RSS
sobota, 31 marca 2012

Welcome to Black Mecca…

Mecz przynajmniej z trzema podtekstami.

Pierwszy podstawowy – Trener Woo był przez 5 lat wodzem w gnieździe jastrzębi i nie ma co ukrywać jego związek emocjonalny z graczami ATL jest na pewno większy niż z zawodnikami NYK. Chłopcy z ATL nie jeden time-out z Trenerem Woo przegadali. Kilka tych pisklaków wychował i kilka nauczył pierwszego lotu. Kilka też… wyrzucił z gniazda. Ale przyjmijmy, że były to pomioty kukułcze. Ciekawe, czy był bardzo wewnętrznie poruszony. Coś tam musiało serduszko kołatać. Na pewno. Co by nie powiedzieć to on jest jakimś tam protoplastą sukcesu ATL. Co roku był lepszy. Najpierw kompletna zapaść 13 zw. w sezonie 2004/2005, potem schodek po schodku – 26, 30, 37, 47, 53. Szło w górę. I play offy były. I nawet druga runda.

Jak przegrać po raz pierwszy w USA to dlaczego nie w byłym domu? Pewnie Trener Woo życzyłby sobie czegoś innego… Ale życie jest ironiczne.

Jak patrzę na świecącą się głowę Trenera Woo, która wygląda jak posmarowane tłuszczem jajko to uświadamiam sobie, że Święta Wielkanocne już blisko… I nerwowo sprawdzam w lodówce, czy jest majonez…

Drugi akademicki – inżynier Iman Shumpert grał w Żółtych Kurtkach z Georgia Tech, co to ta uczelnia jest w stanie… Georgia a w mieście ATL, więc na pewno chciał się swoim kibicom pokazać. I udało mu się pięknie się przypomnieć wyrafinowanej publiczności zgromadzonej tak licznie w hali Philips Arena. No brawo.

Trzeci oczywisty – Walt Frazier wrócił do domu. Na jeden wieczór. Na szczęście.

Mecz nie był zły, ale per saldo mało dramatyczny. ATL złapali w 2Q taki lekki odskok punktowy, który przez większą część spotkania wahał się między 7 a 14 oczek. Na początku 4Q, NYK zjedli tę przewagę do zaledwie 2 pkt i kiedy wydawało się, że może będzie jakieś momentum, ATL miała dwa tąpnięcia – (runny 7-0 i 7-0) w następstwie których NYK mogli już gonić wynik w szatni na playstation. Gdyby wpadło kilka króliczków i parę wolnych to może wynik mógłby być inny. Ale nie był. Amen.

Powtarzam od lat na tym blogu, że się jastrzębiny nie tykam, bo jest dla mnie z definicji niejadalna. Ale ponieważ Redakcja oddaje zawsze cesarzowi, co cesarskie i wmawia czytelnikom, że zachowuje obiektywizm w koszykarskim opisie rzeczywistości to trzeba powiedzieć, że jak J. Johnson, J. Smith i spółka mają dzień to pokonanie ich jest wielce problematyczne. Tylko przypominam tym mniej zorientowanym ode mnie, że Al Horford jest już od kilku miesięcy na przymusowych wczasach zioło leczniczych w Lądku Zdroju (pozdrawiam serdecznie pewnego znajdującego się tam pensjonariusza – nie zabieraj dzieciom huśtawki - to jest podłe!). Gdyby i on grał to no no no... Tam jest naprawdę sporo siły wzrostu i też nie mało talentu. Proszę taki np. kat wczorajszego wieczoru Willie Green. 20 pkt w 18 min. 8 na 9 z gry.Nie jest to zespół najbardziej efektowny, ale z pewnością może być niewygodny dla każdego.

Ja to jednak żałuję, że ten Joe Johnson nie dał się skusić… Gdyby jeszcze PHX miało większe zaufanie do kolan STATa… No i ten Boozer byłby wtedy jak znalazł…

A Waszym zdaniem kto jest lepszy? Melo czy Joe Johnson?

Przez te lata nasłuchałem się różnych komentatorów spotkań NBA. Lepszych, gorszych, mniej drewnianych (Ericu Snow dlaczego myślisz, że to o Tobie?) ale takiego szowinisty jak Dominique Wilkins Bob Rathbun to nie ma chyba w całej konferansjerce. On by za tę ATL to  się dał pokroić. Nerkę oddał. Najpierw jest zawsze tak.  Krzyczy, że był blok, żeby potem dopiero półgębkiem dodaje, że może z faulem. Wczoraj zaczął drzeć się na Chandlera odnośnie ruchomych zasłon- że to był jego 12 moving screen i że to był już najwyższy czas, żeby to gwizdnąć… Niesamowity gość.

Dla tych takich w moim wieku i starszych – wiedzieliście, że na ławce ATL siedzi ten enfant terrible naszej młodości – Nick „The Quick” or "The Brick" Van Excel? Jako żywo stanął mi przed oczami redaktor Szaranowicz, któremu zawsze się wydawało, że prowadzi z Van Exelem jakąś polemikę (i tak chyba największym ulubieńcem i obiektem najbardziej soczystych oracji Pana Redaktora był Danny Manning). Czy myślicie, że on naprawdę wierzył, że oni go słyszą?  

L. Fields – Cindirella zgubiła bucik w czasie jednego ze swoich EIM. Niestety książę nie przyjechał. Szalał na balu. I miał dosyć paskudną twarz Joe Johnsona… Plus za to, że Landry wreszcie odpuścił sobie rzucanie za trzy. W sumie to on w ogóle sobie odpuścił rzucanie… Kiedy on ostatnio oddał jumpera? A celnego?

C. Anthony – prawdę mówiąc po wczorajszym spotkaniu nazwałbym go mistrzem bokserskim pierwszego kroku. Josh Smith jest na pewno jednym z lepszych obrońców w tej lidze, ale łatwość z jaką Melo go tłamsił off the dribble była szokująca. To się powinno ocenzurować, bo to było równie straszliwie przerażające jak sceniczne występy poparzonego z ulicy Wiązów. Żeby Melo tak się chciało każdego wieczoru... Naprawdę jego kombinacja siły, wzrostu i szybkości jest w tej lidze porównywalna chyba tylko z tymi dwoma misiakami z MIA. To był jeden z jego najlepszych występów w tym sezonie. Cesarz znowu przywdział wieniec laurowy i pozdrawiając tłumy pędzi Via Sacra na rydwanie zaprzężonym w dwa białe lipicanery. Ave Ceaser! Stos z ciałem cesarza Lina już się dopala…

UPDATE. Melo faktycznie w ostatnich 9 min. już się nie objawił... Cieniował. Bez celnego rzutu. Powodem tej amnezji, miał być zaskakujący atak pachwiny. Jeżeli dziś by nie zagrał mecz z CLE może być wydarzeniem sezonu...

T. Chandler – odcięty od gry. Uwikłany w jakieś utarczki słowno-fizyczne z Zazą. Skazany na niepowodzenie w tej konfrontacji. Zaza przecież nie mówi po angielsku. Zdaje się, że Tyson tego nie zauważył.

I. Shumpert – kolejny czytelny sygnał wysłany do Landryny, że powinien powoli pakować swoje minuty w S5. Znowu metodyczny, cierpliwy i do tego (co w jego przypadku nie jest takie oczywiste) skuteczny. Pięknie parskał. Jak Karusek. Wygląda ostatnio tak jakby robił przed spotkaniem sobie zimne kompresy na rozpalone czoło. To chyba pomaga.  Parę szczebli na drabinie żółtodziobów powinien w tym tygodniu pokonać… Do góry.

B. Davis – moim zdaniem stan przedzawałowy. Jeżeli ktoś nie będzie kontrolował jego czasu gry może dojść do tragedii. Naprawdę się boję. Rzutowo wczoraj niedysponowany. Niecelny… Ale wszystko, co zostało z Barona z GSW… to ten silky smooth touch…

J.R. Smith Pani Smith miała wczoraj trudny dzień. Męczący dzień w pracy? Dzieci? Rozdrażniona. Nieuważna. Z niedopracowanym makijażem popełnionym przepołowionym burakiem. Idę o duże pieniądze, że JR przebiera się w domu w damskie fatałaszki…

M. Bibby – gra jako serco-płuco Davisa. Ma pewny etat na OIOM-ie po zakończeniu kariery.

J. Harrellson – powiedzmy sobie otwarcie Josh gra tylko dla tego, że następną alternatywą dla odpoczywającego Chandlera jest Jerome Jordan. Ja prawdę mówiąc wolałbym już grać w czwórkę. To naprawdę miły chłopak ten Josh. Na pewno wielu z nas odczuwa do niego sympatię. Kto wie może się nawet identyfikuje. To taki everyman. Biały chłopak jak my. Z sąsiedztwa. Pokazuje, że w NBA jest też miejsce dla tych którzy umieją zdecydowanie mniej niż nakazuje koszykarski rozsądek (w tym miejscu pozdrawiamy Andy Rautinsa). A jednak nie gra w PLK.

S. Novak –W obronie to się obawiam, że nasz rodak miałby problem z powstrzymaniem Dicka Bavetty… Nawet gdyby Dick ciągnął za sobą oponę od traktora…

08:54, znykajacy
Link Komentarze (8) »
czwartek, 29 marca 2012

Co by nie powiedzieć dla NYK zaczyna się chwila prawdy. Mecz z ORL i najbliższe 7 spotkań to będzie przepustka do PO. Jeżeli NYK wykręcą 4-4 to możemy być raczej spokojni, że przygoda z milusińskim w tym sezonie przeciągnie się do początku maja. Terminarz nie jest łatwy.

Po wczoraj jest 1-0.

Ja wchodzę powoli w wiek starczy i mało, a wręcz niewiele pamiętam, ale czy w ostatnich trzech sezonach DH zagrał jakiś monstrualny mecz przeciwko NYK? Nie przypominam sobie. Prawdę mówiąc gdybym miał sobie wyrobić zdanie o grze Dwight’a  na podstawie tych spotkań to bym uznał, że Howard to taki Roy Hibbert, Samuel Dalambert czy bardziej ułomny Marcyś G. Duże silne mięso, ale statystycznie nieporadne. I za każdym razem jak go widzę w ramach konfrontacji z NYK to zadaje sobie pytanie – ale co takiego w nim jest, że świat wstrzymuje oddech?

Trudno mi też zrozumieć, jak ten zespół może być zgodnie ze statystykami trzecią siłą Wschodu. Drugi unit ORL to jest naprawdę zbieranina antykoszykarskiego beztalencia (są tam jednak prawdziwe rodzynki jak Duhon czy Richardson – ten komentarz oczywiście nie byłdo nich). Kiedy oni wchodzą na boisko to SVG ma chyba tylko jedno marzenie – żeby przeciwnicy nie uciekli z wynikiem tak bardzo. No wczoraj się nie udało.

Wszystkim fanom ORL naprawdę współczuję, zwłaszcza, że mecz na obraz i podobieństwo wczorajszego zdaje się już się kilka razy w tym sezonie trafił.

Naprawdę nie potrafię zgadnąć co powodowało Howardem, że zdecydował się jeszcze przez rok dryfować na tej krypie. On go karmią tym Amway’em? To jest chyba jakaś forma wielkopostnego umartwienia. Nie rozumiem. Nie znam się. Zarobiony jestem. Ale jeżeli ktoś wyjaśni mi fenomen tej drużyny to będę mu wielce wdzięczny.

NYK zmasakrowali w 2 i 3Q i prawdę mówiąc nie, było co zbierać. Dwa runy 19-4 i 21-0. Co tu w ogóle gadać? Powinien przyjść pan porządkowy z mopem i zapakować resztki ORL do wiadra.

Dobry ruch piłką, dobra skuteczność, podkręcony Melo. Drużynowa koszykówka. NYK wygrali bo małe gry złożyły się na większą całość – Davis, JR Smith i Novak a słabe gry tego większego obrazka nie pomniejszyły (Bibby, Fields, Harrellson).  Wystarczyło, żeby w pewnym momencie było 39 pkt. przewagi. W 4Q taki małe nerwy, ale dystans był za duży...

C. Anthony – przewalczył ból okolic intymnych. Trochę mnie to zdziwiło, bo on dla mnie jest taki miękiszek i raczej szuka okazji żeby powiedzieć ukruszył mi się paznokietek, boli, nie gram. Ale może jestem jak zawsze niesprawiedliwy. Może Melo ma lwie serce Tyriona Lannistera i grałby nawet z utrąconą głową. Zły przykład, bo to akurat mu się zdarza. Tylko 26 min i jakieś 65 welodromów przejechanych na rowerze. Skuteczny. A że to była w większości izolacyjka? Co z tego skoro trafiał? Nikt go z tego już rozliczał nie będzie. Chyba znowu czuje się kochany. Jest tu gdzie być chciał zawsze.

L. Fields – aż trzy celne rzuty? A kiedy to się stało? Jest tak bezbarwny jak laktacyt...

T. Chandler – Położył się cieniem na Supermanie. Był jak Krypto tylko większy.

B. Davis – odspawany od aparatury podtrzymującej życie dał sobie dożylny zastrzyk kolejnych 25 min. prosto w plecy. Nie wiem czy to go nie dobije. Jego walka z Melo o rowerek epicka. Motyw, kiedy broni zawodnika zawiązując buty – iście nowatorski.

I. Shumpert – król wieczoru. Wyważony jak koło u wulkanizatora. Duży spokój, pewność siebie. Landry Fields powinien zacząć wylegiwać się na swojej kanapie szukając natchnienia. On ma coś z sylwetki MJ23 po tym jak Mike został pałkarzem. A może to słaba rozdzielczość transmisji? W pluso minusach +36. Tego wyniku już w karierze nie poprawi.

M. Bibby – statysta roku. Minimalizm formy czy minimalizm treści? A może jedno i drugie? Nie mogę się zdecydować. Zassał się do środka jak... biały karzeł. To to teraz powinna nastąpić erupcja... Aż się boję...

J.R. Smith – gra lepsza niż wygląd. To już komplement. Więcej nie chce mi przejść przez gardło.

S. Novak – syn naszej ziemi był wczoraj jak wyrzutnia katiuszy. Czysta przyjemność niszczenia zza pagórka. Czy jego nie da się naprawdę pokryć?

J. Harrellson – w ataku klapa od śmietnika, w obronie kila zbiórek. Przekonuje się, że duzi chłopcy nie chodzą w szortach.

T. Douglas – wszyscy liczyli, że Toney zrobi wejście smoka. Dokona samooczyszczenia. Na razie było to wejście bilardowego ludka.

J. Jordan – w krainie drzewców, z której przybywa panuje jakaś inna grawitacja ziemska.  To nie jego wina. Jest po prostu szybki inaczej.

09:50, znykajacy
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 marca 2012

Nie ukrywam, że zasłaniając wczoraj oczy powiekami czułem delikatne mrowienie ekscytacji pełznące po plecach. Ostatnie wiadomości przed zaśnięciem były takie, że STAT i Lin raczej nie zagrają... Co stwarzało w głowie jakieś niesamowite fantasmagorie, co do składu pierwszej piątki, czasu gry, rotacji etc.

Myślałem - no to dla Melo jest to jak wyśniony scenariusz z bajki, jak jeleń wchodzący na strzał, jak wyjście na sam na sam... Ależ szansa na przełamanie... Nie ma już żadnych usprawiedliwień. Żadnego oglądania się na innych. Wszystko w rękach głowie i sportowej złości Pucka. Szansa na odzyskanie strąconej korony. A może jeszcze jakaś pyskóweczka z C. Delfino, jakieś przytrzymanie łokietka, spojrzenie głęboko w oczy, jakaś prowokacyjka o Lali... No ludzie! Jaki szedłem spać rozpalony.

Tyle było młodzieńczych uniesień. Proza życia była dobijająca.

Mecz był jak rzeczywistość w opowiadaniach M. Hłaski. Szary, bury i naturalistycznie brzydki. To co zrobiła pierwsza piątka MIL to był kryminał. Nie wiem, czy w tym S5 Kozłów miała gorszy wynik z gry w tym sezonie. Może to jest nawet wynik historyczny Kozłogłowych. Pierwszopiątkowcy zaliczyli 12-53 z gry... To jest całe 23%... Liczbą niefrasobliwych nietrafień, cegieł i niedolotów, kaprawych podań, wymuszony rzutów, akcji bez rzutu można by obdzielić kilka meczy PLK. To było po postu potworne. A wydawało się, że przy stanie 47-40 dla MIL do przechylenia szali wystarczyłoby dosłownie kilka koszy...

Świetne wrażenie zrobił tylko M. Dunleavy – który niespocony postraszył NYK zdobywając 24 pkt w 1H (9-10 z gry). Potem NYK go dopadli. Szkoda, że ten młodszy brat Bena Afflecka przegrał karierę ze słabością swojego ciała. Niestety nie on pierwszy i nie on ostatni. Prawda Gregu Odenie?  

Żeby nie było. NYK nie byli wiele lepsi. Ofensywa nie miała żadnej myśli przewodniej. Na końcu łańcuszka podań był zawsze Puculek. Procent z gry wyniósł kompromitujące 35%... Straty, ofensywne faule, rzuty przez ręce, nieprzygotowane, na aferę... NYK wygrali bo w 3Q wyszarpali zwycięstwo wolnymi (w tym sensie mecz był podobny do spotkania z DET). Sztuką jest zwyciężać też brzydko. Walka o PO trwa jeszcze.

Uwielbiam tę pierwszą piątkę, którą pieszczotliwie nazywam „white trash” – Novak, Harrellson, Fields i Bibby plus ktoś ciemniejszy (wczoraj Smith). Grupa za 5m USD.  Ja się ciągle antropologicznie zastanawiam ile pierwiastka jin i jang jest w Fieldsie? Aha już wiem. Tata jest Afroamerykaninem a mama jest Caucasian white. No to pół na pół.

C. Anthony – do trzydziestu punktów zabrakło jednego kosza. Najlepszy ofensywny występ w kategoria liczbowych od dwóch miesięcy. No tośmy się doczekali. Widać było pewne zmotywowanie na bezkształtnej twarzy. Jakaś nawet sportowa złość i wypisane na czole – „Melo musisz”. Wziął na siebie brzemię ofensywnej walki za PO nasze i Wasze. Gra prosta jak konstrukcja cepa. Bez finezji.  Izolacja. Izolacja. Wejście. Niecelna trójka. Taka jest jego gra. Taka jest jego historia. Chyba po raz pierwszy od dawna nie czuł się ograniczony przez nikogo i nic... Jest jednak ciekawsza wiadomość. Melo podkręcił wczoraj pachwinę. To może oznaczać kolejne... mecze przymusowej absencji. STAT jest out „indefinitely”. Bulging disc. To brzmi jak wyrok.. Lin raczej wróci na środę, choć jeżeli w kolanie nadal będzie czuł drapanie to raczej usiądzie. UPDATE. Kontuzja Lina może być poważniejsza i przeczytałem notkę... że nie można go zabraknąć na kilka gier. No patrzymy. Z wypiekami na twarzy. Piątka Davis, Schumpert, Fields, Harrellson i Chandler. Na zmienniku Bibby, JR Smith (hmmm może wskoczy nawet do S5), Novak? Tej drużynie nawet ja będę kibicował.   

L. Fields – kleił deskę. W ataku nie zawiódł. Trafił jeden rzut.

T. Chandler – zjadł kilka kozłów na surowo a kilka jeszcze pochłonął z rusztu. Obelix wśród Rzymian. MIL nie mieli na niego fizycznej odpowiedzi. Motyw wybijania piłki pięścią na obwód – rewolucyjny.

B. Davis – i słowo stało się ciałem. Baron w S5. W okolicznościach nam wiadomych, ale fakty są jakie są. Człowiek czołg zagrał aż 34 min. Teraz jest tylko jedno pytanie czy do środy uda się go odłączyć od respiratora. W ataku padaczka. Do tego 9 TO. Godnie zastąpił Lina. Tak z chińskim przytupem.

I. Shumpert można dyskutować, ale dla mnie to on wygrał ten mecz trafiając w drugiej części 4Q dwie trójki, które odjęły koźlakom rogi. Bez nich sarna nie miały siły pobóść. Organiczna praca w obronie. Czy on w tym sezonie miał jakiś mecz bez ofensa?

M. Bibby – raz dwa trzy Baba Jaga pa-trzy. Był jak opona w F1. Robił za twardą mieszankę, kiedy miękka odpoczywała w boksie.

J.R. Smith – potęga Dark Sidu’e przeżarła tę część jego jaźni, którą bałbym się nazwać jeszcze mózgiem. . W ataku totalna entropia. W obronie jeszcze większa, ale chylę czoła przed poświęceniem i brakiem szacunku dla własnych kości. Jak w przypadku Krewetki – ważny rzut za trzy w 4Q.  Mieć 0-7 za trzy i nadal odpalać? Naprawdę rzeba mieć w głowie coś o konstystencji krochmalu...

J. Harrellson – Woody nie błysnął. Rola podobna do M. Bibby’ego. Grał, dlatego, żeby inni mogli szansę połknąć trochę koloidów...

S. Novak – raz za trzy raz za dwa, taka sobie polska gra.

10:31, znykajacy
Link Komentarze (13) »
niedziela, 25 marca 2012

Zastanawiałem się czy zrobić pełną Motoopowieść, ale prawdę mówiąc byłaby to zbyt gorzka pigułka do przełknięcia. DET sprawia, że mam depresję. Nie dam rady. Sorry Dlugi.

Od ostatniego razu kiedy miałem tę wątpliwą przyjemność, żeby zetknąć się z rzeczywistością Motoświata (czyli od meczu z NYK), coś tam co prawda drgnęło… (bilans prawie remisowy) ale w bezmiarze beznadziei uderza pewna stagnacja. Transferowy deadline spadł niczym kartka z kalendarza. Nikt się nie połaszczył na kogokolwiek z DET w czasie lutowej karuzeli nazwisk (jestem w szoku) i tym samym wózek pchany bezładem kontaktowej inercji będzie toczył się nadal. Tak pewnie będzie jeszcze ze dwa lata.

DET są jak TOR tylko gorsi. To naprawdę nie tylko w statystycznym ujęciu jest jedna z pięciu najgorszych ekip NBA. Tam rzeczywiści trzeba by zapalić latarkę żeby znaleźć cokolwiek optymistycznego.

Napiszę tylko o tych dwóch, co mają za kilka lat skraść księżyc.

G. Monroe – naprawdę nie wiem na czym polega Wasza fascynacja tym graczem. Jego gra w post-upie jest tak drewniana i robotyczna, że waham się czy bardziej przypomina Pinokia czy CP3. Jak dla mnie to od mięciutkiego puszkowego zajączka wielkanocnego różni się tylko brakiem długich gąbczastych uszu. Nie ma w nim, żadnej twardości tak charakterystycznej dla Pesky Pistons. Obejrzyj sobie chłopcze Billa L., Ricka M. czy Dennisa R. Boje się jednak, że to nie są filmy, które możesz oglądać bez asysty rodziców. Ten nadmiar przemocy nie jest dla Twoich wielkich wystraszonych oczu. To by mogło raz na zawsze załamać Twoją psychikę. Nie jesteś na to gotowy. I pewnie nigdy nie będziesz. Napij się mleczka.

B. Knight – pozostając w konwencji wielkanocnej jeżeli Greg jest zajączkiem to Knight jest żółciutkim, kurczaczkiem. Jeżeli ten maluszek nie wzmocni się fizycznie to jest skazany na szorowanie twarzą parkietu jako ostatniego stadium swojego dwutaktu. Nie powiem w dwóch trzech akacjach błysnął. Pokiwałem z uznaniem głową. Nawet pokusiłem się o takie no-no-no.  Ale on jest taki rozedrgany pomiędzy chciałabym i boję się. Krótko mówiąc za bardzo się czai. Mam wrażenie, że jest za grzeczny, zę „przepraszam za to że żyję”. I taki z niego PG jak z Jerome’a Jordana rastafarianin. Przy Irvingu to on gra w inną koszykówkę. A to podobno miał być najlepszy rozgrywający ostatniego draftu…

Tyle Moto rozbiegówki.

A mecz?

Sloppy. Very sloppy.

NYK zmiażdżyli. Oficjalnie i bez dwóch zdań (mimo 22 strat). Zwłaszcza na desce. Mieli 18 zbiórek ofensywnych, przy tylko 8 DET. Królicze ucho Monroe i wielki zadek Maxiell byli miękcy jak bela bawełny. Nawet taki niewyrośnięty J.R. Smith miał 7 zbiórek.

W ataku różnica polegała na tym, że NYK mieli second chance, akcję za dwa punkty plus wolny, albo przynajmniej dwa wolne (dodajmy wykonywane na skandalicznym poziomie (64%). DET przyjęli prostsze rozwiązanie. Po prostu nie trafiali. Gdyby ktoś zaproponował mi do wyboru oglądanie gry ofensywnej Pistons albo wycięcie sobie migdałków tępym widelcem na żywca to bym się zaczął poważnie zastanawiać… Jedno i drugie jest dość porażające. Tam nie ma nawet pół ofensywnego schematu… O myśli przewodniej nie mówiąc. Lawrence Frank zawodzi.

DET nie zrobili nic, żeby wygrać. Co ja mówię? Żeby z klasą przegrać.

Gruby Joe musi odejść. Jak najszybciej. Może powinni z Zeke założyć jakieś joint venture? Na pewno odnieśliby sukces.

Było tak dobrze, że NYK poszli całą ławą.

C. Anthony – marazm trwa. Zaczęły już się oficjalne dementi. Że czuję się dobrze, że nie wiem co się dzieje, ale to przyjedzie, przejdzie, wróci etc… Powtarzam. Takiej załamki w karierze ten ludzik jeszcze nie miał. W 1H wszedł takim tanecznym 1-7. Potem w 3Q dające pewne usprawiedliwienie 4-5. W 4Q już nie był potrzebny. Po za tym nie zbierał, nie podawał. Nic nie robił. Przechadzał się. Fajnie, że ciągle jest tym ubawiony. Najważniejszy jest fun i dobra zabawa, co Melciu? No i kasa oczywiście.

A. Stoudemire – znowu jakby lepiej. No ale STATa teraz gloryfikujemy po każdym dunku. Tyle, że w obronie DET grał przeciwko dwóm maślanym bułeczkom. Na mniej więcej 4 min. do końca 3Q coś mu się podobno porobiło z plecami. Letnia kontuzja zaskrzeczała jak drzwi starej szafy. Ciekawe jak to się będzie rozwijać. Jeżeli jest tak serio, jak tylko może być to STAT może być już pensjonariuszem leżaka do końca… W każdym razie Trener Woo jest poważnie zaniepokojony.

T. Chandler – lodołamacz wśród pluszaków. Jego gra była brakującym puzzelkiem w meczu z TOR. Kiedy on gra na poziomie 15/15 NYK nie mają prawa przegrać.

L. Fields – kolejny występ po którym należałoby się zastanowić czy nie uczynić go na chwilę podopiecznym A. Houstona.

J. Lin – miotał się między rzutem za trzy, wejściami, i 7 stratami. Sumarycznie obraz dosyć przeciętny. W 3Q miał jakiś postrzał w kolanie, ale niestety dementi wszystko jest ok. Linsanity? Kiedy to było?

J.R. Smith – miał momenty twórczości ciemnomocnej. Po za tym klasyczna trzepaczka. Podwójny alley oop z Shumpertem będzie jedną z 10 akcji roku NYK.

I. Shumpert – zagrał jak pół J.R. Smitha. Trudno to potraktować jako komplement.

S. Novak – w 24 z 25 ostatnich spotkań trafił przynajmniej raz za trzy. To jest jakiś powód do satysfakcji. Więcej nie można od niego oczekiwać.

B. Davis – grał więcej niż by chciał i pewnie gorzej niż by się spodziewał.

J. Harrellson – 7 zb. w 12 min. Pokazał, że potrafi zawalczyć o grę, mimo, że jest tylko zmiennikiem Ezoterycznego. Nie ma wielkich umiejętności, ale za to ma charakter. To w sporcie ma znaczenie. Prawda Melo?            

M. Bibby – 5 minut niezrozumiałej aberracji.

J. Jordan – tak blisko czystego bilarda. Niestety piłka upadła tak blisko niego, że musiał ją złapać. Szkoda.

T. Douglas – nie pamiętam kiedy Toney był tak skuteczny z gry . 100%. 1-1. Na tym celnym lay upie może odbuduje swoją zwichrowaną psychę… Oby gdzieś indziej.

22:44, znykajacy
Link Komentarze (12) »
sobota, 24 marca 2012

Powiem otwarcie. Na myśl o tym, ze będę musiał oglądać jeszcze ten blow out od środy robiło mi się słabo. Napisałem ostatnio o TOR parę cierpkich słów, porównując ich graczy do bohaterów filmów znanych tylko niewybrednym koneserom wypożyczalni video. A tu proszę jaka miła niespodzianka. DeRozan, Bargniani urośli do rangi jakiś kanadyjskich bohaterów równych karibu czy łosiowi. Niebywałe jak to się wszystko potrafi zmienić. A minęły tylko dwa dni… Ten sezon nie przestanie mnie zadziwiać. Istny kalejdoskop.

W 3Q było 43-42 TOR i wydawało się, że z Raptorów zaczyna uchodzić powietrze… A potem nagle dinusie robią kenozoiczny run 19-2… (DeMar wtłacza 9 pkt ze swoich 30) i jest ewolucyjnie pozmiatane. NYK się miotają, ale prawda jest już tylko jedna. Klęska.

Gra NYK w ofensywie jest ostatnio niezrozumiała. Zaburzona. Fałszywa w nucie. Fantomiczne podania do zawodników, których nie było tam gdzie być powinni, cegły, niezłapane króliczki… Gwiazdy opadły na dno i świecą światłem zupełnie odbitym.. Wszyscy przeżywają jakiś atak Dark Side’u. To już drugi taki mecz z rzędu. 38% z gry to jest powód do zmartwienia. Ktoś już tęskni za MDA?

Najważniejsza prawda wieczoru, to ta, że Trener Woo też potrafi przegrać. Miałem wrażenie, że w mieście euforii/tragedii nadmuchał się balon – że NYK pod tą buławą pokonać się nie da… Przyszło jakieś otrzeźwienie na te rozpalone głowy. No cóż możemy powiedzieć jeszcze, że Trener Woo jest ciągle niepokonany w USA... Jest to jakaś pociecha.

Taka matematyczna zależność. MELO +STAT < DeROZAN.

Jared Jeffries – robi różnicę?

C. Anthony – Melo wygląda po przewrocie trenerskim na zupełnie niezainteresowanego grą. Mówiąc językiem młodzieżowym ma stosunek zupełnie olewaczy. Tak jakby mu się nie chciało. Z łaski zrobi czasem jakieś iso, przepchnie się pod koszem. Na ogół nie trafi, źle poda, wydmie usta. Ma takie zrywy, w bezkresie marazmu. Jak klaczka może oddać w 2H jeden celny rzut z gry? Myślicie, że on prowadzi jakąś psychologiczną grę z samym sobą? Może ma kaca moralnego, że wyrzucił MDA? I to przeżywa… Nie śpi. Nie je.A może zmaga się z kontuzją po to, żeby na koniec w jakiejś „Kawie czy Herbacie” zalany łzami wyznać – grałem na panadolu cały sezon? O co chodzi? Po zmianie trenera – Melo jest 30-82 (37%) ze średnia poniżej 14 pkt. To jest poziom rodziny Crawfordów. Jamala i Jordana…

A. Stoudemire – coś tam drgnęło. Jakby się oderwał od smolistego parkietu, który krępuje jego atletyzm i dynamizm. To ciągle jest rola epizodyczna, ale w poszczególnych ruchach widać pewną poprawę. Niewielką, ale jednak dostrzegalną. Będzie miał choć raz 30 pkt. w tym sezonie? Wątpię.

T. Chandler – drugi mecz, w którym niedźwiedź grizzly jest na diecie. Jakby trawił go jakiś robak. Nie było ani jednego alley oopa. Brakowało jego ofensywnego zaangażowania. Było za to mnóstwo jakiś paranoidalnych podań, zagrań i zachowań rodem z PLK. Zmęczony?

L. Fields – Leo Rautins znowu wygłosił pieśń pochwalną  na jego cześć, że on jest “good defender, strong, quick, has size, terrific role player”. Im dalej gra szła w las tym bardziej starszy Rautins bardziej milkł… Prawdy nie da się zakrzyczeć. Cała gra Landrynkowego opiera się dziś na Explosive Inside Move (EIM), który na ogół kończy się piłką dla przeciwników. Przykre.

J. Lin – cinko. Kanada dała odpór. Jakoś tak mi się tak w tym meczu skojarzył statystycznie z Ch. Duhonem…

S. Novak – obok STAT jedyny, który zagrał przyzwoicie. Tyle, że nie miało to żadnego znaczenia. Gdyby tak trafiał na początku 3Q to… kto wie. W 4Q to już była rozpaczliwa walka o twarz.

J.R. Smith – Sith prawdziwy. Jeździec bez głowy. Omotany Dark Side’m. 3-11 to się powoli zaczyna robić jego znak firmowy. Landmark stat. Uważam, że należałoby wychowawczo zbenczować. Tyle… że na ławce on jest groźniejszy niż na boisku… To jest pewna patologia…

B. Davis - chyba się założę… bo moim zdaniem Davis pomalutku zbliża się do S5. Jeżeli NYK doczłapią się do PO to myślę, że ze względu na doświadczenie zostanie przesunięty na początek. To oczywiście będzie wymagało od Trenera Woo wielkiego charakteru i wytrzymania ciśnienia. Trudno żyć ze świadomością, że miliard ludzi Cię nienawidzi…         

I. Shumpert – epizodyczny, w minutach co raz mniejszy. Kurczy nam się Iman i schodzi rakiem w rookie ladderze. Ciekawe do jakiego poziomu zmniejszy się na koniec sezonu? Krewetki?

J. Harrellson – Trener Woo jakoś go nie lubi i jakoś mu nie ufa. 7 min. Celny rzut. Na więcej nie ma co liczyć.

J. Jordan – grosz do grosza a będzie kokosza. Powoli Jordan składa swoje pierwsze 100 min. w NBA. Brawo. Trzymamy kciuki.

09:15, znykajacy
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 marca 2012

WOW!

DEFENSYWA!!!

No to jest koszykówka. Prawdziwe błoto, muł i wodorosty. Piękno brzydoty. Turpizm po prostu. Nawet Melo się przykładał. Tak nisko pochylony na nogach to on nie był od czasu raczkowania. Spadłem z krzesła. Gdzie są moje niefrasobliwe misiaki?

PHI w pierwszej kwarcie naprawdę stworzyła arcydzieło pokraczności ofensywnej. 0-14 z gry na otwarcie. To się naprawdę trzeba mocno postarać. 11 pkt w ciągu pierwszych 12 min. to wyrównanie niechlubnego rekordu MIN z tego sezonu w najmniejszej liczbie punktów w jednej kwarcie. Te akcje PHI takie barokowe. Nadmierna ornamentyka podań doprowadzona do absurdu. Kombinatoryka gry PHI zalicza się do matematyki dyskretnej.

NYK nie byli o wiele lepsi. Byli nawet całkiem podobni.

Ale mimo tej całej obmierzłej ofensywnie koszykówki mecz był niezwykle wciągający. Nie ukrywam, że dawno nie byłem tak wciągnięty. Polecam wszystkim, którzy lubią taką brudną, smolistą grę zakończoną zimnym prysznicem.   

Końcówka meczu zapisze się złotymi zgłoskami jako kolejny odcinek koszykarskich jaj. Gdzieś blisko słynnego wzięcia czasu przez Ch. Webbera z 1993 r.... Nie wiem, o czym myśleli chłopcy Douga Collinsa? 4 sek. do końca NYK mają piłkę zaczynają od sciany. 3 pkt przewagi. PHI tak se stoi i tak se patrzy a czas nieubłaganie się kończy. Dlaczego nie faulują? Nie dali sobie szansy. Nie była zbyt duża. Ale w totolotka na pewno nie wygrywa ten, kto nie kupuje losu. PHI dziś nie skreślali.  Doug dostał apopleksji z wściekłość. Ciekawe czy kogoś zabił w szatni?

C. Anthony – nie wiem, dokąd zmierza Melo. Ale to znowu jest jakaś nowa figura jego gwiazdorstwa. Kryzys bezideowości? Odszedł by zostać kosmitą... Niesamowite przepoczwarzenie.. W pięciu kolejnych meczach ani nie zdobył więcej 18 pkt. Czy to mu się kiedykolwiek zdarzyło w karierze? Ktoś sprawdzi? Melo jest znowu iso. I dlatego 5-15 to znowu jego numer kierunkowy Tak już słyszę te głosy „- Ty zNYKajacy jak zawsze udajesz, że nic nie rozumiesz. Czy Ty nie widzisz, że Melo się zmienił, on zrozumiał, i teraz już wie – że musi poświęcić swoje ego dla dobra drużyny”. Nie. Przepraszam. Nie kupuję tego. I szczerze, jeżeli to tak ma dalej wyglądać to lepiej było zachować W. Chandlera. 2 pkt w drugiej połowie? To jest ponury żart.

A. Stoudemire – miarą upadku STATa jest szaleństwo, które przetacza się przez świat, kiedy Amare zdobywa 20 pkt. No dobra. Zgoda. Przyzwoity występ. Ale, żeby z tego powodu odpalać sylwestrową iluminację? Przesada. To jest Amare a nie Jerome Jordan. STAT stanął naprzeciw swojego alter ego w postaci Branda... Był lepszy. Zrobił mu taką czapę, że EB będzie musiał wziąć jakieś antydepresanty. No to jest powód do dumy. Ciekawe czy upadek STATa będzie większy niż Eltona? Można pomarzyć...

T. Chandler – ktoś wreszcie wyłączył to wściekłe psisko – dał sianka i zaprowadził pokornie do stajenki jako owieczkę. Jeden z najmniej przekonujących występów w tym sezonie.

L. Fields – prawie bezbłędny. Landry ma teraz taką dziwną manierę rozpruwania obrony wejściem pod kosz po to by na koniec oddać komuś piłkę. Szlachetnie. Tak altruistycznie. Nie jestem przekonany, czy jest z tego jakaś wielka korzyść...

J. Lin – czy Jeremy jest clutch NYK? Na to wygląda. Holiday w pierwszych trzech kwartach wysłał go na... wakacje. Ale w 4Q, mimo, że był 1-11, wziął na siebie ciężar gry, wrócił z dalekiej podróży i wtłoczył 16 pkt (10 z wolnych). To się nazywa chińska szkoła tańca. Charakter. Odporność. I wiara w sukces. Esencja Linsanity. Ręce same składają się do oklasków.

J.R. Smith – odpałka. Nieprzygotowane rzuty, wymuszone i w konsekwencji niecelne. Niczego jednak nie zepsuł. Szkoda.

J. Jeffries – dla niego wykuto nową pozycję na boisku – „help – defender”. Strażak Sam. To jest jego nisza. Hubbie Brown znowu cmokał trzecimi zębami. Dostał taki dach od Younga, że trzasnęło mu coś w łydce. On jest taki eterycznie delikatny.       

B. Davis – powrót człowieka kozła. Ależ on pieści piłkę, jak lubi uklepać parkiet, przykleić piłkę do ręki. Tylko co? Graj szybko piłką. Przemieszaj ją do ataku. Nie zwalniaj gry. Ale to już nie ten wiek, nie ta motoryka i nie te siły.

I. Shumpert – 8 zb. Absolutny rekord kariery. Ofensywnie bez polotu. A nawet z tendencją lecącego w dół worka ziemniaków.

S. Novak – jeden celny rzut. Zaskakująco nie za trzy.

18:05, znykajacy
Link Komentarze (7) »
środa, 21 marca 2012

TOR jest jak film karate klasy B gdzie zawodnicy biegają z domalowanymi wąsami i uderzają w styropianowe ściany, przewracając domy. Nie ma chyba drugiego takiego zespołu gdzie gwiazdy świecą tak blado i tak na siłę. DeRozan – król jednego wsadu, czy Bargnani ze swoim europejskim stylem wycofanego łabędzie? Bez żartów. To nie są nawet spadające meteory. Naprawdę trudno być fanem TOR... Zespół na peryferiach świata. Jak ktoś zna fantastykę R.R. Martina – to można powiedzieć, że to jest zespół za Murem.

Mam wrażenie, że największym aktywem TOR jest Leo Rautins ze swoim nawiedzonym głosem sekciarza który przegryzł trochę za dużo grzybków. Oglądałem spotkanie w trybie przyśpieszonym i prawdę mówiąc niestety nie zanotowałem żadnego peanu na cześć syna. Andy can shoot. Gdybym coś przeoczył to proszę dać mi znać. To trzeba odnotować. Była tylko krótka mowa w obronie L. Fieldsa- - że jest dobry... Z drugiej strony patrząc zupełnie obiektywnie myślę, że Andy będzie w przyszłym sezonie w rosterze TOR (taki kanadyjski łącznik, syn tego narodu). Nie posunę się jednak do stwierdzenia, że będzie tam grał... To by była lekka przesada.

Mecz zupełnie bez emocji. TOR nie ma żadnych argumentów. Kinicks lepsi na zbiórce i w grze zespołowej. Jeżeli NYK nie mają zbiorowej dezynterii połączonej z gorączką tropikalną to Raptory mogą najwyżej pokłapać szczękami w niemym geście niemocy.

Aaron Gray pokazał, że jest naprawdę wielkim, wkurzonym białym niedźwiedziem. Zaimponował szaleństwem.

W ataku NYK nie widzę jakiejś wielkiej odmiany. Głównym elementem zagrywki jest wrzutka na alley oop do Chandlera. Obrona wygląda to o niebo lepiej – jest presja, wymuszanie błędów i dawno niewidziana nieustępliwość i zażartość.

Do tego wszyscy uchachani. Ale jak idzie to, dlaczego się nie cieszyć?

Mecz wygrany przez S5 – w pluso minusach łącznie + 123

Woodsanity? Szał na boazerię? Jest 4-0. Dziś PHI. Niestety w piątek znowu TOR...

C. Anthony – powrótmistrza izolacji. Nareszcie może grać to co lubi. I robi to znowu na niskiej skuteczności. Jakby więcej podaje. Jakby bardziej się udziela. Zobaczymy jak długo. Głupiasty uśmieszek nie schodzi spod omszałej wąsikiem wargi. Czwarty kolejny mecz poniżej 18 pkt. Jak długo będziesz nas jeszcze karać Melsjaszu?

A. Stoudemire - statystycznie rewelacyjnie. Motorycznie - zaciągnięty ręczny. Dynamizm człowieka zanurzonego po kostki w smole. Ciągle czekam na to zapowiadane po ASG odpalenie rakiety. Na razie jest rakietka. Do ping ponga.

T. Chandler – te patyczaki jak A. Johnson czy Ed Davis to przy tym minotaurze wyglądają jak niedożywione cienie mieszkańców afrykańskiej sawanny. Za silny, za duży, za zbyt zdeterminowany.

L. Fields – próbował szarpać wagony, ale statystycznie się wykoleił. Zagrał takiego małego Jeffriesa.

J. Lin -  poprzedni mecz z TOR był kolejnym podskokiem na trampolinie Linasnity. Za trzy. 90-87. Dobranoc. Wczoraj bardzo uczciwie. Rzemieślniczo i profesjonalnie. I znów dwie trafione trójki. J. Calderon to nie jest najszybszy PG świata, ale Jeremy i tak był pól kroku za nim. Bez konsekwencji.

I. Shumpert – bardziej go było widac na boisku niż to wynika, ze słowno graficznego zapisu jego gry. Skierowany głownie do zadań defensywnych. Tam się sprawdza.

J. Jeffries – cesarz zbiórki ofensywnej, mistrz dwutaktu. Statystycznie nieobecny.

M. Bibby – czarny Piotruś. Dlaczego zmusza się go do wychodzenia na boisko? Czy to jest jakaś forma samoudręczenia?

S. Novak – zaryzykuję, że jego druga celna trójka w połowie 4Q wybiła TOR marzenia o czymkolwiek więcej niż tylko ciepłym prysznicu na otarcie łez. Bo najważniejsze to wiedzieć, kiedy trafić. Po za tym słabo.

J.R. Smith – w kategoriach liczbowych wygląda przyzwoicie. W plus minusach -10. To jest jakaś dysharmonia. Ale na niego wystarczy spojrzeć, żeby dostrzec ten dysonans osobowościowy...

J. Harrellson – Trener Woo skrócił rotację (i słusznie)  i dlatego Szortek będzie teraz maskotką blow outów. Na razie jest średnio zabawny. Może powinien wziąć kilka lekcji u Benny’ego the Bulla?

T. Douglas – ukochany PG Trenera MDA wreszcie podniósł odwłok z ławki na parkiet. Trzy minuty prawie niczego. Jeden niecelny rzut. Widać, że forma rośnie. Wręcz akumuluje się od siedzenia.

11:40, znykajacy
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje