RSS
sobota, 29 grudnia 2012

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!

Od radości do łez i znowu do radości cytując klasyka Redaktora Laskowskiego.

SAC w pierwszej połowie obnażają NYK. Nie ma obrony, atomizacja gry, nikt nie poczuwa się do chronienia obwodu. Piłka nie chodzi tylko klei się do rąk. 27 pkt. przewagi dla SAC. Potem operatywka w szatni. Trener Woodson grozi, że Ci którzy nie będą przykładali siędo obrony wrócą w NYC piechotą. Idąc tyłem. To skutkuje. Fenomenalna trzecia kwarta 31-16, wyjście na pięcio punktowe prowadzenie w 4Q na 5 min. do końca spotkania. I kiedy już pochylałem głowę nad klawiaturą z dzikiej bezsilności i wysyłałem aplikację na zostanie fanem NYK, z akcji której nie powinno wyjść absolutnie nić po za żałosną kompromitacją bezsilności urodził się rzut, który dał niespodziewane zwycięstwo SAC. 106-105. Ręce same wystrzeliły w górę. Uśmiech błogości rozlał się po twarzy. Oliwa sprawiedliwa JR! Dziękuje Ci Jamesie Johnsonie. Uratowałeś mi Stary Rok. Obiecuję nigdy nie skrzywdzić Cię pochopnym słowem, a to niepochlebne zamienię na najwyżej pieszczotliwe dożarte.

SAC znajdują się w moim TOP3 zespołów, o których nie wiem prawie nic. Personalnie to może nie jest jeszcze tak źle. Jest to wielkie enfant terrible – L. Cousins, którego wieczorami szprycują zastrzykami z wścieklizny i żywią surową koniną, który potrzebuje permanentnej pomocy pediatry, T. Evans który miał być drugim Magiciem, teraz jest nim, ale jedynie ze względu na gabaryt, jest Jimmer Fradette – człowiek o chyba najmniejszej obwodzie czaszki w NBA, jest Isiah Thomas, którego wywołanie z imienia i nazwiska przez komentatora za każdym razem aż otrzepuje, jest brat Busty Rhymesa – Al Thorton –najbardziej niedoceniany koszykarze NBA mimo, może dlatego, że z twarzy znajduje się już na ławce menadżersko/trenerskiej w tej samej lidze co Joe Dumars i Marek Jackson, jest ta grupa młodych obrośniętych tkanką mięśniową silnorękich, których nie odróżniam – Salmons (on może najłatwiejszy do wyłowienia koziobrody), Johnson (od dziś my love) i Thomson. Reszta to jacyś bohaterowie schroniska dla bezimiennych.

Jaka przyszłość tej zacnej organizacji? Więcej niż mglista (abstrahując od tego, że miejscówka może się zmienić). W tym sezonie nie zwojują już nic. Niedojrzałość i niespełnienie to dwa najwięksi wrogowi dobrej atmosfery w szatni i ten pęczniejący wrzód trzeba przeciąć. Dlatego ani Cousins, ani Tyreke nie powinni dotrwać do końca okna transferowego w Sacramento. L. Cousins potrzebuje silnej i ciężkiej ręki (zlanie pupy może być skuteczną terapią), a Evans najzwyczajniej musi zmienić powietrze na inne, bo to go literalnie zabija. Czy te transfery wzmocnią SAC? Raczej nie. Bo nie wydaje mi się, żeby ktoś za tych dwóch gagatków o wątpliwej reputacji (jeden psychiatrycznej drugi kontuzjogennej) chciał oddać jakieś rodowe srebra. SAC nie będą specjalnie wybredni w zakresie tego, co będą chcieli otrzymać w zamian. Zadowolą się paczką w stylu T. Ariza, E. Okafor plus potencjalnie wysoki pick. Tyle, że to dla organizacji krok wstecz. Ale kroku do przodu w tym składzie personalnym wykonać się nie da.

R. Brewer – obok zdjęcia flądry w Encyklopedii Larrousse’a jest twarz R. Brewera (nie chodzi tylko o te oczy spłaszczone grzbieto-brzusznie). Pseudopleuronectes americanus parcietus (flądra amerykańska parkietowa). Zamiast po dnie szoruje brzuchem po lakierowanej sklejce. Jako jedyna z fląder jest niestety niejadalna. Nawet dla niewybrednego widza w kapciach.  

K. Thomas – luzak Chandlera. Gra, co koń wyskoczy.

T. Chandler – mimo statystycznego występu roku – przegrał mecz. Przez moralne rozterki na linii rzutów wolnych. O czym myślał? Że okłada wielkie dziecko? Że Rzecznik Praw Dziecka może zrobić mu z tego sprawę?

J. White – biały karzeł.

J. Kidd – kontuzja R. Feltona zrzuciła na jego barki chomąto ciągnięcia gry. W pierwszej połowie się zaciągnął. W drugiej zaczął oddychać. Było trochę hiperwentylacji. Pięć strat. Nie przystoi w tym wieku być takim pochopnym.

J.R. Smith – nareszcie. Uwolniony z wszelkich karbów, dybów i kagańców. Ma kąsać. Ma nieść pożogę, głód i boreliozę. Jest jak dziecko, które zakupiło na bazarku akcesoria pirotechniczne przed Sylwestrem. Odpala teraz wszystko bez jakichkolwiek zahamowań. Byle zdążyć. Przed Panem Bogiem. Spieszy się, bo wie, że nie wiadomo jak długi będzie ten okres noworoczny czas, kiedy zapala lont po dwadzieścia kilka razy w meczu. Taka noc nie trwa wiecznie. Jak bal u szatana. Melo zabierze mu zapałki w jednej chwili. 28 pkt w 25 rzutach. Jedno słowo. Witnessing the Greatness. To trzy słowa.

C. Copeland zastanawiam się, po co nam Melo, czy STAT skoro mamy faceta, któremu daje mu się w okienku kopertkę, a nie walizkę, a robi mniej więcej to samo. Jest pewny, skuteczny, nie boi się brać na siebie grę. Widać, że nie ma duszy melancholika. Który waha się, zastanawia…. Zasadniczo nie zawodzi, wykorzystuje szansę i ma wysublimowany gust jeżeli chodzi o praliny. Jest jak lepszy Al. Harrington. Czego chcieć więcej? Ten blok Mela Brooksa trochę, go kompromituje, jako mężczyznę.

P. Prigioni –kelner też czasem musi się przyżywić, nawet spadłym ze stołu okruchem, bo nie będzie w stanie obsługiwać klienta. Jest za miły i za grzeczny. Czasem trzeba dać w pysk. Rzucić talerzem, wejść w tłok sali i wyprosić klienta na dwór, kiedy ten ma problem z wypłatą. Co by nie powiedzieć, powrót do gry w 3Q to głównie jego tango.

S. Novak – NYK do wczoraj byli 10-1, kiedy Kapitan Sowa oddaje przynajmniej trzy celne strzały zza węgła. Wczoraj zasada doznała kolejnego wyjątku. Czym oczywiście potwierdziła regułę.

M. Camby – 4 bloki w 11 min. I co Ty na to zNYKający? Tak jak powiedziałem – Wigilia 2013 r. Obórka. Przynieść sianko i marchewkę.

08:43, znykajacy
Link Komentarze (42) »
czwartek, 27 grudnia 2012

Alvin Gentry powinien zacząć się pakować. Dla dobra społeczeństwa. Ludzie oglądający Suns muszą się przestać samookaleczać. Pogotowie w Arizonie nie nadąża z interwencjami. Lokalny NFZ już wyczerpał środki na przyszły rok.

Trener Mike powinien być dumny, że swojego byłego asystenta. Nauczył go absolutnie wszystkiego. Czyli chaosu, patologii i gry bez jakiegokolwiek koncepcyjnego sensu. Przykład idzie z góry bo, G. Dragić jest jeszcze bardziej pojętnym uczniem niż Trener Gentry. Od S. Nasha nie przejął niczego. Trzeba być naprawdę opornym i tępym, żeby niczego nie wchłonąć chociażby przez osmozę np. potajemnie wycierając się ręcznikiem Nasha.

Do tego PHX nie potrafią wykorzystać faktu przewagi na pozycjach 4 i 5 który daje im upside nad większością zespołów NBA.  Duet Scola- Gortat nie gra z sobą, a jestem o włos o tego, żeby powiedzieć, że gra przeciwko sobie. Tam między nimi trwa jakaś cicha rywalizacja o podział strefy wpływów na parkiecie. Ze szkodą dla drużyny.

Zauważyliście, że jak zawodnik Suns oddaje rzut to robi to tylko wtedy, kiedy ma absolutną pewność, że nie będzie jakiejkolwiek szansy na zbiórkę ofensywną? Naprawdę jest to najgorszy taktycznie zespół, jaki widziałem w tym sezonie. PHX wyglądają, jakby spotkali się pierwszy raz i mieli razem grać za karę.

Na kim tam budować tę przyszłość? Żadnej gwiazdy, świecącej nawet światłem odbitym. Żadnego gracza, którego można by marketingowo sprzedać bo wszyscy są na… sprzedaż. I jest to wyprzedaż garażowa. Bynajmniej nie okazyjna. Wczoraj dzień rączego konia miał J. Dudley. Tyle, że raz do roku to i kij od szczotki wystrzeli.

Chyba łatwiej byłoby to wszystko zaorać i postawić pieczarkarnie. Fazy stadialne grzyba kapeluszowego są ciekawsze niż gra Suns. Wszystkim tym, którzy zarabiają na chleb powszedni, bo są zmuszeni komentować popisy M. Gortata i jego świty (serdeczności dla wrażliwego red. Wojczyńskiego) - z całego serca współczuję. Można przez to znienawidzić swoją pracę, dostać nerwicy i alergicznie reagować na Słońce.

M. Gortat dla dobra polskiej koszykówki (podobno jest coś takiego) powinien rolować już wojłok, bo rolowianie z Dragiciem miejsca mieć raczej nie będzie.

---

NYK byli w back-to-backu, do tego bez swoich liderów Melo (kolanko i kostka) i R. Feltona (plauszek) co już powinno sprawiać, że każdy uczciwy czytelnik impresji dostaje delikatnych kolorków i zaciera rączki. To była chyba najtańsza kontraktowa startująca piątka w tym sezonie po stronie NYK  Wszystko szło dobrze do czasu, kiedy wkroczyła siła nieczysta… Z nią trudno wygrać. Po za tym brawo.

R. Brewer – ta wizja jest przerażająca. Ale NYK w przyszłym sezonie może być stać na jego… no właśnie… co? Tego się przecież nie da nazwać grą…

K. Thomas – S. Karwowski jest niezastąpiony w swoim słoniowym tańcu. I do tego żadnej pracy się nie boi. A nawet nie brzydzi. Inspiracja dla młodzieży niepracującej.

T. Chandler – Wow. Oddał trzy jumpery. Trafił jeden. Tym samym podwoił swój stan posiadania w tym departamencie w karierze. Szybkość, z jaką się uczy tego ofensywnego rzemiosła przyprawia największych sceptyków o ból głowy. Pokazał, że koło 2017 r. to może być ważki element jego gry w ataku, który będzie już ostatecznie wykształcony po… zakończeniu kariery. Nie ma strachu. Wtedy zrobi numer na Reeszarda.

J. White – biały krzyż. Na drogę.

J. Kidd -  w starym piecu diabeł pali. Ależ inklinacja do gry w ataku, ależ śmiałość w rzucie, ależ przejęcie na siebie odpowiedzialności za zespół, za kolegów, za wynik. Tak patriotycznie. Ostatni raz więcej punktów zdobył w sezonie 2009/2010 w meczu z LAC. Na bezrybiu i Kidd ryba. Zaprzeczył, że wiek ma jakiekolwiek znaczenie. Tom Cruise byłby z niego dumny.

J.R. Smith myślę, że można już o tym śmiało mówić, choć lepiej się przeżegnać. Teraz to do mnie dotarło. JR Smith zapisał duszę szatanowi. Spisali kontrakt w szatni na, którym JR postawił nomen omen krzyżyk. Nie jest bowiem możliwe bez siły diabelskiej trafić tych dwóch ostatnich rzutów, które Smith pstryknął tak sobie luźniutko spod brudnego palca. MJ by tego nie dokonał. K. Bryant mógłby pomarzyć. Durant może jeden. Co więcej, myślę, że Melo nie dałby rady. A ten tak na spokoju? Trudno oceniać grę na diabelskim dopingu. Nawet M. Gortat z katolickiego kraju tym blokiem, w którym normalnie urywa głowy nie przegonił księcia ciemności. Co można powiedzieć więcej? 27 pkt w 27 rzutach. Diabeł omiótł halę ogonem. Dobranoc.

P. Prigioni L. Scola musiał mu przywieźć jakieś argentyńskie frykasy, bo niewidzącym okiem widać było jasno, że spotkanie z kamratem ze stolicy Dobrego Powietrza wywołało tęsknotę, wspominki i nostalgię za domem, za krajem, za ojczyzną. Rozkojarzenie na poziomie 4 strat jeszcze mu się w NBA nie zdarzyło.

S. Novak – kolejny występ, w którym jego gra została zniwelowana do poziomu pokrojonego mikroba.

M. Camby – 9 zbiórek w 12 min. I co Ty na to zNYKajacy? Odebrało mi mowę. Ludzką. Następny raz przemówię. Na Wigilię.

C. Copeland – robią wszystko, żeby go nie uwolnić. Cris próbuje otworzyć się sam. Zarząd NYK chce być gotowy na to, że jak tego nie da się już zatrzymać i zamieść pod dywan to będą do tego logistycznie przygotowani (kontrakty, media, wyłączność na sprzedaż praw). Na razie negocjują umowę na reklamę preparatu na porost kociej sierści, operację ust botoksem i kontrakt z M. Fajbusiewiczem. Gliniak może być spokojny. Tak o niego dbają.

Przypominam o koszulkach.

 

KOSZULKI RĘCZNIE

MALOWANE

07:58, znykajacy
Link Komentarze (13) »
środa, 26 grudnia 2012

Szybkościowo. Bo brzuch wlewa się na klawiaturę i od jedzenia szybkość neuronów pozostawia wiele do życzenia.

LAL wygrali, bo chcieli bardziej. Pojawił się w ich oczach taki dziki drive. Napięcie. Jakby ten mecz miał być meczem ostatnim. Nawet D. Howard jakby mniej wietrzy zęby. Jest S. Nash ze zmartwychwstałą nogą, jest umierający Don Kichot, który power dunkiem wygrał mecz, potworny K. Bryant ładnie tam na koniec przytrzymał Melo za rączkę (że niby się witali jako członkowie Dream Team) i MWP, którego uwielbiam za hustle play. LAL na wznoszeniu? Obiektywnie coś tam drgnęło, ale sceptycznie się temu przyglądam.

Żeby już lamentów nie było. To wszystko oczywiście przez sędziów. Tych małych wstrętnych oszustów, którzy nie mogą pozwolić, żeby NYK zdobyli mistrzostwo.

NYK wizualnie piękni - holendersko pomarańczowi.

K. Thomas – perfekcyjny w swojej starczej dojrzałości. Upieram się, że postawienie za M. Camby’ego było pierwszym gwoździem do trumny tego meczu.

C. Anthony – zrobił maszynę totalnego zniszczenia nie w 4Q jak w meczu z MIN a w 3Q. Chyba nie mógł wytrzymać. W ostatniej kwarcie prowadził jakąś psychologiczną walkę o piłkę z JR Kowalem. Każdoczesne zetknięci z MWP groziło zakłóceniem delikatnego pokoju światowego. Na szczęście sędziowie wyprowadzili Metala do strefy zdemilitaryzowanej tam rozbroili i zdetonowali. Oddychamy spokojniej. My, ziemscy przywódcy i delegatura ufoków.

T. Chandler całe zło zaczęło się wtedy, kiedy sędziowie za karę za złe sprawowanie odesłali go przedwcześnie do odśnieżania parkingu przez Halą Spinacza. D. Howard i P. Gasol jeździli bez niego po paincie jak krowy po lodowisku.

R. Felton – chyba za dużo zjadł na Wigilię. Palce miał śliskie od galarety po karpiu i przy rzucie piłka robiła mu niemiłe niespodzianki. Do tego wywichnął mały palec w ręki od wygrzebywania maku z ucha. Jean Reno jest przerażony. Ray zaczyna zanurzenie… Może zejść naprawdę głęboko…

J. Kidd – biały piernik miał w sobie trochę bakali, ale per saldo był twardy i praktycznie niejadalny. Dla koneserów wyrobów cukierniczopodobnych.

R. Brewer – fieldsyzacja jego gry zaczyna już przewyższać poziom pierwowzoru. Iman Schumert nawet na jednej nodze nie może być przecież gorszy.

J.R. Smith – jego występ będzie tematem maturalnym z historii w 2013. Czy JR Smith jest bohaterem czy zdrajcą – rozprawka na podstawie Christmas game NYK - Lakers. Statystycznie fenomenalny, realnie w pluso-minusach -18. Trafia za trzy by za chwilę mieć odpałkę w sowim stylu… Tyle pytań, tyle wątpliwości. Ależ będzie się można popisać. Do tego nawiązać do koloru strojów i zrobić analogię do van Robbena... Maturzyści już więcej nie będę podpowiadał....

S. Novak – KO łokciem przez tego, który rzekomo niesie pokój. Złożył się jak scyzoryk, napuchł jak kolano Jeffriesa i spoczął na ręczniczku jak plażowicz w Sopocie.

M. Camby – powrócił jak niechciany podchoinkowy prezent. Obdarowani teraz nerwowo patrzą, czy wręczający ma przypadkiem paragon, żeby go oddać z powrotem tam gdzie został zakupiony. W kluczowym momencie dał sobie wyszabrować piłkę i tym pogrążył szanse na bajkę w Holywood.

P. Prigioni – zredukowany do poziomu streszczenia odcinka argentyńskiej telenoweli.

01:08, znykajacy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

MIN

Nie wierzę w przypadki, ani sploty pozornie nic nie znaczących zdarzeń bo ten na ogół układają się w ciąg przyczynowo skutkowy na końcu sprowadzający się do ostatecznego stwierdzenia – Uznaję X winnym za…

Dlatego nie przekonuje mnie tłumaczenie D. Kahna, że skład personalny MIN jest zwykłą koincydencją czasu i losu. Cóż. Liczby inaczej. To z góry zaplanowana akcja skierowana na stworzenie eksperymentu na obraz i podobieństwo prac Arthura de Gobineau. Próba ukonstytuowania przyczółku drużyny popieranej przez partie prawicowe i młodzież wszechpolską. To powrót do koncepcji, która została historycznie odrzucona i osądzona przez trybunał miejsca urodzenia Albrechta Dürera. A kiedy słyszy się jeszcze, że istnieją plany przehandlowania D. Williamsa (powoli do jego nazwiska zaczyna doklejać się słowo „draft bust”) za J.J. Redicka zaczynam się zastanawiać nad kampanią społeczną i ustawieniem kordonu sanitarnego wokół osoby D. Cunninghana.  WWF powinien już chyba interweniować. Najwyższy czas. Myślę, że jeżeli do tej grupy dołączy jeszcze jeden zawodnik, który w kwestionariuszu ankiety zaznaczy krzyżykiem caucasian white podniesie się krzyk, który doprowadzi do przewrotu i upadku dyktatora Kahna. Zobaczycie, że finał będzie taki, że wprowadzą w NBA quotas.

Nie mniej jednak MIN, oprócz tego rasowego wynaturzenia, z którym się ideologicznie nie zgadzam, są fascynującą drużyną.

Wolves to przede wszystkim dwie białe nogi. Jedne wątłe, a drugie całkiem masywne. Pierwsza para należy do R. Rubio – tego hiszpańskiego Mozarta koszykówki (mimo, że wczoraj ktoś podprowadził mu nuty), który zmężniał, złapał parę kilo i choć być może zatracił swoją chłopięcość to nadal oczy ma ciągle jak A. Banderas w przebraniu „Kota w butach”. Druga to łydki K. Love, który jest, jako synonimem nowoczesnego białego drwala o delikatnej ręce A. Sabonisa i instynkcie i twardości deski D. Rodmana. Do tego nogi dodatkowe, żeby wilk stał mocno na łapach. Zawsze groźny Kałasznikow Kirilienko, który aż prosi się o angaż do filmu „Chłopi”, który moim zdaniem jednym z najbardziej niedocenianych transferów tego sezonu, surowy niczym ociosany pień brzozy Stiemsma (wczoraj dwa bloki najwyższej złotniczej próby), J.J. Barea o sercu smoka i szybkości tchórzofretki i L. Rindour, który pewnie w tym roku też będzie przymierzany, jako cel transferowy NYK.

Do tego siatka scoutów i donosicieli sprawia, że nikt, kto odbija piłkę na garażowym podjeździe nie może być pewny, że nie otrzyma z MIN kontraktu do podpisania. Skąd oni wymyślili tego N. Pekovica (na Wschodzie ten Czarnogórzec fascynujący się RPG byłby najlepszym centrem ligi i murowanym S5 ASW – wczoraj zrobił 2/3 występu K. Love z meczu z 13 listopada 2010 r.), czy A. Shveda który wygląda jakby urodził się w stogu i na razie obok D. Lillarda wydaje się być głównym kandydatem do nagrody RoY? Dlatego Ty mieszkańcu Wałcza, i Ty dumny krajanie z Plechowa nie możesz być pewny, czy Twoich lay upów ktoś nie podgląda. Jeżeli nie dostaniesz szansy w NBA to tylko dlatego, że wtedy nie przyłożyłeś się do trójki albo zrobiłeś kroki przy dwutakcie, kiedy wydawało Ci się, że nikt nie patrzy. Mylisz się. Wielki Biały Brat obserwuje. Oni są gorsi niż rok 1984 r. Orwella.

Aż zazdroszczę redaktorowi Ł. Ceglińskiemu tej fali pozytywnych uniesień. Temu zespołowi da się kibicować na tak.

Mecz był zdecydowanie jednym z bardziej widowiskowych spotkań NYK w tym sezonie. MIN prowadził prawie przez cały mecz, żeby na koniec zwycięstwo wyślizgnęło im się z rąk jak kostka mydła. Jeden człowiek może robić różnicę. Sędziowie byli trochę nie z tej bajki i nie mówili ludzkim głosem, ale per saldo liczba wzajemnych pretensji była symetryczna. Nie sądźmy zbyt pochopnie.

C. Anthony – był jak spóźniony św. Mikołaj, sanki z prezentami i stadko reniferów razem. Kiedy dzieci miały już iść spać, ze łzami w oczach, bo Święty nie dojechał, ten król suspensu zrobił prezentową rajzę i ucieszył licznie zgromadzone pysie w MSG. 19 pkt w 4Q. To mówi bardzo dużo o nim i o drużynie. Renifery patrzą z boku, czy Mikołaj pociągnie sam sanie. „Mamy w nosie, w wigilię Wigilii  nie robimy. Bez obroku nie jedziemy”. Jego pojedynek z podtekstem historycznym z AK-47, gdzie wyjaśniali sobie nieprozumienia nabrzmiałe latami w czasach konfrontacji na środkowym zachodzie był epicki. Co tu gadać więcej? MVP.

R. Brewer – jesteśmy świadkami. Wczoraj nawet nie podjął próby wyjścia z nicości. Koszykówka minimalistyczna w formie treści i wyrazie. Następna faza to bezruch.  

T. Chandler – N. Peković zapeklował go jak półtuszę w marynacie ala montenegro. To zderzenie kultur pokazało, jakim Chandler jest jednak ofensywnym wałachem.

R. Felton – król gry zespołowej, biały John Stockton - 2 ast. Oddając sprawiedliwość miał dwa ważne doręczenia prezentów w 4Q. Elf pomocnik. Wersja heavy weight. Pojedynek z Adamkiem jest kwestią czasu.

J. Kidd – dał radę. Zrobił pół Feltona - 1 ast. W ostatnich 7 z 8 kwart pozostał na zero z przodu.

J.R. Smith –był jak Rudolf Czerwononosy. Bez niego Mikołaj by w tej białej zamieci pogubił drogę i przyszedłby już jak ta musztarda po Wigilii. Miał ukraść Święta tymczasem je uratował. W ostatniej kwarcie jednak to on był przywódcą strajku racicowatych.

K. Thomas – wstyd Ci to wytykać Czeniu, ale Tatusiek radził sobie z Peką lepiej niż Ty…

S. Novak –grypa ociosała to białe polano do poziomu zapałki. Człowiek na osuwisku.

P. Prigioni – Pierożek czeka już tylko na to, żeby polać go barszczem.

---------------------

Wiernym i cierpliwym Czytelnikom, jak co roku życzę, żeby radość z obecności Nowonarodzonego promieniowała na cały rok.

Wędrowcze zatrzymaj się na chwilę codzienność i daj się wypełnić cudem boskich narodzin.

Nie przechodź obojętnie wobec drugiego człowieka. Nawet tego najmniejszego.

Najlepszego dla Was i Waszych najbliższych.

09:09, znykajacy
Link Komentarze (14) »
niedziela, 23 grudnia 2012

Nasz serdeczny Przyjaciel Redakcji hatamoto77 w związku z wyjazdem Londyńskim przygotował specjalną koszulkę, którą ma pomóc w identyfikacji impresjowiczów wśród morza języków, nacji i kolorów. T-shirt mimo, że będzie drukowany to będzie dodatkowo sygnowany indywidualnym numerem, co sprawi, że będzie on zupełnie wyjątkowy.


 

Wszelkie instrukcje pod podanym niżej linkiem...

KOSZULKI RĘCZNIE

MALOWANE

Zachęcam do odwiedzenia strony i prac hatamoto77 i zamówienia dla siebie albo osoby bliskiej czegoś naprawdę niepowtarzalnego. Nowojorskie impresje to tylko czubek góry lodowej. Zobaczcie te samochody, samoloty… Prawdziwe dzieła sztuki.

Wojtek wielkie dzięki! Czekamy na więcej.

09:55, znykajacy
Link Komentarze (12) »
sobota, 22 grudnia 2012

Ten mecz bardziej przypominał wybijankę w warcabach niż koszykarskie zmagania. Sędziowie nie do końca zapanowali chyba nad sytuacją na boisku i na koniec NYK kończyli bez Trenera Woo, Melo, JR Smitha i T. Chandlera. A już szli po R. Feltona i zbierali kwity od szeryfa z East Hampton na J. Kidda… Trener T dostał technika za to, że krzyczał, żeby jeszcze usunąć Herba Williamsa.

CHI pokazali, że jest jeszcze jeden sposób na pokonanie NYK poza patentem HOU – czyli uzmysłowieniem NYK, że o transition defence pojęcie mają mętne. Nie trzeba do tego szaleńczo biegać. Wystarczy ciężka fizyczna gra na kontakcie, na palcach w oko, łokciach w szyje i pilnowaniu obwodu. Gra na frustrację.Jeżeli sędziowie pozwolą na zapasy w kisielu to właściwie flaga na maszt Irak jest nasz.

CHI, co jest na swój sposób ironiczne – zastosowali taktykę, którą co sprytniejsze zespoły uskuteczniały w przeszłości w stosunku do M. Jordana. Jeden człowiek nie może wygrać spotkania. Dlatego zostawmy lidera – niech sobie pląsa i meandruje po parkiecie, ale odetnijmy wszystkich pomocników. I to się właściwie CHI udało. W pierwszych trzech kwartach R. Felton nie istniał, Chandler nie oddał rzutu, Kidd był na zero a Novak nie zarejestrował, że mecz się odbył. Dziękuję. Potem to się wszystko trochę wypaczyło w 4Q kiedy proces eliminacji ewolucyjnej poszedł za daleko, ale duch pozostał.

Trenerze T. – szacunek. Z tą bandą cudaków za pińć złotych robić coś takiego? Naprawdę. To jest tytuł Trenera Roku.

Maciek Kwiatkowski trochę ukradł show pisząc ostatnio na 6G o J. Noahu. Trudno to przebić. Ale ten dzieciak z kokiem na głowie naprawdę urasta do jednej z największych osobowości tej ligi. Kiedy wyzwał Palladyna na ubitą ziemię i zaproponował pojedynek na kalmbury… spadłem z krzesła. Szaleństwo rastafarianina. On kiedyś napyta sobie biedy tym temperamentem spod kokosowej palmy. Ktoś go kiedyś bardzo skrzywdzi…  

Jedno jest pewne. Te dwie grupy zawodników nie mogą w tym samym czasie nawiedzić Stajenki. Chyba, że odgrodzeni palestyńskim murem.

C. Anthony- powinien się zatrudnić w jakimś Radiu ESKA, albo innym RMF-ie z tym swoim power playem. Bo on by chciał, żeby mu przeciwnicy nie przeszkadzali gwiazdorzyć. I ma pretensje, że go drapią szczypią i wkładają palec tam gdzie on nie chce. Z tego robi się jakaś pretensja, wachlowanie rękami, polemika słowna z częścią oficjeli spotkania. Melo więcej pokory. Bądź cichą łzą. Błogosławieni cisi.

R. Brewer – dzięki niemu dowiedziałem się, o pewnej zasadzie w grze w koszykówkę, o której nie miałem pojęcia. Kiedy zawodnik zostaje usunięty z boiska a miał wykonywać wolne, zastępcę do ich wykonania wyznacza… trener drużyny przeciwnej. Trener T. wskazał Browarnika i nie pomylił się… Ronnek spudłował obie jedynki. Zagrał o 22 sek. za długo i Ci z Sevre są w kropce…

T. Chandler – zapakowany do pudełka, opleciony kokardą i wysłany do punktu, w którym oczekuje na świąteczną wysyłkę do LA. Nie widziałem dawno, żeby ktoś go tak podprowadził.

R. Felton – radosny nam dzień dziś nastał. Po meczu z BKN Feltuś zrobił to czego bali się wszyscy a oczekiwali tylko Ci najbardziej złośliwi. Omsknął nam się poniżej granicy 40 z gry.. Pytanie jak daleko zanurkuje. To może być Wielki Błękit… Oby.

J. Kidd w pierwszych trzech kwartach eskortowany jak celebryta w drodze do magla. W czwartej urwał się ochronce, ale pościel była już wtedy wyprasowana. W kancik.

J.R. Smith – Misja jak sosna rozdarta. Taka w pół drogi niedokończona. Jak hejnał z wieży mariackiej. Przebity w serce. Zdradliwym strzałem zza zielonego stolika. Ukradzione marzenia. Małego chłopca. Odarty przez brutalny świat dorosłości. Zszedł ze łzami.

S. Novak – zastosowano w stosunku do niego wariant obrony na nowojorskie metro w godzinach szczytu. Nie mógł podnieść ręki, żeby nie zawadzić twarzą o jakiegoś pasażera. Po raz kolejny potwierdza, że w Rozmowach w Tłoku jest białym niemową. 30 minut nie tyle bez słowa, co wręcz bez kwiknięcia.

P. Prigioni – Pierożek był już myślami na Wigilii.

K. Thomas – brak komunikatów nadanych oczami. Szkoda. Przez to nie bardzo było wiadomo, o co chodzi w jego grze. Mógłby się trochę otworzyć na to pytanie – dlaczego jeszcze nas sobą męczy…

C. Copeland - w pluso minusach był +17 co jest najlepszym wynikiem po J. Noahu, który przypominam grał po drugiej stronie ogródka. Gliniak miał wczoraj chwile niezrozumiałego zawahania przy rzucie. Tak jakby nawiedzały go jakieś wyrzuty sumienia. Wątpliwości. Czy jest sens? Moment filozoficznego zawieszenia? Intelektualnego stuporu? Nie. Przepraszam. Właśnie spojrzałem na jego fizjonomię.

J. White – kolejny nierozbity stół… bilardowy nie wigilijny...

Tagi: chi
12:16, znykajacy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 grudnia 2012

Świeżak będzie znowu krzyczał. Ale z tego meczu nie da się wyciągnąć nawet igły ze stogu siana. Konfrontacja nie była ani rozważna ani tym bardziej romantyczny. Krztusiła się wzajemną czkawką. Raz jedni mieli mikro runy raz drudzy. Takie podskoki. Aż W 3Q NYK byli tam gdzie byli a BKN nie stali tam gdzie stać powinni. Generalnie Nets są w jakiejś chwili sezonowej słabości (2-8). To jest poziom DET i WAS.

To co warte zapamiętania to ironiczne „Brooklyn Brooklyn” z trybun. Tu jest Polska. Może druga ważna rzecz –  ludzie od dźwięku wstrzyknęli silikon Trenerowi Jeffowi do gardła bo brzmiał zupełnie gumowo i jak nie on. Wolę go z tą chrypa i urywającym się rzężeniem. Proszę nie róbmy z JVG minister Kalaty.

C. Anthony – powrót śmiejącego się kata. Wrócił i o głowę skrócił.

R. Brewer – dziś równo piętnaście minut toczenia pustych wagonów. W piątek powinno być minut 10.00. Wysłannicy z Sevres już czekają ze stoperami. Podobnie jak dróżnicy z węzła kolejowego Szczakowa.

T. Chandler – człowiek pandemonium. W obronie był jak serial „Klan”. Ciągnął się długimi defensywnymi sekwencjami kamery w pomalowanej trumnie.

R. Felton – trzeci mecz z BKN w którym światło jego rumianej buzi-słońca przysłonił cień  ud D-Willa.

J. Kidd- trenuje już do Sylwestra. Strzela na wiwat.

J.R. Smith – wczoraj z całą pewnością można powiedzieć o nim jedno – był trzeźwy.

C. Copeland –ten facet nie czai się z piłką. Gdyby jeszcze koledzy chcieli uwzględnić go w swoich planach... Od tego czekania na piłkę mogą mu się zrobić odciski na pod pachami.

K. Thomas reprezentant koszykówki przemieszczana. Zdradził kolejny wielki talent. Bardzo ładnie potrafi oczami nadawać alfabetem Morse’a. Lewe oczko - kreska. Prawe oczko - kropka. Jeżeli prawidłowo odczytałem przekaz... nadał w eter... męskie przyrodzenie... w wersji trzyliterowej.

P. Prigioni – bez argentyńskiego vis a vis jego gra przypominała tanią brazylianę.

J. White –orzeł biały nielot. Po naszemu kura.

11:18, znykajacy
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje