajajaj. Czy ten mecz nie potwierdził wreszcie mojej tezy, że głównym problemem NYK jest struktura ofensywy o złożoności krowiego postronka. Jest Melo, trójki i penetracja o sile rażenia muszki owocówki. Ale coś więcej? I kto więcej? Kto tam słyszał o jump shocie? Wejściu pod kosz? Panowie dość tych bajek o żelaznym wilku. Ławka? Jaka ławka?

Przy beznadziejnej obronie jak wczoraj (HOU robiło przez pomalowane regularny stampede'y.) braku zatrzymań, fenomenalnej dyspozycji Parsons'a i Hardena, NYK mimo niezłej dyspozycji rzutowej i kolejnym epickim dziele Pyzy na polskich drogach wyglądali na kompletnie stłamszonych koncepcyjnie. HOU byli znacznie bardziej multimedialni w rozwiązaniach w ataku. Parli z tyłu z boku i pruli środek. Sam Czarnobrody miał więcej rzutów wolnych niż cali NYK. Ja wiem trzeci mecz w cztery dni. To nic nie znaczy. Wracamy do gry. Jesteśmy przecież tacy mocni. stefan weź coś napisz tym wszystkim, którzy już zaczynają wątpić (Bo to przecież dwie porażki z rzędu). Ty potrafisz tak trafić w sedno. Sędziów chyba dziś się nie da obciążyć porażką (a może). Ale na pewno jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego teksańskiego blamażu.

C. Anthony - człowiek na którym zawisło zbawienie NYK. Boski, świetny, cudowny. Kasia Chichopek rozgrywa sezon swojego życia. W obecnej formie jest jednym z czterech najlepszych koszykarzy świata (Maciek Kwiatkowski uważa, że jest trzeci przed K. Durantem). Ja jestem bardziej sceptyczny. Był sex. Był i violence. Tym razem sztachnął łokietkiem w tchawicę jednego z mini Morrisów (płakusia albo tego drugiego). Się M&M - bidulek zatchnął. Złożył się jak leżak na molo w Sopocie. Melo jakby nic. Strzelił colgate'a... Taki był z siebie zadowolony. Wykrzyknikiem ogólnej niemocy były jego dwie masywne straty w 3Q. Wtedy zrozumiałem, że dziś przyjdzie Św. Mikołaj.

R. Brewer - zapamiętałem dwa lay upy. Statystyki (pewnie złośliwie) milczą o czymś więcej...

T. Chandler - czy on zwariował? Czy on nie wie, że za uderzenie łokciem O. Asika będzie miał teraz na głowie cały wydział policji z Beverly Hills? (co by nie powiedzieć - tureckie bożyszcze nakryło go fezem...) Do tego chciał nogami skosić chiński ryż. Nieładnie Czenio, nieładnie. A takie ci pick and rolle grał. Ty niewdzięczny, Ty.

R. Felton - Dyzio Baryła mało się zataczał wczoraj pod kosz. I może to był błąd. Był napięty jak kabanos by udowodnić przewagę odżywczą mięsa nad rybą. Pojedynek korespondencyjny skończył się remisem, może z delikatnym wskazaniem na golonkę. Choć to jego stado dało się zagnać do zagródki.

J. Kidd - bez wyrazu, bez zdania, bez sensu.

J.R. Smith - nareszcie. Jest powrót czarnej mocy. Zatrutego rzutu. Szaleństwa. Obłędu. Spaczeń zielonym ciepłem zaczyna rozchodzić się arteriami... Przenika ciało i umysł. Chwilo trwaj...

S. Novak - w ekranizacji scenicznej Makbeta mógłby z powodzeniem zagrać maszerujący las Birnam - sekcja brzozowate. Przy odpowiednim oświetleniu uszedłby nawet za łozinę...

P. Prigioni - ktoś mu parszywie podszepnął do ucha, że dziś jest jego dzień. No... nie był. To nawet nie był poranek kojota.  

K. Thomas - pomór wśród muszkieterów. Tylko Aramis, poderwał szpadę z ławki. 10 min., które wstrząsnęło Houston.

J. White - kiedy pod koniec 2Q gwizdnięto faul przeciwko niemu, strzelił w eter takim falsetem, że w pierwszej chwili zadałem sobie pytanie, czy jest na pewno pełnosprawnym mężczyzną...

C. Copeland - może odetchnąć. W tabeli wszechczasów przesunął się nad tego niezwykle utalentowanego Warszawiaka. Sky is the limit Cop.

R. Wallace - nie zagrał. Od chodzenia baletkach spuchła mu stópka. Nasz Kopciuszek.

-----------

J. Lin - widać było pobudzenie i chęć. Jak zrobił Melo fake balla w twarz umarłem. Zagrał uczciwie. Ale czasy, kiedy ludzie rozmawiali o Linsanity w drodze pekaesem do pracy minęły... Proza życia.

T. Douglas - zagrał samego siebie. Koniecznie chciał wbić daggera. I chyba ostatecznie mu się to udało. Wizyta u golibrody zalecana.

11:11, znykajacy
Link Komentarze (13) »
piątek, 23 listopada 2012

Gdzie jesteś Jeremy? Jeszcze niedawno ubrany w bisior i purpurę spacerujący po marmurach i wdychający różane zapachy kwiatów nachylających się wprost do jego nozdrzy.... Dziś błąka się nagi po pustyni, opędzając się przed brzęczącymi krwiuchami uważający, żeby nie wdepnąć w krowi placek i chłepczący wodę spod kamienia... Królu złoty!

Świat wstrzymał oddech, oczekując na ten pojedynek dzisiejszego wieczoru. To spotkanie jest z pewnością przyczynkiem do pewnej luźnej refleksji o kulisach władzy.  

Wygnany władca zostanie odwiedzony przez swój niedawny dwór, który z definicji go nie znosił i nigdy nie uznał przyznanej mu przez gawiedź i tłuszczę korony. Lin był Rex populus. Królem ludowym. Uwielbianym i wybranym przez zwykłych ludzi. Everymanów. Sprzedawców sajgonek, mniejszość tajwańską i rodzinę pand z pobliskiego zoo. Zawsze mnie to zastanawia, a o tym się w bajkach nie mówi, jak taki Szewczyk Dratewka, czy Jasio Głuptak, którzy wzięli królewnę za żonę i pół królestwa poradzili sobie w relacjach z dworzanami, którzy z definicji go nienawidzili.  Bo chłopak z gminu osiągnął zaszczyty, których tamci nigdy zdobyć nie mogli. Może miał dobry „pjar”, albo stosował jakąś socjotechnikę? Z Linem jest podobnie. Dzisiaj dawny dwór (co to w życiu by się nie pozwolił tak nazwać) odżegnuje się od swojego byłego władcy. Że dawno, że przeszłość, ze prawie... nieprawda. Że nikt nie wie, co on robi, jak robi i za ile (to boli najbardziej np. takiego Kowala). Że jest Felton - nowy woźnica i to jest najważniejsze, bo porównywanie tych dwóch... jest nieporównywalne... Nawet Majordomus Woodson jakby zaatakowany atakiem amnezji. Lin? Kto? Ale wszyscy są happy dla niego. Choć nikt nie wie, o co chodzi. Zabawne. Jak to w korporacji.

Nie chcę dokonywać jakieś zbyt pochopnej oceny wydarzeń obecnego lata. Ale na chwilę obecną wydaje się, że to NYK byli chyba u dobrej wróżki pozwalając mu odejść do HOU. Albo u ogarniętego ortopedy z... PHX. Bo... Jeremy to już nie ten sam zawodnik. Widać, że brakuję mu tego lutowo/marcowego odejścia, depnięcia, jakie prezentował przed kontuzją. Kolano jest delikatnie zmurszałe i rozpada się w palcach jak egipski papirus... Może powróci do dawnej sprawności, a może zupełnie nie. Ciekawe, że nie mówi nic o 85% sprawności... Jeszcze... A może... nic dwa razy się nie zdarza?

Cóż ostatnie popisy tej Kleopatry Wschodu sprawiają, że całkiem uzasadnione jest twierdzenie, że Linsanity przebywa na OIOM-ie i linia życia, co raz bardziej przypomina poziomą kreskę. W ostatnim pojedynku rodeo, Teksańczycy okiełznali szarżującego byka.  Tyle, że Lin oglądał crunch time tego spotkania już z perspektywy poidła i derki. Po 5 stratach 2-9 z gry został zmieniony przez człowieka, do którego przykleiła się łatka Kosza(ł/r)eka NBA. Ale, ale. Toney Douglas wykorzystał ten moment zagapienia... Hello?! 7 pkt w 3 min.- w HOU już dostał ksywkę Baby LeBron)Udało mu się jakimś cudem nie spudłować za trzy, do tego wytrzymał grę w jedynaka i to on zatknął szpadę w tętniącym sercu cielca. Czuję, że przeciwko NYK T. Douglas spróbuje zagrać na takie 2-8 z gry. 4 pkt. 2 ast., 2 TO.  I to wszystko w jakieś 24 min. To może być killing... Nie wiem, czy NYK mają kogoś by go powstrzymać. Golibroda z brzytwą by się nadał na te pekaesy...

I patrzcie dziś na Melo... Król Rumiane lico, będzie chciał zdetronizować pamięć o uzurpatorze... Nie powstrzyma się. A może nawet zupełnie po parweniuszowsku w pysk da?

Kręcicie orzecha? Człowiek Wiewióra już tak... (hatamoto77 powraca w wielkim stylu – dziękujemy).


13:22, znykajacy
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 listopada 2012

(Przepraszam na opóźnienie, ale pod trzech miesiącach bez internetu wróciłem do żywych. Koniec oglądania na sucho)

Jedno jest pewne. Z DAL w tym sezonie już się nie spotkamy. To pierwsza drużyna z którą bezapelacyjnie zamykamy rywalizację anno domini 2012/2013. 1-1. I prawdę mówiąc nie sądzę, żebym miał okazję zobaczyć ich w tym roku raz jeszcze. Do widzenia Mavs.

Mecz z DAL nie był tak niedawno, żeby trzeba przeprowadzać raz jeszcze egzegezę świata Wichrzycieli. Pytania pozostały. Przyszłość nadal niejasna. Cuba nieodgadniony.

Z newsów można powiedzieć, że C. Kaman przerobił się z wielorybnika się na alter ego Św. Mikołaja (dorabia straszeniem niegrzecznych dzieci), S. Marion nadal jest jednym z lepszych stopperów ligi, V. Carter ciągle ma przebłyski seksowności, a Jea Crowder intryguje nie tylko wiechciem przyklejonym do głowy (R. Balkman zazdrośnie ślini się do ekranu).

Dziwny mecz. Trudno zrozumieć. Dociec po prostu, dlaczego przegrany. Przecież NYK w tym sezonie nie doznają porażek!  NYK wydawali się być in control przez trzy kwarty spotkania, a potem dali się wyprowadzić zupełnie w pole (DAL w 2H mieli tylko dwie straty). NYK gonili, wyszli z -12 w 4Q, ale w ostatniej akcji na przeważenie - czegoś zabrakło. Moim zdaniem wody w basenie (wyjaśnienie w opisie Melo).

Ale skoro nie wiadomo dlaczego to nieszczęście, ta katastrofa, dramat po prostu to... pewnie Knicksi zostali przekręceni przez zbyt śliski parkiet, pobłażliwych dla DAL sędziów i magazyniera, który zgubił kluczyk do szafki z wazeliną.

R. Brewer - 22 min. czegoś niewytłumaczalnego i nie poddającego się matematycznemu opisowi cyfr. Stanął mi przed oczami J. Jeffries i załkałem z tęsknoty.

C. Anthony - podobno Hardkorowy Koksu pytał swojego agenta, czy walka z nim w klatce jest dostępna. Nie ma lipy. Chodząca agresja o uśmiechu Colgate. Postrzelenie z łokcia w twarz O.J Mayo.  Trzy offensy. Przyhamuj Melo. Ty brutalu. Tak się nie da. Ranisz innych. Ranisz drużynę. Brawura to nie odwaga. Ależ ten złośliwy Jones zagrał z nim w Dwanaście Krzeseł. Najpierw wszedł mu pod pupcie, a potem się nieelegancko odstawił i Melo zaliczył parkiet swoją puchatą rzycią.  Rzut na zwycięstwo to było jakieś połączenie koszykówki i ruchu nogami do żabki. Widzieliście to odbicie? Daniel Gyurta by się go nie powstydził...

T. Chandler - miał coś do udowodnienia włodarzowi, że za wcześnie skreślono go z pay rolla. Pokazał, dlaczego DAL nie są już mistrzami. Ofensywny występ roku.

R. Felton - człowiek armata. Nikt nie jest na tyle szalony, żeby wchodzić mu w drogę jeżeli rozpędzi te swoje stutrzydziestokilogramowe ciałko latawca. Z Collisonem wyglądają jak Pat i Pataszon. To zadziwiające jak bardzo PG mogą się między sobą różnić.

J. Kidd - też miał zdaje się jakiś czytelny message do przekazania właścicielowi. Przeliterował mu to bardzo wyraźnie. I A-M N-O-T, K-I-D-D-I-N-G Y-O-U... 36 min. Tam w przerwie musiała być jakaś transfuzja, przeszczep nerki albo odessanie mleczanów w mięśni przy pomocy słomki. Może zjadł kawałek argentyńskiej wołowiny wykrawanej z pośladka Prigoniego? (symptomatyczne, że nie zagrał) To jest niemożliwe, że ten facet przydreptał tyle czasu na boisku. Gdyby mu dać worek jutowy, fajeczkę, pasiastą koszulkę marynarza floty kronsztadzkiej to byłby jak żywa reklama Baltony.

J.R. Smith - ależ ten demon jest złośliwy. Atakuje chytrze. Niezauważalnie dla oka. Pozwalał Lordowi grać... Ale niszczył jego grę defensywnie. -19 w pluso/minusach.

S. Novak - jeżeli nadal będzie tak platfusił to wróci do "Klanu". Wskrzeszenie Rysia miałoby oglądalność na poziomie olimpijskiego konkursu skoków w Pragelato w 2006.

R. Wallace - jak nazwać króla wśród starców? STAR-ZUS? Ależ on naładował te akumulatory przez dwa lata Czy możecie sobie wyobrazić do czego byłby dziś zdolny MJ?

18:44, znykajacy
Link Komentarze (12) »
środa, 21 listopada 2012

Są takie gry w sezonie, które po prostu się ogląda jak przejeżdżający pociąg z perspektywy przejazdu kolejowego. Dosyć beznamiętnie, bez najmniejszej ekscytacji. Szlaban się otwiera, jedzie się dalej.

Chyba o żadnej drużynie NBA nie wiem tak mało jak o NOH. Twarze i nazwiska, koszykarzy podobnych zupełnie do nikogo. Oprócz Chałabały w ołowianych butach grającego w pozycji kucznej, rączego syna wenezuelskiego narodu G. Vasqueza to nie rozpoznaję właściwie nikogo. Do tego zabrakło Pirata Jednobrewego, który skręcił kostkę, i Eric Gordon’a który niczym Szwej nadal symuluje kontuzję (ciekawe jak się ten epizod skończy). No to. na kogo tu patrzeć? A. Rivers? Ale to takie jeszcze nieopierzone, głupawe – jakby patrzeć na szczeniaka, który bawi się w kojcu. Potencjał jest, bo chłopak po ojcu nie ustępliwy, zadziorny i jest z tych, co to się większym nie kłania. Ale mam wrażenie, że gdyby junior jeszcze poczekał jeszcze z rok w Królewiczach to wyszedłby na tym niezgorzej.

Przyszłość NOH? Trudno powiedzieć. Zdaje się, że oni są tak draft po ORL. Potencjalnie mają już gwiazdę (Davis), do którego powolnie będą doklejali jakiś układ planetarny. Tyle, że konstelacja jeszcze bliżej nie określona.

Żal było patrzeć. To trochę jakby licealiści przyszli zrobić porządek z pierwszakami. Zlali ich na sino. NOH broniła się jeszcze do 3Q, ale potem prawa fizyki zwyciężyły. Doświadczenie pokonało niefrasobliwość i młodość. Mecz dla miłośników mobbingu.

Do najciekawszych wiadomości spotkania należy ta, że Spike Lee żyje i kręci w Nowym Orleanie film opary na koreańskim scenariuszu pt. „Zaskakujący powrót kimchi”...

R. Brewer – poszukiwania rzutowej niszy nadal trwają. Rzucił rękawicę kapitanowi Sowie w pojedynku o tytuł dlugorzutowca sezonu 12/13.

C. Anthony – jest taki uchachany, że z powodzeniem mógłby być twarzą kampanii społecznej mycia zębów w placówkach oświatowych. Dzieciarnia z NOH może mu co najwyżej wiązać buty. Zwinny jak jaszczurka, silny jak waran, wesolutki jak szczygiełek. Przechodzi do nieśmiertelności. Motyw, kiedy leżąc na parkiecie prał rękami trójkę obskakujących go dzieci powinna przejść do klasyki MMA. I mieć finał w prokuraturze. Naprawdę wielkiej wyrozumiałości sędziów zawdzięcza to, że nie został wykluczony.

T. Chandler – faule, ławka, mało minut, dużo zbiórek.

R. Felton – napukał się za trzy. W pluso-minusach +30. Chyba rekord kariery.

J. Kidd - Wujek Popeye miał prawie triple double. Bez 5 zbiórek, 6 asyst i 7 pkt.

R. Wallace – zaczyna rozwijać skrzydła zwłaszcza w ofensywie. Nie wiem czy jesteśmy na to gotowi. On na pewno nie.

J.R. Smith – walka z demonem się przedłuża. Demon nie może znaleźć ośrodka mózgowego. Biedny się w czasze zgubił. No to te poszukiwania mogą mu jeszcze zająć trochę czasu...

S. Novak – źle przycięty paznokieć powoduje zmianę trajektorii rzutu. Ten zadziorek na małym palcu nieznacznie zahacza o piłkę i ta o milimetry przechyla się w prawą stronę. Musimy czekać aż pazur odrośnie. ASG może nie być...

P. Prigioni – dajcie mu trochę buenos aires....  

M. Camby – gdzieś między topolą a zwalonym dębem...

J. White – piękne pomarańczowe buty i niebotyczne 15 min.

C. Copeland – za nim jest już tylko K. Thomas.

13:58, znykajacy
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje