RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012

Zlądowani. Na twardo.

Gdybym był fanem NYK zrobiłbym opis 1Q a potem powiedział, że ktoś zgasił światło, dalej nie widziałem i trudno mi się wypowiadać. Niestety prąd płynął i doświadczylem każdej akcji. Do samego końca. Mojego lub jej.

Mam gigantyczną kakofonie dziwnych myśli, pączkujących niczym drożdże, że ta impresja będzie naprawdę impresyjna.

Koniec marzeń, koniec snów. „Adios Champion’s League Barcelona!”. Ja powiedział klasyk po meczu Barcelona - Dynamo Kijow w listopadzie 1997 r. (0-4 – cztery trzy razy Szewa, raz Rebrov dla tych z Was, którzy wtedy ssali jeszcze smoka).

Ja wiem. Znowu prześladuje nas pech. Znowu wszystko i wszyscy sprzysięgli się przeciwko nam. Hej i nie mówię tu o ponad tysiąc letniej historii Polski tylko o zaledwie ostatnich czterech dekadach z życia NYK. Może właśnie te podobieństwa powodują, że NYK mają w Polsce tylu prawdziwych fanów. To jest pomysł na impresję w post-seasonie. NYK a sprawa polska.

Przejdźmy przez tę teorię spiskowo-pechową.

Pech numer 1. MIA itself. Jaki trzeba mieć brak szczęścia, żeby na nich trafić w pierwszej rundzie PO? To jest statystycznie niemożliwe. Należy podejrzewać, że oni zrobili wszystko, żeby grać z NYK. Od początku to zamyślali. My dobrzy. Oni źli i brzydcy. Jak można być tak pozbawionym uczuć?

Pech numer 2. Sędziowie. Jestem pewien, że Dan Crawford, Ed Malloy, Gary Zielinski przed meczem mieli wycieczkę w asyście oficjeli MIA po tej części South Beach gdzie są ustawione najbardziej ekskluzywne domy seniora. W czasie tej wizytacji, pokazano im gdzie jest all inclusive – alkohol od rany i które siostry mają w CV wpisane spotkanie z Hugh Hefnerem. Sugestia była oczywista. Panowie to wszystko może być Wasze. Musicie tylko właściwie dmuchać w plastik. 48 min. mrużenia oczu w zamian za lata przymykania powiek na ciepłe słoneczko Miami.

Pech numer 3. LeBron James niestety wziął lekcje aktorstwa u największych pomników, kamieni milowych (nie waham się użyć tego słowa) polskiej szkoły filmowej -  P. Deląga i M. Milowicza. Michał i Paweł pokazali mu jak się to robi. Jak przesadą, gestem, ruchem scenicznym osiągać efekt kontrastu, wewnętrznej sprzeczności. Jak przerysowywać fakty. Profesor Milowicz nazywa to – „adaptacja samego siebie poprzez przerysowanie nacechowane na wywołanie współczucia innych”. James naprawdę przerósł swoich nauczycieli. Dlaczego oni go biją Króla Tatusiu zapytał mnie zapłakany syneczek. Widzicie jak kupił najmłodszych? Gra na najniższych instynktach.

Pech numer 4. Ktoś posmarował parkiet miodem i stało się to co się stało. 6-8 miesięcy przymusowej przerwy w „karierze”. Zerwany ACL, rozerwana rzepka (pozdrawiam Cię mój słodki) i pytanie czy Iman zdąży się wykurować na obóz przygotowawczy do nowego sezonu (straci też SL). Schump – co Cię nie zabiło Cię wzmocni. My tu w Redakcji naprawdę serdecznie współczujemy. Ależ fuksa ma ten Wade. To nie było wszystko. Nie udał się zamach na Bibby’ego. Prawie skręcił dwie nogi. Potem w rowerze stacjonarnym Davisa spadł łańcuch właśnie wtedy kiedy zjeżdżał z góry. Ledwo wyhamował. Przypadek. Bez żartów… Cyniczna gra.

Pech numer 5. Że Wade i James się w ogóle urodzili a Melo, STAT pojawili się w ich koszykarskim prime timie. Tak jak Malone’a, Barkley czy Drexler żyli w erze Jordana. Oni są lepsi. Po prostu. W siedmiosetowej walce (w normalnych okolicznościach przyrody) nie ma szans na przejście MIA okrakiem przez najbliższe trzy sezony.  To są fakty. Bolesne. Szczypiące w oczy. Ale trzeba się z nimi oswoić. Przyjąć. Jak to, że mieszkamy w Polsce.

Pech numer 6 (taki globalny) I jeszcze te łobuzy miały wczoraj kumulację lotka w postaci kontuzji D. Rose’a. Witajcie z finale NBA.

W powietrzu wisi pech numer 7… MIA ukradną nam Steve’a Nasha… Kto wie. Może z MDA zrobią asystenta? Żeby pogromić Szczupakową…

Ok.

Teraz poważniej. Trochę w każdym razie.

Lebron James – versus NYK Starting Five – 32-30. Dziękuję. Dobranoc. Sounds of music. Czy trzeba coś jeszcze dodawać? JR Smith złapał go za rękę – a James pokazał to tak jakby Lord Dżejar chciał urwać mu ramię. Chandler chciał mu zrobić tzw. worldpeace’a - LeBron to przerysował wyszedł flagrant. Ja wiem. Murzyn oszukał naszego Andrew. On chciał z nim porozmawiać. Proszę tylko nie mówić o kategoriach etycznych i moralnych.. To nie jest sportowy duch barona Pierr’ea de Coubertin (szczerze James pewnie nawet nie wie, że ktoś taki był i jakby mu pokazać zdjęcie to by powiedział, że to Einstein). Tak nie wolno. Jesteśmy moralnymi zwycięzcami. My tak nie graliśmy.

Tylko jakie to ma znaczenie? Zwycięzców się nie sądzi. Zwycięzcom  płaci się podatki.

Przed tą serią pojawiały się takie głosy – że Melo i LeBron się „zniwelują”. Że w matchupie między nimi – remis. Że Melo to klacz, a LeBron to wałach… Jakoś tak na razie to LBJ zrobił kononowicza Melo, a nie odwrotnie. To James był w PO mode. A Melo na razie przyszedł na trening.

James był tak dobry, że największym komplementem jaki mogę mu sprezentować jest ten, że... nie powiem ani słowa o reszcie Beach Boys. Nie trzeba.

Co dalej? Czy po takiej porażce można jeszcze powstać z kolan? Czy taki strzał między oczy nie jest jak drzazga wbita w serce, która sączy ropę? Ciężkie muszą być myśli. Ołowiane. Czy da się wygrać choć jedno spotkanie. Kto wie? Może właśnie tak? To jest próba charakteru dla NYK. Psychoanalitycy zacierają ręce. Będzie sporo roboty w post seasonie.

C. Anthony – 1Q – 0-7 zgłoś się. Niestety porucznik Borewicz nie odpowiadał. Telefon do przyjaciela pozostał głuchy na ten głos rozpaczy. Prawda jest taka, że MIA zredukowało go do poziomu mikroba. 15 rzutów? Przecież Lina nie było na boisku. Przypatrzcie się wilcy jaką Żary grały przeciwko niemu w obronie. Wyprzedzanie, od piłki, na kontakcie, każdy rzut kontestowany. Shane Battier się skończył? Tak wiem, on też nas oszukał. Obiecywał, że już tak nie będzie nikomu robił. Że przestanie bronić. Jestem ciekaw, czy Melo okaże się twardzielem na miarę Marcina Najmana. Czy pokonany, podejmie rękawicę. Wbrew nadziei. Czy jak to mówią – zejdzie po cichu. Jeżeli okaże się Plastusiem to powoli może zacząć pisać swój pamiętnik. Epitafium. A Oko NYC już szuka winnych. Euforia – tragedia City już czuje krew. W pluso minusach -35. Dedykacja dla wszystkich, którzy uważają, że Melo objawił defensywny talent. Do LeBrona powinien mówić – Proszę Pana.

A. Stoudemire – jeżeli Melo był mikrobem to STATA… odparowali. Co można więcej powiedzieć? Bo o grze nie da się nic. Ok. Ma z tyłu takiego śmiesznego kaczorka. Tak mu się jeden zagon kukurydzy śmiesznie zawija. Wygląda jak Cesarz Pan z bajki o Rumcajsie.

T. Chandler – katar nie leczony trwa tydzień, leczony 7 dni. Z mądrości ludu znad Wisły. Z gilem jeszcze nikt nie wygrał. Ja wiem. Tyson chce być twardszy od swojego imiennika, który jego imię ma w nazwisku. Ten korespondencyjny pojedynek powinien zakończyć się jednak wczoraj. Nie jesteś zdrowy? Nie możesz? Usiądź. Nie przeszkadzaj. Ustąp jeszcze słabszym. Ale nie mów już o tym, że miałeś mgłę w głowie i kręciołki. 7 strat, 4 faule ofensywne. Speaks for itself. Moim zdaniem chciał intencjonalnie Jamesa – pohańbić. Mieć go z głowy. Ruch był excesive. Nadawał się na F1. Wywiadów udzielał już podłączony do pompy elektrolitowej. Mdlał.

I. Shumpert – obiektywnie? Dwie dobre akcje w obronie przeciwko Wade’ow’i w 1Q. Po za tym nic. Plaża. Potem przegrał z własnym cross-overem. Młody jest. Może się z tego wykaraska. Ale w czarnym scenariuszu może być po karierze. Życie jest czasem strasznie niesprawiedliwe. Operacja jednak w NYK. Żeby nie było podejrzeń, że mu w Miami sypną w kolano trochę piachu. Kurcz może zorganziują dla niego i Rose'a jakąś wspólną grupę wsparcia...

B. Davis – Baron w 1Q był alternatywą i odpowiedzią na wszystko. Był absolutem. The Answer. Dwie trójki i DUNK!!! Powtórzę DUNK. W kategoriach sportowych – 2 pkt. W artystycznych to było coś strasznego. Zaprzeczył grawitacji. Odciął przyciąganie ziemskie. ON ODERWAŁ SIĘ OD ZIEMI. To było jak alley oop Woody’ego Harelsona po podaniu Wesley’a Snipes’a.. Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji. Gdyby ludzkość to widziała wcześniej, bracia Wright nie byliby pierwsi. Ikar. Ukradł marzenia o lataniu ptaka Dodo. Niestety większość cześć spotkania spędził potem na welodromie, kręcąc jakieś chore czasy na jedno okrążenie. Naciągnięty hamstring, bolące plecy. On też powinien powoli rozglądać się nad wyborem domu spokojnej starości w MIA. Może Ci z Heat mają dla niego jakąś rabatową ofertę?

J. Jeffries – trzymanie kolana przez dwa tygodnie w komorze kriogenicznej na niewiele się zdało. Chyba znowu był wysięk, który podtopił część MIA. Nic z tego nie będzie. Zdaje się, że powinien przestać się oszukiwać i pójść pod kozik. Głównie to jednak powinien przestać oszukiwać nas…

J.R. Smith – jedyny któremu, coś się w miarę udało. Ale jeżeli twoją pierwszą opcją w ataku staje się S(m)ith to zasadniczo jest to koronny dowód na to, że nie masz pomysłu na cokolwiek i sięgasz po najdalsze odwody. Mogła być asysta roku, kiedy podał między nogami. Niestety było to zagranie zbyt genialne by ktokolwiek w NYK był w stanie je zrozumieć, pojąć i ogarnąć. Ponadprzeciętni są na ogół nie zrozumiani przez otoczenie. Ustalmy jedno. O rozgrywaniu nie ma pojęcia. I proszę nie każcie mu już udowadniać, że jest inaczej. Nie jest.

L. Fields – wow! Landry w jeden wieczór zdobył więcej punktów niż w czteropaku z BOS. No jak tu nie piać z radości? Jak nie celebrować? Nie cieszyć się po prostu. Ależ przełamanie tego chłopaka. Zaskoczył. Na pewno. Ten występ daje nadzieję na… no właśnie... na co? Z konieczności przeniesie swoje talenty do S5. Prawda, że może być tylko lepszy? Dlaczego nikt nie potakuje? Panowie więcej wiary? Nadziei? Optymizmu. Rozchmurzcie zacięte oblicza! Fields is back!

S. Novak – Doskonały? Perfekcyjny? Trudno nazwać to inaczej. Zrobił, co mógł a mógł naprawdę niewiele. Zaryzykowałem wczoraj twierdzenie, że nie odda więcej niż 4 rzuty. Rzadko mi się to zdarza… ale miałem rację. Byłem w 50% optymistą. Chodził przy nodze na bardzo króciutkiej smyczy i w kagańcu. Wyłączony. Ależ chciał tam poszarpać Wade’a za rok frustracji w Marquette. Brudny, niepotrzebny faul na byłbym koledze. Pro memoria? No i pewnie nie wiedział, co to jest fuksja. To rodzi kompleksy?

M. Bibby – wydawało się, że się trwale skontuzjował bo kuśtykał na poziomie Oscara za rolę drugoplanową. Potem zdaje się dostał zastrzyk z blokadą i sprawiał, że na boisku formalnie był jakiś PG i NYK grali w piątkę. Wierny kibic Schalke.

J. Harrellson – zgolił wąsy. Podobno nie przyjęli go do gangu motocyklowego. Będzie próbował przejść do motorowodniaków. Waldek Marszałek ma się za nim wstawić. A no i nie sposób docenić pięknego siodełka jakie zrobili z Jamajem Schumpowi, kiedy sprowadzali go z parkietu. Druh Zenek z 7 WDH byłby dumny.

J. Jordan – PO – 1A. Przebił Czarka Trybańskiego. Choć nikt w to nie wierzył. Pięknie się ta kariera nam rozwija.

NYK będą wybierali z nr 48 w drafcie 2012. Czuję, że to bedzie steal.

09:33, znykajacy
Link Komentarze (31) »
piątek, 27 kwietnia 2012

Giving a swish with your arse in “the Air”, don't you know what they're saying?

Chłopcy z Żelaznej Dziewicy są jak Nostradamus przewidzieli – że MJ będzie zwiazany z CHA, co?  

Dziwię się, że ESPN zdecydował się na emitowanie tego spotkania w swojej ramówce. Co to za przyjemność kopać leżącego (CHA) i jędzolić się nad starszym człowiekiem (P. Silas) czy właścicielskim nieudacznikiem (M. Jordan)? Nawet mnie to mierzi (mimo mojej głębokiej niechęci do Panu Air. „Tylu fajnych chłopaków się przez niego zmarnowało” – parafrazując bohaterów „Wniebowziętych”). Ile razy można mu zadawać pytanie, dlaczego wziął Kwame Brown’a i wyliczać wszystkich tych, którzy byli wybrani poniżej (z drugiej strony dzięki temu nigdy nie zapomnimy bohaterów draftu 2001). To już historia... która niestety lubi się powtarzać. W drafcie 2011 MJ wybrał Kembę Walkera -  osobę o nieoznaczonej roli na boisku. Nie wiem, na co Mike liczył? Że oszuka wzrost? Brak umiejętności gry na jedynce? Walker podbił bębenek występami w koszykówce akademickiej i March Madness 2011, ale realnie powinien był być wybrany pomiędzy 15 a 25 miejscem draftu. Stało się inaczej. I teraz jest buba. Takie fatalne zauroczenie.

B. Biyombo to może być kazus Tony’ego Yeboah. Jak on ma 20 lat, to ja jestem fanem NYK. Badania węglem C-14 wykażą, że pamięta Grunwald. Mnie się osobiście podoba – zwłaszcza po tym jak wczoraj stłamsił blokiem STATa. Patrząc obiektywnie może coś z niego być (popadając w przesadę) albo gracz typu Mutombo, Big Ben, albo drugi Kwame. Biorąc pod uwagę, że MJ jest raczej menadżerskim szajsmidasem skłaniam się ku tej drugiej opcji. Taki Anthony Davis to pewnie drży, żeby nie trafić do tego piekiełka. 25% szans... Good luck. Może będą ciepłe kulki...

Tego meczu nie da się opisać w kategoriach poznawczych, więc nie podejmę się tego dzieła.

Krótko zatem.

L. Fields – gra klejona z elementów jak model samolotu. Wątpię jednak czy on jednak poleci. W PO spodziewam się zderzenia z ziemia.

J. Harrellson udowodnił, że od STATa różnią się tylko kolorem skóry, fryzurą i sposobem zaczesania wąsów.

A. Stoudemire – M. Fratello szczytował, że „STAT looks really sharp today”. Ja nie byłem w stanie się aż tak pobudzić. Był nie w tempo, spóźniony i powolny jak dryfująca motorówka. Ale jak ktoś chce budować miraże palcem pisane po wodzie na zamkach z piasku twierdząc, że Amare na koniec sezonu „is back” to zasadniczo sugeruję melisę i lewatwę przed snem. Na uspokojenie. MIA go obnaży. Na szczęście STAT, mamy spędzić ze sobą jeszcze trzy lata w których sprawisz, że będziemy wzdychali do tego sezonu... Wczoraj czarne podwiązki (wolałem go w bieli, jako Wielką Oddziałową).

I. Shumpert – był jak Fields tylko nie miał tego wszystkiego, co pozwoliło nazwać Landry’ego nielotem.

M. Bibby – Veni Creator. Wykreował 12 kończących podań. Duch Święty jest podobno zaniepokojony, że mu Bibby zabiera robotę. .

J.R. Smith – co raz dalej od NYK. Jestem zachwycony. Teraz czekamy na kogoś, kto omami go złotym cielcem. To nie powinno być trudne. Przyznaję, jednak, że być X factorem w meczach z MIA. W obie strony. Na plus i na minus.

S. Novak – znowu uwodził, znowu czarował. Polak potrafi być szarmancki. Najlepszy strzelec za trzy w NBA w tym sezonie. Mam nadzieję, że delegacja polskiej Polonii w strojach krakowskich wręczy mu symboliczną wiązankę goździków w barwach narodowych. Myślicie, że ktoś da mu tak z 4-5m za przyszły sezon? Mike Miller onegdaj dostał. Jest gorszy?

J. Jordan – spóźniony atak na nagrodę RoY. Mam nadzieję, że ktoś dostrzeże ten spektakularny atak na taśmę... K. Irving sie zaniepokoił. To niebywałe, ale wczorajszy mecz to było 25% jego całego czasu na parkietach NBA. Wkroczył do elitarnego klubu 100 minut w NBA. Jest w nim już razem z Czarkiem Trybańskim. Panteon koszykówki.

D. Gadzuric – to znaczy ja nie rozumiem, jak za to „coś” można było oddać za bożyszcze tłumów B. Walkera. Jak te dwa zjawiska są w ogóle porównywalne? Ja nie wiem gdzie on go odkopali? Wykopaliska w syryjskiej al-Gharia? Stanowisko w Mele Hairam w Turkmenistanie? Przecież to ledwo chodzi. Porusza się na sztywnych kolanach, nie ugina grzbietu. Oddycha? Czym „to” jest?

Uffff...

Pociąg dojechał do stacji koniec sezonu. Nareszcie. PHI nie chciała grać z MIA, więc NYK nie wypadało przegrać z CHA (choć w 1Q można było mieć naprawdę brzydkie podejrzenia).

To jeszcze cztery stacje i pociąg ostatecznie stanie. Zrobimy małe czyszczenie składu i będziemy mieli wakacyjną przerwę. Nie ukrywam, że maszynista ma nieco dosyć.

Grafik na majowe dni:

Game 1 - Sat April 28, New York at Miami, 3:30PM, ABC/R

Game 2 - Mon April 30, New York at Miami, 7:00PM, TNT

Game 3 - Thu May 3, Miami at New York, 7:00PM, TNT

Game 4 - Sun May 6, Miami at New York, 3:30PM, ABC/R

Game 5* Wed May 9, New York at Miami, TBD

Game 6* Fri May 11, Miami at New York, TBD

Game 7* Sun May 13, New York at Miami, TBD

Nie lubię pisać zajawek, bo po pierwsze są strasznie czasochłonne a po drugie obnażają moje koszykarskie dyletanctwo. Nie mniej jednak czuję się przed serią z MIA na musku i pewnie popełnię jakiegoś komparastycznego farfocla.

10:08, znykajacy
Link Komentarze (28) »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Pierwszy news natury podstawowej. Nie, 30+ nie zasłużę na jasne pełne. Meczu ORL – CHA nie obejrzałem. Nastawiłem tylko budzik na 3.30. Zobaczyłem wynik i snem sprawiedliwego z uśmiechem na ustach oddałem się dalszej nieprzytomności. ORL miejsce szóste. W IND impreza jak w Nowy York.

Szczerze mówiąc LAC są daleko na mojej mapie NBA, więc to, co napiszę poniżej może w ogóle nie mieć nic wspólnego z faktami. Za co z góry przepraszam. Nie złapałem fascynacji Podstrzygaczami w związku z transferem CP3. Pojawiły się głosy, że to może być finalista Zachodu, że oto narodziny nowej potęgi, że dominacja na lata. Z pewnością to jest zespół przyszłościowy. Tercet Paul, Griffin, Jordan plus wesoła grupa muzykantów Foyle, Butler, Bledsoe, Williams czy Young są groźni dla najgroźniejszych. Ale na razie jest taki trochę rollercoster. Dobre gry przeplatane z całkiem rysiowatymi. Może to kwestia zgrania, może trenera, może takiej kalifornijskiej mentalności. Nie czuję, żeby oni byli mentalnie twardzi. Raczej takie puchate zajączki. Wystarczy mocniej tupnąć nóżką i chowają się do norki popłakując. Powinni więcej cisnąć painata, ale ofensywnie Griffin w półdystansie to jest jeszcze jak sashimi. Ok. Prezentuje się nieco lepiej nie w zeszłym sezonie, pojawił się jakiś półdystans, ale na chwilę obecną trzeba to powinni mu kupić VHS z demobilu i kazać mu wciągać tego K. Malone’a na dobranoc. Żadne tam Mini Mini... No i Blake z tymi wolnymi wzorowanie się na Howardzie to jest zły pomysł.

W sequelu „Imienia Róży”, Blake może śmiało starać się o rolę... Salvatore...  

LAC tym meczem przegrali parkiet i szczerze mówiąc w starciu z MEM stawiam na Elvisów. 

Szkoda, że CP3 grał tylko z ławki. Bez niego to LAC są pączek bez różanej konfiturki.

Mecz miał w sobie coś z morskich przypływów i odpływów (dobry moment, żeby podgonić gegrę Kuba). Gdzie NYK byli odpływem a LAC przypływem. Podczas jednej kwadry księżyca odbyły się aż trzy takie cykle. To ostatnie podpłynięcie LAC omal nie zakończyło się lokalnym podtopieniem, ale wtedy objawił się w amfibii strażak Sam vel. Dżejar i postawił tamę z worków z piaskiem ratując dobytek okolicznych wioskowiczów. Dziękujemy Ci nasz obrońco słabych i uciśnionych.

Jedno pytanie na dziś czy PHI chce grać z CHI? Bo jak chce to może i wtedy welcome to Miami. Poza tym tak się podłożyć CHA byłoby tak... niesmacznie...

Ok. Drugie pytanie – czy KB24 jednak nie wytrzymie...

C. Anthony – był tak dobry w pierwszej kwarcie, że potem mógł gasnąć do poziomu zniknięcia w 4Q. Był taki moment końcówce, że otarł się milimetry od wejścia na boisko, ale ostatecznie udało się nie spocić po raz drugi. Dziś bym mu odpuścił.

A. Stoudemire – Czy można już zacząć panikować? Tak? Aaaaaaaa... Moim zdaniem poszedł już zupełnie w wizaż i spotkania na dworcach autobusowych – i tym kamufluje swoją sportową zapaść. Myślicie, że do tych podwiązek STAT ma specjalny pas pod gatkami? Środowiska gejowskie by oszalały...  

T. Chandler – B. Griffin zbiera ciągle swoje postery. Ma taką kolekcję. Cały mecz (i to było naprawdę widać) chciał, żeby Chandler pocałował go w kolano. Nie udało się Blake’owi, ale udało się Tysonowi. Mecz, w którym Chandler wyglądał jak cień siebie. I to taki cienki cień. Dziś powinien usiąść. Dla dobra większej sprawy. Woody i Jamaja powinni przejąć jego placówkę. Major Sucharski na ławkę.  

B. Davis – ależ się wczoraj ofensywnie rozochocił. Uwielbiam te jego wejścia na zaciągniętym ręcznym. To zaprzecza prawom mechaniki... Czyżby zaczynał łapać play offowy flow? To jest zbyt przerażające by o tym głośno mówić. Tylko czy on jeszcze pamięta jak to jest w kwietniu nie rozstawiać grilla? Ostatni raz grał w post season – 5 lat temu...

I. Shumpert – kąsał, szarpnął, żął tam gdzie nie posiał. Szkoda, że ofensywnie się nie uwypuklił. Nie rozwinął. Pozostał skarlały. Suchy.

J.R. Smith – rzucony na głęboką wodę nie dał się zatopić, a jeszcze pomógł okolicznym powodzianom. Za trzy, za dwa, za jeden i za jeden. Trzy daggerki. Do tego patrzący trochę dalej niż koniec własnego przemądrzałego nosa. Im więcej takich gier tym bardziej oddala się od NYK. Amen.  

S. Novak –Publika go ubóstwia. Nikt nie jest obiektem tylu westchnień i takich uniesień. Nikt tak nie elektryzuje zgromadzonych. Jest lepszy niż Pavarotti, Domingo i Carreras razem wzięci. Mimo, że z głosu zupełnie niemy. Ciekawe gdzie będzie śpiewał w przyszłym sezonie. Bo raczej nie będą to deski MSG...

D. Gadzuric – kiedy zobaczyłem, że na jego koszulce jest nr 50 pomyślałem, to nie jest przypadek. Ktoś tu ma chyba mały jubileusz. Sportowo troszkę się chyba w tych Chinach zapuścił. Za dużo było smażonego makaroniku i bananów w cieście... Na moje oko to taki staniczek 75B by się przydał. Był tak Jeffriesowski w swojej grze, że mógłby zostać jego syjamskim bratem. 7 min. – 2 zbiórki. Kopia dogoniła oryginał.

M. Bibby – był jak Schalke. W ataku 0-4, obronie jak Wałdoch i Hajto.  

L. Fields – H. Brown jest chyba jego stryjecznym dziadkiem. Nie było jeszcze spotkania komentowanego przez Trzeciozębnego, żeby nie pojawiły się piania i zachwyty. Aż mam naprawdę kosmate myśli, jakie może być źródło tych uniesień. Zgoda. Landry miał tam jakieś przebłyski, ale w przekroju spotkania - galeretowaty jak meduza.

10:49, znykajacy
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Nawet ja, tak nieprzychylny NYK muszę niechętnie przyznać, że faulu na M. Williamsie nie było. W każdym razie kontakt z ciałem krewkiego Marvina miał miejsce już po ostatnim gongu. Szkoda. Mogłaby być naprawdę emocjonująca końcówka…(czy Marvin trafi jedynkę na remis a może dwie na zwycięstwo). Nie poznaliśmy z jakiej substancji Williams jest wykonany. W tym naprawdę świetnym ofensywnie z obu stron meczu zabrakło tego dreszczyku emocji... bo ostatnie dwie minuty były płaskie jak Teksas. Pierwsze trzy kwarty meczu wyglądały jak ASG transmitowane do Burkina Faso w ramach promocji NBA. Z takim mało zobowiązującym podejściem do obrony. Na dużym procencie. Na relatywnej bliskości wyniku. To na pewno robiło duże wrażenie na mieszkańcach Wagadugu. Po trzech kwartach wynik brzmiał 94-93 dla NYK. Równie dobrze mógłby być to wynik końcowy. W 4Q przyszło jakieś otrzeźwienie – może sygnał telewizyjny do dawnej Górnej Wolty został przerwany – i była jakaś imitacja defensywy. Ostatecznie dość szczęśliwie NYK zrobili jastrzębiowi KFC. Smacznego?

Brawo Trener Woo, który za drugim podejściem zamknął dzioby swoim poprzednim mocodawcom. Się pewnie wewnętrznie rozkwilił. To zwycięstwo ma pewnie dla niego wyjątkowe znaczenie. Wszak skalał własne gniazdo.

Co do samych NYK tak zbiorczo. Żeby udowodnić tezę, że STAT i Melo mogą grać razem, sztab szkoleniowy posunął się do kuglarskiej sztuczki i posadził na ławce Tysona Chandlera. Śmiesznie? Raczej troszkę strasznie. Oficjalnie Tyson poprosił o przerwę, bo poczuł, że czołgając się po boisku może najwyżej zatrzymać Bibby'ego.

Wiem, wiem. Powstaną teraz dysertacje o tym, że ONI są dla siebie stworzeni na boisku. Że zdobyli razem 61 pkt., 22 ast. i to była symbioza podobna do współżycia człowieka i tasiemca. Wręcz idealna. Że udowodnili, że mogą, że potrafią. Poczekajmy na Chandlera. Zobaczymy wtedy jak Amare będzie się miotał jak szmaciana laleczka. Moim zdaniem ten mecz nie odpowiedział na żadne pytanie oprócz tego, że zamulił przecież wyraźna i oczywistą prawdę. Ta trójka nie może i nie potrafi grać razem.

Napisałem już o ATL tyle w tym sezonie tyle, że równie dobrze mógłbym wydać książkę ornitologiczną. Ptasie kości stają w gardle. Nie mam jakichś nadzwyczajnie nowych przemyśleń, których nowatorskość przyćmiłaby odkrycie kwadratury koła. ATL ma swój średnio-średni poziom. I to jest stan niezmienny. Druga runda PO – Himalaje marzeń.

Kto by zamienił J. Teague za J. Lina? Ja za pocałowaniem ręki. No dorzuciłbym nawet jeszcze styropianową tackę sajgonek. Szkoda, że Jeff nie trafił tego dunka, kiedy odbił się przed drzwiami Philips Arena. Byłaby to chyba akcja Top10 NBA w tym sezonie. Jest szybki ja przeciąg, zadziorny jak Peszko i nie pęka jak rybi pęcherz. Doprowadził Melo do stanu, w który ten powoli zaczął sublimować. Anthony w każdej przerwie musiał mierzyć temperaturę, bo istniała poważna obawa, że zacznie się ścinać. Pucułek dał się wkręcić i sprowokować temu jastrzębiemu pisklakowi, co samo w sobie było już sporym osiągnięciem Teague'a. Szacunek. Ciekaw jestem jaki jest jego brat - Marquis, który zdaje się wybiera się do NBA (ale o to trzeba by pewnie zapytać jakąś Hetmańską głowę).

Doris Burke miała w sobie wczoraj coś, czego nie sprzedałby żaden szanujący się second hand...

L. Fields  - podobno miał sekretne spotkanie z ekspertem z NASA, „profesorem” Wieśkiem B., który udowodnił mu tezę miękkiej kiści w oparciu o teorię gumowego patyka. Efekty są oszałamiające. Wyniki obliczeń poraziły. Absolwent Stanford łykał te rewelacje jak gęś ciepłe kluski. To był zamach na defensywną grę jastrzębia. Trzy na trzy za trzy? WOW! Dyspozycja roku.

C. Anthony – kiedy w 1Q nie trafił dwóch puchatych zajączków moja teoria o dementorze STAT-cie zaczęła się petryfikować. Potem przełamał potęgę mroków Azkabanu patronusem – i dodatkowo wszedł w polemikę słowno- fizyczną z Jeffem Teague’m co dpozwoliło mu wyrwać jaźń spod władzy psionicznej Amare. Był tak dobry, że gdyby przyszło wczoraj ratować świat, Bruce Willis miałby wolne.

A. Stoudemire - STATystycznie lepszy, niż gra. Moim zdaniem więcej szczęścia niż rozumu. Momentami zagubiony, źle ustawiony, objeżdżany w obronie jak pachołek na placu manewrowym. Ale parę dynamicznych dunków pozostawił w świadomości ATL.  Król wizażu. Tym polem kukurydzianym na głowie i podgolonymi wąsami zdjął sobie tak z 10 lat. Cały czas zastanawiam się nad przekazem. Co chce nam powiedzieć? Będę to rozważał.

I. Shumpert – kiedy oddał te dwa jumpery spadłem z krzesła. Była w nich jakaś taka dziwna siła, pewność siebie, nieomylność. Szkoda, że nie dał nam się rozsmakować. Dawkował kawałeczki. Koneser. W końcówce wyłączył Joe Johnsona. To trzeba podkreślić.

B. Davis  - szychta w toalecie się skończyła. Człowiek w białych kierpcach statystycznie wzniósł się na poziom wręcz niebotyczny. Skuteczny, rozgrywający, metroseksulany. Czego chcieć więcej?

J. Harrellson – zastanawiam się czy wstąpi do Hell Angels czy do Bandidos MC? Na razie siedem minut jazdy bez trzymanki.

J.R. Smith – trudno jego popisy nawet nazwać przy użyciu ludzkiej mowy. Występ oddający stan jego umysłu. Totalny kisiel. I do tego wodnisty.

S. Novak –W obronie próbował kogoś zatrzymać. „Próbował” nie oddaje tego, co robił. Osiągnął jednak spory sukces osobisty. Z dużym powodzeniem powstrzymał samego siebie. Jeden celny rzut. Oczywiście za trzy. To się nazywa perfekcjonizm. Perfekcjonizm inaczej.

M. Bibby – pięć minut na pograniczu patologii. Na szczęście ktoś się zorientował, że o tej porze telewizję oglądają jeszcze małe dzieci i zdjęli go z anteny. Trwale.

T. Douglas –dokonał niemożliwego zszedł z boiska zanim się na nim pojawił. Zakrzywił  czas. Był jak 18-te mgnienie wiosny.

Czy ORL jest w stanie przegrać z CHA?

10:32, znykajacy
Link Komentarze (24) »
sobota, 21 kwietnia 2012

Są takie chwile w życiu, kiedy nie spodziewamy się absolutnie niczego dobrego a tu proszę… pozytywna niespodzianka. Św. Mikołaj przychodzi w kwietniu. Być może ma nawet głos Austine’a Carra (to jest jeden z dwóch powodów dla których warto oglądać CAVS). Drugi to K. Irving. Ten chłopak ma chyba jakiś układ z Hermesem, który pożycza mu sandały ze skrzydełkami. Dzieciak jest naprawdę ponad przeciętnie szybki. (spokojnie Bibby obejrzy to co się stało dopiero na powtórkach). I jak on kryje piłkę. Oczywiście w jego grze jeszcze sporo mankamentów, niedociągnięć, ale za dwa, trzy lata? Sky is the limit. Bezsprzecznie Rookie Roku.

No cóż po wczorajszej konfrontacji z CAVs na mapie NBA trzeba zaznaczyć na korkowej tablicy trzy nowe nazwiska – S. Samuels, M. Harris, L. Harangody. Ci trzej muszkieterzy przekręcili NYK. Szczerze do wczoraj nie wiedziałem, że ktoś taki jak Manny H. w ogóle istnieje. Trójka z 41 stóp? WOW! Spodziewalibyście się? Kto stawiał na CAVs?

 

Ja wiem. Będzie zaraz spora grupa czytelników (Stefan pewnie jej Prezesem) którzy będą udowadniać, że ta porażka to był zamach. To takie modne dziś. Dowodem na to będą uchachane pysie w 4Q, Chandler i Melo na ławce, granie na stojąco, celowo nietrafione rzuty… Oczywiście. W myśl tej genialnej strategii rozumiem, że w niedzielę przegrywamy z ATL, odpuszczamy LAC i dajemy 8 zwycięstwo CHA… Doktor No by tego nie wymyślił. Panowie zapalać kłonice i pod Pałac…

Jeżeli nawet jest taki sekretny plan żeby dać PHI – 7 miejsce i uniknąć w ten sposób MIA to… koncepcja ta jest chora z definicji. Takie szachy i próby ustawiania się w drabince rzadko kiedy kończą się powodzeniem. Na ogół skutek jest odwrotny do zaplanowanego… Rozumiem, że mniej lub bardziej świadomie chłopcy i sztab trenerski ustawiają sobie w głowie dojmujacą myśl– MIA jest za silne żeby je pokonać, celowo schodzimy im z drogi, taktycznie. Kodujemy w sobie strach przed James’em i spółką. Brawo. Nie wierzymy w siebie. Nie czujemy się na tyle mocni. Trafimy ich dopiero w finale Wschodu. Płonne nadzieje. I ta wiara, że CHI jest łatwiejsze w obyciu… Skąd taki pomysł? Publiczność tego nie kupi. Grać trzeba zawsze i do końca.

C. Anthony na teorię spiskową mam jeszcze bardziej spiskową. To już oficjalne. Tak STAT jest dementorem z Azkabanu. Tego faktu już nie da się dłużej ukrywać. Jest wampirem energetycznym. Jest jak żyła wodna. Jak odsysacz tłuszczu. On samą swoją obecnością powoduje, że Melo ma poty, mroczki i z nerwów przestaje być sobą. STAT wydziela takie niewidzialne pole i kiedy Melo w nie wchodzi ten zaczyna żerować na jego witalności. Biedny mały Potter. Czy znów sobie poradzi? Czy znowu zwycięży? Dlaczego ciągle rzuca mu się kłody pod nogi? Dlaczego nie może przeżyć w szkole jednego normalnego semestru? Dowiemy się w kolejnym odcinku… W 2H był tak wydrenowany z mocy, że oddał tylko jeden rzut... Niecelny.

A. Stoudemire – Mr. Kukurydziany. Pierwsze trzy kwarty grał na poziomie tego ofensywnego potwora znad Bosforu – Asika, który opanował do perfekcji grę w tempie powtórkowym. W 4Q bliżej mu było do cienia z siebie sprzed roku. Mam wrażenie, że wyszczuplał, wysmuklał. Była jak trzcina kołysząca się na wietrze. Dostojny. Nie łamliwy. Giętki wręcz.

T. Chandler – to on w ogóle grał? Jeden z najsłabszych występów w tym sezonie. Ofensywnie nie istniał. Ale to może winna Bibby’ego. Pohańbiony przez S. Samuelsa. Wstyd Panie Tyson. Kompromka.

I. Shumpert – miał jakieś pojedyncze szarpnięcia – jeden naprawdę piękny lay up po piwocie – ale statystycznie otarł się o poziom Fieldsa. Bliski mułu i wodorostów.

M. Bibby – ofensywna maszyna śmierci. Powstały z grobu przywołał do siebie jakieś dawne wspomnienia, kiedy w innym życiu robił takie rzeczy. Był równie słodki jak jego fizjonomia… B. Davis cały czas wachta na sedesie… Może z niej długo nie zejść…

J.R. Smith – Lord Dżejar miał wczoraj chwilę sithowskiego uniesienia. Zachłyśnięcia się Dark Sidem i geniuszem własnego jestestwa. Grał trochę za dużo piłką i za dużo pod siebie. Czyli tak jak potrafi najlepiej. Choć… wykręcił aż 6 ast.

L. Fields – bycie rezerwowym to ciągle jest za dużo. Jego gra osiąga niebotyczny poziom trybun. I to tych rzędów zaraz przy wyjściu. Jak Bill Walker jest gorszy? W czym? No powiedzcie sami. Jego rzut wymaga wizyty u mechanika samochodowego. Jest tak zdeformowany jak twarz Jocelyn Wildenstain. Niech was nie zmyli 4Q. To było jedzenie spadów ze stołu…

T. Douglas – a więc Tony osiągnął w tym sezonie jakiś osobisty sukces. Tak. Został bezsprzecznie najbardziej beznadziejnym PG w całej lidze. Ale wczoraj pobił również swój osobisty rekord w zbiórkach ofensywnych- zgarniając ich całe 6. Ten sezon nie może być zatem tak ostatecznie przekreślony i spisany na straty. Jest jakiś promyk nadziei. Jutrzenka. Może uda się wysłać ich do tego mechanika od rzutu razem z Fieldsem? Byłby jakiś discount od razu? Moim zdaniem strata czasu. Taniej byłoby ich zezłomować…

S. Novak – zrobił swoje. Dziarskim polskim krokiem idzie utartą drogą po tytuł najskuteczniejszego zawodnika za trzy w tym sezonie. Chandler pewnie będzie zwycięzcą w tej kategorii za dwa. Czy ktokol wiek widział, ktokolwiek wie, żeby w historii oba te zaszczytne tytuły przypadały graczom z jednej drużyny? To już nadmiar szczęścia. Za samo to powinno się rozstawiać zespół pierwszej czwórce w PO.

J. Harrellson – Jest jak Angela z Psów (no może ładniejszy). Bo M. Woodson tak jakoś mu nie ufa i tak jakoś go nie kocha…

To już oficjalne Dan Gadzuric Knicksem. Billy Walker spuszczony ze smyczy... Następny przystanek PLK?

08:05, znykajacy
Link Komentarze (29) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

Ostatni wyjazd na wieś... Do tych łąk, wierzb i sitowia...

Do tego pięknego miejsca, jakim jest Newark NJ miasto o kilku obliczach.

W moim świecie linią graniczną była Newark Penn Station – stacją kolejową, która pełniła rolę lustra w Alicji z Krainy czarów. Na zachód od lustra - Downtown wciśnięty między McCarter Highway i Broad Street, gdzie znajdują się wieżowce, biurowce, Prudential Center, siedziby agend rządowych w tym nowy budynek FBI (pamiętam, że 11 września uciekałem z centrum uznając, że jest potencjalnym miejscem ataku. Przez długi czas potem kilka kwadratów w centrum było ogrodzonych płotkami i szczelnie pilnowanych przez patrole policji). Ludzie w garniturach, z aluminiowymi kubkami na kawę, laptopami, trwale złączeni narządami słuchowymi z komórkami, zawsze idący sprężystym krokiem... Dalej jeszcze na zachód wspomniana Broad Street, która też była swoistym egzystencjalnym limesem oddzielającym świat białego i czarnego człowieka. Nienapisana granica kultury i cywilizacji za którą rozciągała się terra incognita zbliżona do slamsów... Ziemia dzika, niebezpieczna i nieznana. Pustkowia Chaosu. Chyba nigdy jej nie przekroczyłem. Potem dalej jeszcze na zachód pola pomarańczowe – jeszcze bardziej przygnębiające Orange i East Orange i dla kontrastu piękne West i South Orange ze domami w stylu południowym, ogrodami, starymi drzewami. Wszak New Jersey, o czym się nie do końca pamięta to Garden State. Po drugiej stronie lustra na wschód od Newark Penn Station dzielnica Ironbound. Kolorowa, radosna, tańcząca sambę. Zamieszkała przez portugalsko-brazylijską mniejszość, mająca dość luźny stosunek do języka angielskiego, kultury. Ze swoimi festiwalami, paradami, ulicznymi przedstawieniami, kuchnią. Braliście kiedyś udział w rodizio? Ja nie mogłem patrzyć na mięso przez wiele tygodni... Taka zamknięta autarkiczna enklawa. Świat obok. Oddychający południowym powietrzem, stylem bycia. Leniwie tańczący. Jakiś warsztat samochodowy, na którym zawsze reperowały się te same auta, Eddy przyjaciel wszystkich na ulicy z najbrzydszym psem, jakiego widziałem wabiący się wdzięcznie Lucky, małe zapyziałe centrum handlowe, obywatele demoludów sprzedający karty telefoniczne, rosyjska stacja benzynowa, ryk lądujących, co dwie minuty samolotów na Newark Liberty International Airport pompujących obywateli z całego świata w żyły Ameryki. Jeszcze dalej port z tysiącem kontenerów wyglądających z odległości jak poukładane ściany z klocków lego, dźwigami, ciężarówkami, ociekający ciężką fizyczną pracą.

Nie będzie już tego Newark. Będzie Brooklyn Nets. Ciekawe jak to się podzieli. Które dzielnice NYC staną się Netsowe. To pewnie proces na lata. Czy się uda? LAC zawsze będą tylko ubogim krewnym LAL... Głowa niedoszłego prezydenta Rosji by tak się nie stało. Z pewnością rywalizacja w mieście będzie niezwykle stymulująca. Żeby jeszcze jej poziom sportowy był w miarę wyrównany. Historia pokazuje, że na razie zespoły NJN i NYK mijały się w tym zakresie.

O tym się jakoś mało ostatnio mówi, ale przecież przed nimi letnia Derroniada... Czy da się go przekonać do pozostania? A może odejdzie? Gdzie? Jeśli tak to czy będzie sign&trade i czy NJN dostaną coś w zamian? Dużo pytań... Mnóstwo wątpliwości. Jeżeli Derron zostawi ich sierotami to NJN mają szansę na bycie jednym z najgorszych zespołów przyszłego sezonu. Chociaż może magia NYC przyciągnie tu jakieś ciekawe nazwiska...

Nie potrafię powiedzieć wiele o tych zawodnikach, których oglądałem wczoraj. Prawie ich nie znam. Rozczarował mnie nieco M. Brooks, bo liczyłem, że się trochę poszarpią z Shumpertem. W sumie jedyne pytanie, jakie chciałbym zadać odnośnie Nets to pytanie do G. Wallace’a – jak to robi, że wygląda, że jego włosy wyglądają tak jakby dopiero wyszły spod prysznica.

Mecz z kategorii tych, co to trzeba zobaczyć, ale na za wiele nie można liczyć. Kiedy po pierwszych 6 min. NYK zdobyli 24 pkt. miałem refleksję, że po raz pierwszy w historii jakaś drużyna zdobędzie w meczu 200 pkt. Pomyślałem sobie ten stefan chyba mnie przekonał. NYK idą na mistrza. Z ławką czy spod ławki. A potem się obudziłem. NJN nie podnieśli się z knockdownu po 1Q. W 2 i 3Q było coś tam coś tam, ale JR Smith i Novak wybili im w 4Q takie głupoty z głowy.

C. Anthony – w pierwszej kwarcie był jak świeża bułeczka wysmarowana masłem i miodem. 21 pkt. 8-11, 4-4 za trzy. Wilt Chamberlain zaczął nerwowo robić dwutakty w grobie. Melo grał tak, że przez chwilę myślałem, że przestał być człowiekiem. Jakieś boskie namaszczenie. Szedł na rekord świata. Na mistrza. Na headline’y dzienników telewizyjnych. Potem wrócił do ludzkiej postaci. Sczerstwiał. I nie nadawał się już do jedzenia.

L. Fields – nie słyszałem jeszcze, że można trafić do kosza, kiedy po rzucie piłka unosi się trzydzieści centymetrów nad parkietem. Nie zrozum mnie, źle Landry, ja Cię nie zniechęcam. Próbuj dalej. Tylko zauważam, że Twój rzut, co raz bardziej przypomina zagrywkę w siatkówce...

T. Chandler – jasyru nie było. Próby zatrzymania go kończyły się śmiercią lub kalectwem.

I. Shumpert – bliżej nieokreślona zbiorowość dobrych zagrań.

M. Bibby – B. Davis zaczął swoją Titaniczną monodramę od rozstroju żołądka. To na pewno coś znaczy. Ja słabo znam historię tragedii sprzed stu lat, ale może to jest oparte na jakiś bliżej nieznanych faktach? Nie wiem. Może powodem katastrofy była niestawność kapitana E. Smitha (zbieżność nazwisk przypadkowa). Baron próbuje rzucić chyba jakieś nowe światło. Ta sztuka pięknie się rozwija. Patrzymy. Cóż w zamian za to na scenę wszedł ten substytut substytutu koszykarza.  Bohater bajek, którym mamy straszą swoje pociechy, kiedy nie chcą pić tranu. 36 min. W jego przypadku prawie podwoiło to liczbę minut, jaką spędził w tym sezonie na parkiecie. Chyba od tego nie umrze. Wszak on już wygląda jakby nie żył. Z 8 ast. – po sześciu NYK trafili za trzy. Czyli nie była to wirtuozeria.

J.R. Smith – ja wiem stefan. JR się w 1-3Q tak się tylko kamuflował. 2-11 to była jak zasłona dymna. Jak mgła dezinformacji. Jak potok fałszywych szyfrów. Był jak Hans Kloss przebrany za Szarika. W 4Q chyba udowodnił, że kamuflaż jest podstawą zaskoczenia. Zrobił mi na złość, żebyś mógł powiedzieć, że nasza ławka nie przystawka... LeBron James już podobno nie może spać i zaliczył małe nocne moczonko...

T. Douglas – 7 minut czarnej rozpaczy. Patrząc na jego grę ma się ochotę na samobójstwo... Lepiej by było, żeby zamiast siebie wprowadził na boisko biały ręcznik.

S. Novak – na razie na sequel z Seagalem chwilę poczekamy. A szykuje się rozprawa z wietnamskimi dostawcami kradzionych cążek do chomiczych pazurków...

B. Walker – kiedy wykonał dwutakt zacząłem drapać się po głowie, dlaczego najpierw pokazano powtórkę akcji. Zawsze jest odwrotnie. Komputer się zepsuł? Nie. Działał prawidłowo. Orczy Książe po prostu wrócił z planety o innej grawitacji. Ale wrócił!  

J. Harrellson – 8 minut podziwiania jego nowych wąsów, czego zupełnie nie można powiedzieć o grze.

J. Jordan – doskonały. Perfekcyjny. Był jak kropka na „i”. Jak wykrzyknik. Jak znak markowy na opakowaniu. Dobije do tych stu minut w tym sezonie? Realnie w meczach z CLE i CHA powinien złapać te brakujące 16... W Redakcji trzymamy kciuki.

12:16, znykajacy
Link Komentarze (43) »
środa, 18 kwietnia 2012

Przy okazji poprzedniego meczu z BOS napisałem tak trochę rzewnie i pożegnalnie, że to już koniec ery wielkich Celtów ostatnich pięciu lat. Że to ostatni taki mecz z NYK. (no może w jakimś sensie ten poprzedni mecz był jednak ostatni bo wczoraj nie zagrał Ray Ray). Że próchno już przeziera, że rdza odpada płatami i zasadniczo koło kolanek i nóżek KG, Pierce’a czy Allena zaczynają kłębić się grupy wygłodniałych złomiarzy (chociaż KG wygląda w tym sezonie tak rześko jak Sławek Peszko na komisariacie w Kolonii). Odśpiewałem nawet wraz z uroczą siódemką austriackich dzieci kapitana Von Trappa – Liesla, Lousią, Friedrichem, Kurtem, Brigittą, Martą, Gretą niezapomniane “So long, Farewell” z Dźwięków Muzyki.

Wydawało mi się, że Danny Ainge pociągnie za cyngiel swojego rewolweru i dokona jakiegoś zwrotu przez burtę po ASG. Nic takiego się jeszcze nie stało... Ale patrząc na spokojnie... Czy to się faktycznie stanie? KG i Allenowi kończą się kontrakty i teoretycznie schodzą z pay rolla. Co by nie powiedzieć ponad 30m USD. Trudno się spodziewać, żeby mieli jeszcze jakieś wygórowane oczekiwania finansowe. Ich czas gry dla pieniędzy definitywnie się skończył i chyba nie jest ciągle najważniejszą motywacją. To już jest tylko koszykówka dla przyjemności. Czy będą chcieli pójść gdzie indziej? Taki KG do MIA? Lovely. Allen do Lakers? Nie wiem. Może. Wydaje mi się jednak, że woleliby grać za jakieś niewielkie kwoty dla weteranów, nawet drugim unicie, byle w BOS z Riversem. Problem BOS polega też na tym, że nie bardzo jest, kogo oddać w wymianie by pozyskać jakiś ciekawy asset– bo z dużymi kontraktami jest tylko P. Pierce i R. Rondo (który podobno na roadshow jest już od roku). Pierce ma pewnie ambicje połknąć rekordową zdobycz Havlicka... A Rondo... Coż trudno o większego twardziela niż on.  Prawdę mówiąc zostają tylko wolni agenci... El..y zauważył ze trzy impresje temu, że jakoś tam wielcy zawodnicy się do Bostonu nie kwapią... Czyżby dlatego, że to jednak ta bardziej biała Ameryka, irlandzka, trochę bardziej szowinistyczna, niechętna nie swoim. Lubiąca Guinnessa i ziemniaki? Przypominam, że Billa Russell przez dziesięciolecia nie mógł doczekać się pomnika... Dopiero interwencja Prezydenta Obamy zakończyła wieloletni spór czy Bill jest godzien aby...

Wiem, że wielu z Was podniesie wielki krzyk, ale ja się ostatnio dałem wkręcić w ten odchodzący BOS. Obiektywnie grają fenomenalnie. Obrona, KG na centrze, wiecznie głodny i skrzywiony Pierce... Allen z ławki, Rondo grający mecz w mecz na 10+ asyst, Bass ze swoim jumperem, ten niesamowity Bradley, Stiemsma – człowiek granatem oderwany od siekiery w jakiejś finlandzkiej głuszy. To jak Rivers wyciska ich jak cytrynę jest warte CoY. Jest w tym wszystkim coś, co nie pozwala mi przejść w tym sezonie obok BOS. W PO moje serce w pierwszej kolejności będzie zielone.

Teraz do meritum. Moim zdaniem NYK zagrali najlepszą 1H od czasu powstania impresji. To była po prostu totalna miazga. BOS stał i się głupkowato przyglądał jak Novak i JR zorganizowali sobie prywatny klub strzelecki. To był odstrzał zwierzyny w kole łowieckim w lesie kampinoskim. Fenomenalna dyspozycja rzutowa. Szkoda, że temu duetowi nie mógł zawtórować Allen. Mina Doc’a Riversa bezcenna. Myślę, że największym sukcesem jest to, że NYK wytrzymali napór BOS w 4Q i nie dali sobie wyrwać zwycięstwa, co w przeszłości zdarzało się zbyt często i zbyt boleśnie. Takie symboliczne psychiczne przełamanie na koniec... Ten mecz byłby TOP 10 tego sezonu gdyby urodziła się jeszcze jakaś końcówka. No cóż. Czasem nie można mieć wszystkiego.

W tym sezonie -NYK- BOS – 2-2.

Oddając, Stefanowi co Stefanowe. Tak ławka BOS była wczoraj słabsza. 55-2.

C. Anthony  - triple double. Czy może grać jeszcze lepiej? Jest wszędzie. Jest nie do zatrzymania. Tak jakby się uwolnił, ze wszystkich swoich frustracji. Leków. Podrażnionych ambicji. Niechęci kibiców. Przepoczwarzony. Zmotylony. On frunie. To jest jego czas. Nie jakiegoś tam rybona Lina, nie STATa kamrata. Wszyscy na niego patrzą i wszyscy na niego liczą. Te ochy i achy są dla niego. Żywi się nimi. Jego gwiazda świeci pełnym blaskiem. Upojony tryumfem. Morderca o twarzy pogryzionej przez pszczoły...

L. Fields – totalna gra na alibi. Jego nie skazałby sam J. E. Hoover. Ma jakieś chroniczne uczulenie na ten BOS. Może w dzieciństwie rodzicie wmuszali w niego szpinak? Chłopaku od tego jest stoperal... Albo pieluchomajtki. Ogarnij się.

T. Chandler –Nie napotkał godnego przeciwnika, więc zadowolił się rozszarpaniem kobiet i dzieci... Nie brał jeńców.

B. Davis – to już oficjalne. Baron celebruje 100-lecie zatonięcia Titanica. Przygotował na tę okoliczność specjalny performance. I nadzwyczajną formę. W kolejnych odcinkach ma zderzyć się z górą lodową i zacząć tonąc. Leonardo di Caprio już się martwi, że odbiorą mu Oscara Złote Maliny za Człowieka w "Żelaznej masce...". Wczoraj byłem naprawdę przerażony. Grał po raz pierwszy bez opaski, która spajała w jedno jego zespawane ciało. Tylko cudem się nie rozsypał na części. Ok. Na koniec trochę telepały nogi.

I. Shumpert – słaby. Na obu końcach boiska. BOS walec przetoczył się po nim jak prasa brukowa po Grycankach. Więcej pokory dla starszych, synku.

J.R. Smith – tego słowa nie opiszą, czego język nie wypowie, o czym głowa nie pomyśli. Jest jak aforyzm Dickensa - Od szaleństwa do szaleństwa - takie jest życie! Nie wiem, co on wczoraj wziął przed tym meczem, ale podejrzewam, że to mogła być nitrogliceryna w czopkach. Obiektywnie wgniótł mnie w podłogę.

M. Bibby – tak długo w tym sezonie jeszcze nie grał. Przed oczami podobno pojawiły mu się czerwone plamy i w przerwach podawano mu tlen. On ma tylko być na boisku tylko tym piątym i doprowadzać piłkę do obwodu przeciwnika. Potem ma się już nie wtrącać. Wywiązuje się z tego zadania wspaniale. W obronie ma się nie ruszać. Co również doskonale mu się udaje.

J. Jeffries – w prawie sześciu minutach trzeba było otworzyć śluzę w kolanie, żeby spuścić trochę wody do rzeki Hudson... Ten człowiek mógłby być hydrologiczna nadzieją Sahary...

S. Novak – mecz życia... Był lepszy niż pluton egzekucyjny. 8-10 za trzy. To jest materiał do filmu sensacyjnego. „Stevenów dwóch”. On w duecie ze Steven’em Seagal’em. Nico i Novak. Dwóch policjantów z LA. Rozpracowują szajkę filipińskich szmuglerów aluminiowych felg, którzy podróbami niszczą amerykański przemysł samochodowy. Film pełen pościgów skuterem za pędzącym metrem, opukiwania kontenerów drewnianą łyżeczką, i oklepanych dowcipów o Polakach. Filipińczycy nastają na życie naszych bohaterów. W komisariacie jest wtyka, która informuje złoczyńców o wszystkich ruchach dzielnych policjantów (w tej roli gościnnie JR Smith). Organizują zasadzkę porcie. Krew leje się strumieniami. Novak nie pudłuje. Seagal zabija Filipińczyków samym spojrzeniem. Felgi kręcą się po ekranie. W finałowej scenie Nowak zabija Smitha. Ale ma moralna rozterkę. JR zawsze dbał o jego kota, kiedy ten jeździł na wakacje. Służba krajowi jednak przeważa nad ciepły kątem dla futrzaka. Oddając ostatnie tchnienie Smith szepcze – wiedziałeś, że Kłębuszek najbardziej lubi, kiedy go smyrać pod ogonkiem... Nowak zaczyna łkać... Zastanawia się gdzie popełnił błąd...THE END.

11:13, znykajacy
Link Komentarze (42) »
 
1 , 2 , 3

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje