RSS
czwartek, 31 maja 2012

Draftowa przednoc. Nie wiem jak Wy, ale ja się, co roku wkręcam. Już jestem po lekturze DA’s Big Board (jest parę językowych perełek – np. o grze niejakiego Xaviera Gibsona ktoś powiedział – „a stripper who doesn't take his clothes off”), teraz studiuję nbadraft.net i draftexpress. Bo szachy zaczęły się tak naprawdę dziś. Noce taka jak ta decydują o historii koszykówki NBA. Czy SAS byliby tą drużyną, gdyby nie wylosowali jedynki i w konsekwencji T. Duncana? A ORL czy mieliby swoje chwile uniesienia, gdy wyciągnęli prawa do Shaq a potem Penny’ego? Oczywiście losowanie numerków to jeszcze nie ostateczny wybór. Ale dla takiego Anthony’ego Davisa wszystko stało się jasne.  Pojedzie do Nowego Orelanu na lekcje jazzu. (no i co teraz Panie Kaman i Gordon? - nadal chcecie uciekać?) Dla takiego Michael’a Kidd-Gilchrista czy Thomasa Robinsona też stało się jasne, że pójdą do CHA albo WAS, ale już nie do POR (ależ Brooklyn się przejechał na dealu z oregończykami). Spekulacji będzie jeszcze mnóstwo, lecz będą one już mniej… spekulacyjne... Dominko zaraz zacznie się układać.

Cieszę się oczywiście okropnie, że CHA nie wygrało loteryjki. Ten, Który Zmarnował Moją Młodość może być czasem drugi. Na marginesie – MJ upset Ewing again – oświadczając mu, że nie będzie trenerem CHA. Szorstka przyjaźń. Szkoda. Po wykopyrzdaniu SVG z ORL zdaje się, że Pat musi sobie szukać nowej asystentury. Powodzenia Wielka Stopo.

Generalnie kolejność wyborów w drafcie właściwie taka właściwe matematyczna. Mało kto poszedł w górę. Zdaje się, że CLE się przesunęło.

NYK trochę na marginesie tych numerologicznych rozważań. Wybór z nr 48 oznacza, że zawodnik, który dostąpi zaszczytu noszenia dresu za Melo jest więcej niż przypadkowy. Weźmie się, co będzie na stole. To coś może nawet nie umieć grać w koszykówkę.

Kogo NYK potrzebują?

Waham się.

Przydałoby się coś na PG. Jest Lin z jego łąkotką, Douglas (nie wiem czy to ma jeszcze status koszykarza). Do tego pewnie utuli się jakiegoś weterana (Bibby?) i to chyba zasadniczo wystarczy (są tacy którzy uważają, że tym weteranem może być R. Felton albo A. Miller. Panowie poproszę pod język to samo, co Wy). Numer 48 na back upie? No może. Czytam, że w departamencie rozgrywających ten draft jest cienki jak lód w lipcu na rzece Nil... więc dlaczego nie?

Na work outach pojawiły się trzy gorące kartofelki o delikatnym posmaku nowojorskim...

Tu Holloway – dorastał w Hempstead, (Long Island) wraz z babcią. Gdzie byli rodzice? Nie wiadomo? Będzie to przedmiotem zapewne jakieś rzewnej opowieści jakieś spotkanie po latach, wybaczenie etc. (Są już jakieś namiastki takich wynurzeń. Ja już to zostawię. Jak ktoś potrzebuje silnych wzruszeń to zapraszam na powtórki odcinków Klanu). Tu (od Terrell) nie ma zamiaru kupować drogiego apartamentu. Wprowadza się znowu do babci gdzie będzie pustoszył jej lodówkę. To taki patent na A. Rautinsa z czasów lock-outu. Zawsze jest jeszcze kanapa Landry’ego. Wypróbowane legowisko. Holloway jest na razie bardzo dobrze pamiętany za bójkę, która miała miejsce w grudniu między graczami Xavier i Cincinnati. Pokazał, że pięści ma szybsze od myśli. Kosztowało go to zawieszonko i ktoś powiedział, że cała jego pewność siebie, arogancja i bezczelność uleciała z niego po tym zdarzeniu jak kamfora... Tu to jest już inny człowiek. Refleksyjny. Melancholijny. Czujący. Holloway ma być combosem (z akcentem na SG) o silnym parciu na posiadanie piłki w końcówkach spotkań. Nie oddaje wtedy gry i nie ma w nim krztyny strachu przed rzutem ostatniej szansy. Melo go pokocha, a JR usypie pomnik z piasku. Do tego dysponuje niesamowitym rozstawem ramion. Kiedy je opuści kaleczy sobie kłykcie szorując nimi po podłożu. Podobno potrafi symultanicznie przybić piątki z widzami siedzącymi po przeciwnych stronach boiska. I to siedzących w szóstych rzędach. Niesamowite. Tyle plusów. Minusy. Ma 5-11 w butach na koturnach ala Prince. Przy tym wzroście przeciwnicy będą blokowali jego rzuty twarzą... Mówi się, że gra w kółko i krzyżyk jest mniej schematyczna niż jego gra w ataku. Uwielbia fadeway’e, ale nie ma za bardzo o nich pojęcia. Jego mechanika rzutu kładzie się cieniem na prawdziwość teorii ewolucji. Nie umie za bardzo rzucać za trzy, a szybkościowo kiedyś ponoć biegnąc prześcignął płynącego człowieka. To jest wyczyn. Niektórzy porównują go do Isaiah Thomas’a z SAC. Niektórzy powinni odstawić leki.

 

Scott Machado – nieodrodny syn Queens. Lin jest dla niego inspiracją. Uważa, że może być S. Nashem tylko grającym w obronie. No kogutem to on jest. A właściwie kurczaczkiem. Bo to też takie 6-0/6-1, 90 kilo. Podobno nie za bardzo podskakuje (dosiężnego ma tak z pół metra). Ale miał średnio najwięcej asyst w całym kraju – prawie 10. Mówi się, że nikt tak jak on nie dostarcza. Nawet Poczta Polska jest przy nim jak szkolna agencja wysyłkowa. Tyle, że ta liga (MAAC), w której podawał jest na poziomie tak lekko półamatorskim. Podobno w tranzycji jest jakimś królem nie z tego świata i w ostatnim roku studiów nawet trochę nauczył się rzucać. W oczach ma zupełny przegląd pola nawet w zakresie tego, co się dzieje z tyłu głowy. W ostatnim sezonie raz przekroczył 20 pkt. co sprawia, że jest idealnym przyjacielem dla STATa.  Niestety jest wolniejszy niż Tu Holloway, co naprawdę jest sporym osiągnięciem. W obronie nie słyszał o kryciu jeden na jednego bo Iona grała zawsze zoną. To może być obiektywnie problem. MDA by go pokochał. Kto wie może nawet adoptował?

Scoop Jardine – opinie, co do jego udziału w drafcie są podzielone z akcentem, że raczej będzie szukał swojej drugiej szansy w SL. Na razie Scoop (imię jest epokowe) opowiada, że jako wychowanek Syracuse, on i Melo są jak mleczni bracia. Do tego narzuca medialną narrację, że Pucułowaty był z nim w permanentnym kontakcie smsowym i naprowadzał go na cel (czytaj: rekrutował nowy narybek Dark Side’u). Próbowałem obejrzeć jego highlighty. 12 min. Fajnie. W pierwszych pięciu akcjach zrobił pięć lay –upów sam na sam z koszem i lekko wymiękłem. Jeśli ktoś obejrzał dalej i przekona mnie, że jest tam coś wartego zobaczenia to proszę niech da znać. Jeżeli to jest jego taśma prawdy to nie wróży to nic wielkiego. 6-3. 100 kg. Taki krągły, duży. Szybkościowo na poziomie wózka widłowego z paletami. Podobno lubi i chce dzielić się piłką z innymi, ale jest obawa, co do tego czy to w ogóle potrafi.

Szczerze mówiąc żaden z nich mnie specjalnie nie zaintrygował. Scoop jest naprawdę dziwny. A ci pozostali dwaj mali tacy, wątli. Ja wiem ktoś powie a Lawson, Holiday czy Jennings to niby więksi? No nie są. Ale na pewno szybsi. Zobaczymy. Czasu jest jeszcze sporo.

Patrzę jeszcze na tablicę draftu. Takie GSW, POR czy CLE mają po cztery wybory w drafcie. GSW (7, 30, 35, 52), POR (6, 11, 40, 41), CLE (4, 24, 33, 34). To są zanętki. Można by coś podkupić. Albo przehandlować Douglasa za taki drugrundowy pick podsypanych dularami? Walczyć Grunwald, walczyć!

O pozostałych pozycjach i potencjalnych brankach w następnej części draftowych rewolucji.

12:28, znykajacy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 28 maja 2012

Przedstawiam kolejne dzieło wielkiego hatamoto77 (prosimy o więcej). (przypominam poprzednią odsłonę NI 481)

Dżin z ToKnickiem

Niniejszym informuję, że z okazji tej kolejnej twórczej odsłony naszego prześmiewczego wizażysty oficjalnie zmieniła się nazwa bloga (bo niektórzy nadal byli skonfudowani, a być może nawet wprowadzeni w błąd).

Vox populi. Vox Dei. Nie wiedziałem, że przywiązanie do marki jest tak wielkie. Posypuję głowę popiołem. Przepraszam. Nie chciałem.

Nadajemy odtąd jako Nowojorskie Ironie (za nieocenioną pomoc w dokonaniu tej subtelnej a jednak ważkiej zmiany jak zawsze (podzięki dla niezastąpionego emsiego)...

21:09, znykajacy
Link Komentarze (21) »
sobota, 26 maja 2012

Zostawiam na potrzeby tych rozważań toczące postępowanie arbitrażowe, o którym pisałem w NI (519) (źródła podają, że rozstrzygnięcie zapadnie w połowie czerwca). Nie wierzę w pozytywny werdykt. Gdybym jednak się pomylił – zrobimy stosowny update do poniższych rozważań.

Zacznijmy teoretycznie – czyli historia pewnego „fartuszka”

W uproszczeniu. W nowym CBA jest postanowienie, z którego wynika, że drużyna zaczyna płacić salary tax po przekroczeniu 70m USD. Udało się jednak wywalczyć zawodnikom pewną koncesję – zwaną słodko fartuszkiem – „apron” - zgodnie z którą wszelkie restrykcje związane z przekroczeniem salary cap atakują wściekle dopiero po przekroczeniu 74 mln USD.

Ograniczeń związanych z przekroczeniem fartuszka jest kilka.  Tak tylko dla przykładu. Zespoły które przekroczą próg 74 mln. nie mogą wykorzystać Bi-annual exception, od sezonu 2013-14, nie będą mogły nabyć zawodnika w formule sign-and-trade.

To co jest najistotniejsze dla NYK na chwilę obecną to jest wysokość MLE w zależności do fartuszka.

Jeżeli drużyna jest poniżej fartuszka, jej MLE wynosi 5m USD, jeżeli jest powyżej – 3m USD. Proste?

Wysokość dopuszczalnego MLE bada się przed jego wykonaniem. Czyli jeżeli po hipotetycznym zaproponowaniu zawodnikowi MLE za 5 mln USD drużyna przekroczyłaby poziom 74m USD to znaczy, że MLE w tej wysokości jej nie przysługuje i istnieje tylko MLE za skromne trzy miliony.

Wykonanie MLE za 5m USD (czyli – non tax payer midlevel exception) podobnie jak MLE za 3m USD (czyli - tax payer midlevel exception) powoduje, że 74mln USD staje się w istocie hard capem – co oznacza, że kwotowo tej sumy w wynagrodzeniach już przekroczyć nie wolno (z wyjątkami przewidzianym na pensje pierwszorudnowych draft picków czy kontrakty minimalne)

No to teraz po tej chwili teoretycznej zadumy czas zajrzeć do portfela. Zakładam, że salary cap będzie na podobnym poziomie jak w zeszłym roku czyli 58 mln USD.

STAT, MELO, CHANDLER, BALKMAN, SHUMPERT, DOUGLAS

To teraz – STAT (20), Melo (20), Chandler (13)– łącznie wybierają z kasy 53 mln USD. Trzeba dodać do tego 1.6m USD Balkmana (tak, tak stary Talib bije w cap - szczęśliwie tylko w tym roku), Shumperta 1.6m USD. NYK 25 stycznia 2012 w amoku wykonali opcję na Douglasa – 2.1m USD - ależ to dziś kąsa w poślady. To już jest 58m USD. Ładnie.

16m USD do wykorzystania.

Patrzmy dalej.

J.R. SMITH

Misio- Śmisio ten mały rozbójniczek ma opcję w wysokości 2.4m USD do wykonania na przyszły sezon. Głodowa pensja jak na takiego zabójcę parkietów, kilera, cudowne dziecko New Jersey. Ciemna moc musi się cenić. Dlatego czując przecież swoją ogromną wartość nasz Sith może jej nie wykonać i wystąpić w programie – „Taniec z rynkiem”. Zresztą tatuńcio Lorda JR – nie pozostawił złudzeń i już zapowiedział – kochani liczy się klopsik poukładany w równych kupkach lub rządkach. Mój synek jest kompletnie spłukany, więc czekamy tylko na poważne oferty… Ciekawe skąd miał na kaucję. Smith może zrobić zatem trzy rzeczy. Pierwsza wykonać opcję. Unlikely. Druga rzecz nie wykonywać opcji i dostać jakieś 12/13 mln USD gdzieś indziej (to jest moim zdaniem jego realna wartość rynkowa). Ale może też nie wykonywać opcji, skorzystać z Małego Ptaka i nadal podpisując się z NYK, złapać 20% podwyżkę (wtedy jego kontrakt wyniesie takie 3mln). W tym ostatnim wariancie to NYK mają piłeczkę w ogródku i sami mogą zdecydować, czy zamoczyć pióro w inkauście.

Ale co zrobi Smith? Kto to może wiedzieć? Czy wie to on sam? Zależy co wypali. Na razie rozgrywa to na twitterze. Najpierw zaczął od tego, że w NYC nikt go nie lubi potem stwierdził, potem że chce zostać…  Zdecydować się musi chyba do 26 czerwca. Czekamy.

Załóżmy, że się przedłuży za 3mln.

Do wykorzystania 13m USD.  

JEREMY LIN

Czas zapłaty. W życiu nie ma nic za darmo. Mieliśmy swoje Linsanity. Chwilę marzeń. Chwilę snów. Teraz trzeba się będzie policzyć. Lin robi tzw. cash in.. Może naprawdę troszkę pofoszyć. Nastroszyć piórka. I to nawet nie on, ale jego usta. Agent - Roger Motgomery – zapamiętacie to nazwisko bo będzie on z pewnością bohaterem czerwca większym niż prezes Summer- już zaczął agenturalną gierkę – nic nie jest pewne (zostanie w NYK), nic nie jest wycięte w kamieniu… Taaaa…

Sytuacja jest dość prosta. Lin jest RFA, a NYK wykorzystując regułę Gilerta Arenasa mogą każdą ofertę z miasta zawsze wyrównać – czyli wszystko w rękach menadżmentu NYK. Tyle, że... jest mały bolesny haczyk. NYK w pierwszych dwóch latach nie mogą… dać Jeremy’emu więcej niż full MLE – czyli 5m USD. (by być dokładnym 5m. USD w pierwszym roku i 5.25m USD w drugim roku kontraktu).  Natomiast w roku 3 i 4 mogą…dziać się cuda. Lin teoretycznie może dostać odpowiednio 12 i 13 mln USD… Bo teoretycznie inne drużyny mogą zaproponować 4 razy po 9. Fajnie? Bardzo. Na pewno dla Lina. 36 milionów w 4 lata… Pysznie. Prawie jak Gortat. Co robię na miejscu Prokhorova, kiedy widzę, że D-Will przecieka mi przez palce? Wciskam kij w mrowisko. I doginam kolanem. Chcę przyciągnąć Brooklyn do hali. Zabieram nowego idola NYK. Stawiam taki znak równości. Daję 1 lipca Linowi maksymalną gaże i patrzę jak Grunwald skręca się usychając do fikusa, za którym nadal jest schowany. Wybucha wojna w mieście. NYK nie mogą wypuścić Lina (krosna w Chinach są ważniejsze niż cokolwiek innego) i… będąc na musku wyrównują taką ofertę. Niby nic takiego… ale w… latach 2013/2014 NYK są kontraktowo na twardo powyżej 74m USD (zakładając, że wszyscy są zdrowi a STAT nadal nie spotka gaśnicy swojego życia). To może być piękny rok… Mocna zagrywka. Zespołów, które mogą chcieć wyciąć taki numer jest podobni kilka (muszą być 9 mln pod capem) – TOR (już w kanadyjskiej głuszy się o tym popiskuje), DAL, PHX, POR, IND, NOH… Różna motywacja – takie TOR może chcieć sprowadzić na trybuny nowe stada reniferów i kolonie Eskimosów.

Teraz jest jedna rzecz, której nie wiem do końca. Czy NYK mogą podpisać z Linem umowę przed tym jak jakikolwiek inny zespół cokolwiek mu zaproponuje? Np. za poniżej 3m USD, żeby nie wykorzystywać całego MLE, żeby ten nie stawał się hard capem na poziomie 74m USD.

Abstrahując od tego, czy tak można zrobić i nawet załóżmy roboczo, że tak to… dlaczego Lin miałby to robić? Bo jest taki miły? Bo rozumie, że jak weźmie więcej to utopi całą drużynę finansowo? Ponieważ patrzy dalej widzi więcej, stać go na wspanialomyślność. Sorry, ale nie. Jego czas jest teraz. Zgarnia to co jest najlepsze dla niego. A wiadomo, czy jutro jadący tir nie urwie mu nogi, albo kosmici nie porwą go do jakiś paskudnych eksperymentów? Kto wie gdzie jest dziś jego łąkotka? Może już nigdy nie zbliży się do występów z lutego (bardzo możliwe). Teraz jest najmocniejszy negocjacyjnie. Dlaczego ma więc osłabiać swoją pozycję. Moim zdaniem będzie czekał do końca i poczeka jak NYK wyrównają ofertę zgrzytając zębami. Wielu ludzi nazwie go paskudnym wstrętnym chciwusem, który nie umiał się poświęcić dla narodu, kraju, Polski. Dajcie spokój z tym patosem. Każdy jest kowalem swojego losu, którym kieruje merkantylny egoizm. Altruizmem nie da się płacić rachunków za prąd i wodę. Lin musi wziąć pełne MLE za dwa lata i być może jeszcze, coś więcej w 3 i 4 roku. I nikt, ale to nikt nie ma prawa się krzywo na to patrzeć.

No dobrze. To skoro tak być musi to jesteśmy w sytuacji w której 74m USD jest hard capem, a NYK są na poziomie… 66m USD. Zostaje małe 9m USD do wykorzystania…

LANDRY FIELDS

Landry ma Małego Ptaka (bez głupich skojarzeń). NYK mają prawo wyrównać każdą ofertę i sufit jest na poziomie 5 mln. No co E..ly nadal uważasz, że Landry jest dość świetny za piątkę? Ja się trochę waham. Szczerze? Nie jest wart połowy tej kwoty. Ktoś się połaszczy? Może. Dlatego jeżeli z miasta przyjdzie fax, że ktoś oferuje mu takie numery to trzeba go skreślić i podziękować za wszystkie odcinki Andy and Landry show. To miły chłopak jest i wiecie jak go lubię, ale koszykarz to najwyżej przeciętny. Wiem, tego głosu żal. Kto zaśpiewa Happy birthday Mr. President? Linowi pęknie serce. Ehhh… Załóżmy, jednak najgorszy scenariusz – NYK – dają mu te pięć milionów bo interweniuje Spike Lee...

OK. 4m USD wykorzystania.

STEVEN NOVAK

Wolny agent. Wolny ptak. NYK mogą dać mu bi-anual exception, czyli 2mln. Ale to może być mało. On pewnie dziś w dziwnych pewnych kręgach może być warty ze czwóreczkę. Ktoś mógł mu to nawet wmówić. Tyle pewnie NYK nie będą chcieli i nie będą w stanie mu dać. Załóżmy, że Rysio jednak nie zadaje pytania Maciusia – „Gdzie są moje pieniądze” i bierze tego bianuala. Ok. Jak nie on to z pewnością należy się ten kawałek tortu temu defensywnemu słońcu Karpat – Jaredowi Jeffriesowi. Za niekończący się staranie, gotowość i hydratację kolana, z którego nic nie wynika.

2m USD do wykorzystania. 

JOSH HARRELSON

NYK mają opcję do wykonania na 0.7m USD. Nie wiem, co z nim będzie. Trener Woo ma uzasadnione okolicznościami ograniczone zaufanie do jego osoby. Ja go rozumiem. 0.7m USD to nie są wielkie pieniądze. Ale grosz do grosza…  Jak taki  Gadzurić odnajdzie swój pazur, albo w drafcie trafi się zawodnik o gabarytach gdańskiej szafy to… Josh może być wolny od NBA choć pewnie gdzieś się przytuli… Kotwica? Obstawiam, że jednak zostaje co golibrodzi w NYC napiszą specjalną petycję do Właściciela.

1m USD do wykorzystania.

JEROME JORDAN

Też ma 0.7m USD w przyszłym sezonie tyle, że to kwota niegwarantowana. Czyli jak się go wyrzuci i oczyści go domestosem z waiverów to nie liczy się przeciwko salary cap. Raczej zostanie. Kursujący do Erie.

To daje 11 zawodników. Plus jeden nowicjusz z poboru. 12. Musi być 15.

W  pozostałym zakresie już trzeba się posiłkować Mimimum Salary Exception (dywagacje kto, co zostawmy sobie na kolejne wakacyjno ogórkowe impresje)

Tzw. "Inni"

BARON DAVIS

On już chyba do sportu nie wróci. Boję się, że się już na parkiet raczej dotoczy niż dojdzie. Rok w łupkach przy jego spuście… Ci z fast foodów zacierają tłuste rączki. Jest szansą na zwiększenie obrotów. Słabo to widzę Baron. NYK go nie przedłużą.

MIKE BIBBY

Na minimkę to pewnie realnie może liczyć. Ale jak się znajdzie na rynku coś troszeczkę szybszego od trzykołowego rowerka to jego szanse na pozostanie w składzie maleją… Idź Ty już synku straszyć gdzie indziej. Idź i nie krzywdź więcej.

DAN GADZURIC

Na pewno...

BILL WALKER

WIERZĘ!!! Wróć za minimalka!


Konkluzja.

Rozczaruję Was. NYK w postseasonie będą raczej pasywni. I to jest taki scenariusz na najbliższe trzy lata. Co roku będzie się dodawało paru steranych życiem weteranów, którzy w pogoni za złotym runem będą przychodzić i odchodzić jak fazy Księżyca. Obstawimy co nas czeka w najbliższych dwóch miesiącach?

Powrót T-Maca? M. Redd –siedemdziesiąta szósta szansa? A. mam wiele do zaoferowania Jamison? Ooooo tak. Mam drgawy. Czuję, że będziemy się grzać całe lato takimi newsami… Zwłaszcza w deszczowe dni…

Moje przewidywania?

J. Lin - zostanie podpisany. G. Grunwald trochę szafuje zbyt pochopnie słowami, mówiąc zmatchujemy każdą ofertę na Lina. Chce odstraszyć? Hmmmm… moim zdaniem tym bardziej zachęca to wrzucenia tzw. szczura. 36 kilogramowego. Ojjj zaważy.

S. Novak – ruszy w trasę.

JR Smith – zostanie. To będzie paradoks.

L. Fields – będzie śpiewał w innym chórze…

J. Jeffries - może śmiało o sobie powiedzieć NYK to ja. Nie wyobrażam sobie tej drużyny bez niego...

J. Harrellson - na bezrybiu i rak ryba. Pozwolą mu na beard harvesting...

10:34, znykajacy
Link Komentarze (12) »
środa, 23 maja 2012

Trener Mike przemówił. Czym wywołał mnie do tablicy. Po jego odejściu rana była zbyt głęboka by o tym mówić. Teraz już nie krwawi i mogę pisać nie płacząc...

Co się z nim działo? Był dwa miesiące leżał zaszyty, zżymał się ze sobą, mełł jakieś myśli, scenariusze. Wreszcie na zarośniętego jak Tom Hanks w Castaway wpadł w pizzerii zupełnie nie przypadkowo jego były asystent i zarazem dziennikarz z czasów PHX – Jack McCallum (autor przecławnej „Seven Seconds or Less”) i sprowokował go do wynurzeń. Jest to wynurzenie podobne do okrętu podwodnego klasy Skipjack… Uwaga na błony bębenkowe.

Cały wywiad jest nie wiadomo o czym. Odpowiada dość enigmatycznie. Siedział w domu, oglądał double headery, kupował żonie mleko, milczał sobie wewnętrznie. Miał czas na refleksję nad sobą.

O czym myślał? Nie wiem. Nie powiedział złego słowa o organizacji. Nie zrobił z siebie Bambiego. Ale trzeba czytać między wierszami,

Moja refleksja.

Prawie 4 lata. Długie lata w NYK. Trudne lata. Po względnych sukcesach w Arizonie dał się skusić światłom wielkiego miasta. I co by nie powiedzieć wielki, pieniądzom… 26 mln. w 4 lata, to jest więcej mógłby się spodziewać niejeden koszykarz w czasie całej kariery. Wszedł na platformę rarely achived by human being i... nie dziś już możemy śmiało powiedzieć nie poradził sobie. Ale tak obiektywnie, komu się ostatnio udało w NYK. Ostatnim, który może mówić o sukcesie był JVG. Prawie dekadę temu...

Dlaczego się nie udało? Powodów wymyśliłem kilka.

Charakter – przyjaciel wszystkich

Mike to miły facet. Sympatyczny. Tyle, że te cechy charakteru sprawiają, że jest nieco za miękki. Za delikatny. Zbyt kurtuazyjny. Trochę za bardzo kumpel-fumfel zawodników, a za mało szef przed którego humorami i wybuchami pasji wszyscy drżą w osikowym tańcu. Wierzycie, że mógłby kogoś zbesztać? A jakąś gwiazdkę? Nie sądzę. Miałby potem wyrzuty sumienia i wizytę u psychoanalityka. Przyszedłby przeprosić z kwiatami i pudełkiem czekoladek. Wyobrażam sobie jak zwraca się do Melo – „Przepraszam Cię Karmeliuszu Wielki, że przeszkadzam Ci kiedy obgryzasz paznokcie u stóp, ale czy mógłbym uprzejmie Cię prosić, żebyś spróbował (wiem, że to trudne) podać piłeczkę partnerom? No ile razy? Tak trzy. W meczu? No dobrze niech będzie, że dwa. W tygodniu. Dziękuję Ci. Tak mi bardzo pomagasz. Tak mnie świetnie rozumiesz”. Tak w przełożeniu na piłkę nożną to za dużo jest w Mike’u del Bosque/Keegana a za mało Ferguson/Wenger. Tyle, że model brata łaty w sporcie na ogół się nie sprawdza. Szatnia w jednej chwili wyczuwa, że pewne rzeczy uchodzą płazem. I granica rzeczy dozwolonych zaczyna się wydłużać (vide jak długo ze swoimi wygłupami bezkarny pozostawał N. Robinson). Kierownictwo drużyny przechodzi w ręce graczy i trener chcący być kumplem wszystkich staje się zakładnikiem jakiejś grupy. A z czasem przestaje być w ogóle potrzebny. Bo koterie radzą sobie bez niego. Czy Pat Riley by sobie pozwolił na taką poufałość? Albo Doug Collins? Nie mówiąc o tym małym zamordyście Scott’cie Skiles’ie (z nim nie zaprzyjaźnił się nawet wściekły pies). A NYC jest specyficzne. Jak się nie trzyma wszystkich na krótkiej smyczy to miasto wciąga i kusi możliwościami, szansami i koszykówka schodzi na dalszy plan...

Ta delikatna konstrukcja psychiczna składała się na to, że Trener Mike źle znosił porażki, presję oczekiwań publiczności i kontakt z mediami. Widzieliście tę jego mowę ciała po przegranym spotkaniu? Jak miał ochotę rozpłakać się przed dziennikarzami prosząc ich, żeby dali mu już spokój, i nie pytali go, dlaczego było tak źle, dlaczego Douglas jest w S5 albo np. dlaczego Pierce znowu to zrobił. W czasie tych rozmów z dziennikażercami wyglądał jak zdjęty z krzyża. Odpowiadający z wymuszonym uśmiechem, monosylabami, truizmami, tłumaczący się z faktu, że piłka jest okrągła a kosze są dwa. Mina jak po setce octu. Do końca się nie uodpornił. Nie nabrał pewnej rutyny. Cierpiał na ciele i duszy. Nie chodzi mi o to, że miał trelować jak skowronek po każdej porażce, ale brakowało jakieś twardości, kaczych piór i butnej nuty.

Donnie Walsh – okres przejściowy

Nie oszukujmy się pierwsze dwa lata to Trener Mike był trochę takim kwiatkiem do kożucha Pana Walsha. To główny menadżer układał klocki salary cap, robił operacje na liczydle i upychał po ludziach zawodników koszykarskopodobnych. „NYK w budowie”. Mówiąc uczciwie nikt nie dbał o poziom sportowy w latach 2008/2009, 2009/2010. Nie to było najistotniejsze. Najpierw trzeba było oczyścić przedpole przed rokiem 2010. Karuzela barwnych meteorów, która przetoczyła się przez roster w tym czasie miała z koszykówką taki dosyć luźny związek. Nie można mieć, zatem do Trenera Mike’a żalu o rekord 62-103. Ja nie mam. Red Auerbach, gdyby był w tym czasie trenerem NYK też by nie zapalił żadnego cygara. Nawet ten sezon 2010/2011 też takie pół alibi. Zaczął STATem, Feltonem, Gallo, Wilsonem Chandlerem, zespołem kleconym z biegu ale z jakimś wątłym kręgosłupem konika morskiego. Jakiś przebłysk w styczniu/lutym przed Melodealem. Potem przyjście Antony’ego, wszystko się rozsypało i w trzy miesiące nie dało się na nowo ułożyć. A w każdym razie takie jest tłumaczenie.

Dla Trenera Mike’a był to w jakimś sensie złoty czas. Pełna ochrona. On sobie coś tam skubał w notesiku i kredą po tablicy robił jakieś wyryski zagrywkowe, a za zderzak cały czas robił Pan Walsh napierając jak czołg na chmary dziennikarzy, złorzeczeń i kalumnii. Super tandem. Walsh chropowaty, arogancki, o skórze grubszej od stada nosorożców. Frontman. Do tego zawsze lojalny, wierny – Mike to świetny trener, ma moje pełne poparcie, o wszystkim wie, jest między nami pełna zgoda i zrozumienie. Zwłaszcza w mikro przesileniach z Właścicielem. Nie pamiętam ani razu, żeby powstał między nimi jakiś medialny rozdźwięk. Ok były takie momenty, ale zawsze kończyły się tak samo – Pan Walsh otaczał go kloszem i spuszczał kotarę milczenia. A potem rozkwaszał komuś nos. Dlatego szczerze mówiąc byłem zdziwiony, że Mike zdecydował się pociągnąć jeszcze tez sezon sam bez Pana Walsha. G. Grunwald jest sfinksem, który woli pozostawać w ukryciu cienia gabinetowego fikusa. Siłą rzeczy Trener Mike musiał wziąć na klatę wszystko to, co do tej pory zdejmował z niego Pan Walsh. Czy zrobił to świadomie? Trochę go rozumiem. Po trzech latach porażek – sezon 2010/2011 trudno nazwać jakoś przesadnie zwycięskim – miał ambicje pokazać, że stać go na pokazanie całej swojej krasy i przypomnieć całej społeczności, że w istocie jest „born to win”. Może trzeba było tę ambicję zwalczyć? I powiedzieć – pass? Pokusa pewnie była zbyt duża... Melo, STAT, Chandler... Odejść w takiej chwili? Szkoda by było.

Warsztat tkacki

Obecny sezon pokazał, że... chyba jest z tym jakiś problem. Wrzeciono nie chodzi. Czółenko się zacina.  Personalnie NYK byli o niebo lepsi od tych sprzed trzech lat... a gra obarczona była tymi samymi mankamentami, nieskładnością, radosnym chaosem.  To, co porażało w oglądaniu NYK przez te wszystkie lata to to, że Trener Mike nie narzucił zespołowi żadnego stylu, jakości, cech charakterystycznych. Z zachowaniem pewnej proporcji nie wypracował żadnej „potęgi trójkątów” – Rexa „Texa” Wintersa, gdzie gra jest wyłożona (od lat ten sam manual) a zawodnicy którzy przychodzą tylko uczą się na nim grać. Ten zespół nie miał pod wodzą D’Antoniego do samego końca żadnej pociągniętej wyraźnie kreski. Cały czas akwarela. I to z większą ilością wody niż farby. I tu moim zdaniem jest cała słabość warsztatu D’Antoniego. On stara się dopasować zawodników do taktyki. A powinno być zupełnie odwrotnie. I kiedy gracze nie potrafią odpowiedzieć na oczekiwania trenera wszystko się przewraca. Inaczej gra się, kiedy masz na centrze Shaqa, a inaczej kiedy na piątce biega K. Perkins. Mike jakby tego nie widział. Gra cały czas tę swoją lotną koszykówkę mimo, że obiektywnie nie miał assetów, żeby powtórzyć osiągnięcia z PHX. C Duhon nie był S. Nashem a D. Lee nie otarł się o poziom STATa. Są między nimi subtelne różnice, które da się jednak dostrzec. MDA zachowywał się tak jakby to taktyka miała wymusić na zawodnikach umiejętności. Nic bardziej mylnego. Sam skazał się na porażkę. Chciał przełożyć formatkę z SUNs na NYK. To tak jakby ktoś na malucha założył karoserię Ferrari i zastanawiał się dlaczego samochód nie jedzie jak czerwona strzała. Mam wrażenie, że zwycięstwa, których procentowo nie było zbyt wiele, okazały się następstwem dyspozycji dnia zawodników a nie efektem jakiegoś systemu. Nawet całe to Linsanity było następstwem przypadku niż zamierzonego planu. Do tego jeszcze ta gra obronna NYK pod jego skrzydłami, która była jakimś niesmacznym żartem. Pośmiewiskiem. Patologicznym przykładem tego jak defensywa nie powinna wyglądać. Ja wiem - ktoś powie inna filozofia, inne założenie metodologiczne. Tak. Na pewno. Tyle, że samym atakiem, liczbą posesji meczu się nie wygra (zresztą na marginesie w tym sezonie gra ofensywna też zrobiła się iście paskudna). A w każdym razie mistrzostwa. Mike naprawdę tego nie widział? Zachowywał się tak jakby zamykał oczy i mówił, że Słońce zaszło. Do tego miał jakieś takie dziwne, inne, zupełnie obce czucie gry. Nie brał czasów, kiedy mecz odjeżdżał, nie faulował, kiedy nieprzepisowe zagranie było koniecznością, nie umiał rozpisać nigdy żadnej końcówki. Szczerze nie pamiętam, żeby wygrał jakiś mecz w ostatnich minutach. Są tacy trenerzy, którzy żyją takimi momentami. Dla takich chwil. Przemieniają się w boiskowych Kasparowów. Wykonanie jest zawodnicze ale zamysł trenerski. Trener Miek tego nie miał. Spalał się. Nie lubił tego. Nie potrafił. Przegrywał. Chował się w skorupie. Nie miał tego trenerskiego crunch time’u.

Melo i jego deal

Przejście Melo przypieczętowało los trenerski Mike’a. D’Antoni nie chciał tego transferu. Ale Właściciel Dolan miał inne zdanie. Inna wizję. Koncepcję autorską. Wsunął palce włodarza w tryby i maszyna stanęła. Pamiętacie jak Mike był zdziwiony, kiedy dziennikarze donieśli mu, że to się dokonało i oto cudowny syn Denver i jego Lala wracają do domu?. W przypływie szczerości powiedział, że dowiaduje się od nich. Potem już post factum było dorabianie do całej sytuacji wąsów. A prawdę mówiąc był to raczej wydłużający się nos. W całej swojej warsztatowej ułomności Trener Mike zdawał sobie sprawę, że Melo to jest postać nie z jego koszykarskiej bajki. Wiedział (a w każdym razie mam taką nadzieję), że jego obecność zmienia na zawsze sposób operowania piłką. Że oto pojawia się ktoś, kto jeżeli nie odda 20 rzutów w izolacji, w czasie jednego spotkania to będzie się rzucał na parkiet, płakał i pójdzie do mamusi na skargę (Dolan). Do tego NYK w związku z tym transferem wydrenowali się zupełnie z pewnej ciekawie zapowiadającej się głębi. Nie chcę powiedzieć, że Gallo, W. Chandler czy R. Felton mieli szansę na ASG, ale z pewnością byli nieco lepsi niż S .Novak, JR Smith czy B. Davis. A z pewnością bardziej perspektywiczni.

Wierzę głęboko w spisek. Moim zdaniem Trener Woo i Melo zwąchali się i umówili się, że wysadzą z siodła Trenera Mike’a w czasie jazdy. To była z góry, bardzo subtelnie zaplanowana rozgrywka. Wymuszenie rezygnacji w trakcie sezonu (w wywiadzie Mike podtrzymuje, że to była jego autonomiczna decyzja którą... Dolan bez zużycia nawet jednej chusteczki przyjął). Melo wiedział, że MDA za nim nie przepada, że nigdy go nie usynowi i nie będzie przykrywał wieczorkiem kołderką. Lulaj Misiu nie będzie. Że będzie mu zawsze bliższy STAT czy wyłowiony z mułu Lin. A kiedy dowiedział się, że Mike chciał go wytransferować wpadł podpisał wyrok. I przypieczętował jego los D’Antoniego. Poszło z górki. Deal był prosty. „Woo zostajesz trenerem tymczasowym. W międzysezonie zdejmujemy „interim” sprzed Twojego nazwiska bo Cię poprę Cię całym sercem swoim, a Ty dasz mi być Primus Inter Pares. Zgoda?” „Oczywiście Melusiu moje pieścidełko! Zrobię wszystko. Wytnę Lina, będziesz grać w elekryka, a STATowi podsunę jakaś atrakcyjną gaśnicę, która go medialnie skompromituje...” (ptaszki ćwierkają, że Trener Woo ma podpisać multiletni kontrakt w najbliższych dniach... Czyżby Jax ważył się nie chcieć?).

Lubiłem go. Bo to miły gość. Żałuję, że odszedł. Sam z siebie. Dawał gwarancję, że to wszystko dalej będzie kulało, klekotało a szansę na rozstawienie w PO to można mieć jak się dobrze spocić na playstation. Nie żebym uważał, że może być lepiej z innym trenerem. Ten zespół jest dysfunkcjonalny niezależnie. Spokojnie Nic tego nie zmieni. Nikt nie nauczy słonia tańczyć – jeżeli rozumiecie, co chcę powiedzieć.

Co dalej Panie D’Antoni?

„Chcę znowu być trenerem”.

Czy w tym roku? Czy jeszcze jeden sezon sabbaticalu? A może już? ORL? NJN? Pewnie Pan nie odmówi. Ma Pan wszak już 61 lat. Powoli wchodzi w Pan wiek październikowy. Zegar tyka.

Wróci Waszym zdaniem? W tym roku? Kiedykolwiek?

11:48, znykajacy
Link Komentarze (27) »
niedziela, 20 maja 2012

Być może są tacy, którzy nie nadążali przez cały sezon z czytaniem, więc specjalnie dla nich taki szybka ściągawka z sezonowej historii.

Maj 2011

Sezon zaczynamy ciągnięciem krawieckiej powieści w odcinkach pt. Pan Walsh się przedłuży, czy od razu skróci oraz odwiedzam przy szpitalu wezgłowiu Douglasa (401), powoli robimy małe draftowe rozpoznanie wśród sprawnych inaczej (402), poznajemy historię Greedy Patersona i jego wkład w rewolucję seksualną młodzieży szkolnej (403), przechodzimy na nowe źródła komunikacji elektronicznej podłączając się do ptasiego radia (404), patrzymy kto jak się i gdzie się odnalazł po Knicksowej traumie (405).

Czerwiec 2011

Przeżywamy smutek po odejściu Pana Walsha i zastanawiamy się kto teraz wykolei nasz pociąg (406), poszukujemy nowego sternika wśród bezrobotnych tego świata i gratulujemy Allan Houston menadżerskiego stolca w księstwie-mieście nad jeziorkiem (407), Długi karze mi odpowiedzieć za długi DAL i mam kwaśną minę (408), w drafcie wybieramy gwiżdżąc Imana i Josha, który jest podobny do Blake’a absolutnie w niczym (409), bierzemy obu nowych pomazańców na warsztat i zaczynamy nosić jeansowe szortki (410).

Lipiec 2011

Oddajemy hołd Panu Walshowi wyliczając wszystkie sukcesy i w(y)padki (411),

Sierpień 2011

Nie dzieje się nic o czym warto by zaraportować.

Wrzesień 2011

Obserwujemy Lock-out league, żeby zabić nudę przedłużającego się sporu między właścicielami i zawodnikami nazywając jej nawet w przypływie tęsknoty rozgrywkami (412), ekscytuje nas „pojedynek” DeRozana i Imana w meczu granym w zapoconej i zapyziałej sali gimnastycznej (413), Iman już sobie coś naciąga, ale nikt nie przywiązuje do tego jeszcze wagi (414), Billups powstaje z grobu własnej kariery pokazując młokosom, że stary człowiek i może (415, 416).

Październik 2011

Derrick Brown próbuje nam znowu sprzedać swoją upadła karierę i my w Redakcji kupujemy to jak dzieci Św. Mikołaja (417).

Listopad 2011

Grover zakasowuje aktorsko Melo (418), odbijamy ćwiarteczkę ajerkoniaczku i odtańcowujemy taniec Św. Wita, bo czas lock-out przechodzi do historii (419), wskakujemy na transferową karuzelę marzeń i ponurej rzeczywistości (420), patrzymy na opcje CP3 i prowadzimy z oddali nowojorskie gry transferowe (421, 422).

Grudzień 2011

Wraca Jeffries i prawdę mówiąc chcemy się pociąć (423), trwają poszukiwania centra i jeszcze nikt nigdy nie poświecił w Polsce tyle tekstu Alexisowi Ajinca'y (424), dowiadujemy się, że Landry and Andy Show będzie miało przerwę (425) Andy Rautins szokuje po raz ostatni czego niestety nie da się powiedzieć za chwilę o jego ojcu (426), przechwytujemy T. Chandlera i toast weselny zostaje niespełniony, ale ja widzę majaczący czubek góry lodowej (427, 428), Wielki Mim odchodzi i jakoś nikt nie łka, żegna się C. Billups i zastanawiamy się dlaczego wyrzucono przez okno 14m USD (429, 430), miał być Barea albo Crawford jest Bibby – czyli w życiu dobrze mieć wybór (431), NYK łatają puste dziury podpisując kontrakciki z Zielonym i Krzyśkiem Łowcą (432), wszystko zapięte na ostatni guzik przed odpaleniem sezonu a mnie nerka szarpie za Panem Walshem (433), piszemy jedną z nielicznych zajawek w historii przed meczem przedsezonowym (434), R. Balkman gra mecz życia i staje się to gwoździem do jego kariery w NBA (435), startujemy z ZZZ3, które nadal jest konkursem niszowym (436), zastanawiamy się dlaczego wszyscy tak nienawistnie zazdrosną Kris Humphriesowi krótkiego małżeństwa (437), znowu przychodzą Święta (438), przełamujemy kompleks Bostonu, a Garnett myśli, że może podskoczyć Orczemu Księciu, Shumpert się naciąga a dzięki emsiemu gazda Frazier patrzy na nas znad Giewontu (439), Marc Jackson robi to NYK po raz pierwszy i chyba wszyscy jesteśmy historycznie happy, Lin zalicza debiut, który niczego nie znamionuje (440, 441), LAL upokarzają i ten sezon zapowiada się zupełnie ślicznie (442).

Styczeń 2012

Przychodzi nowy rok a SAC są tak samo beznadziejni jak w starym, Szortek chce zaatakować RotY (443), wykolejamy się na kanadyjskich TORach (444), Mullens i Diaw łapią parę głosów w głosowaniu na ASG a my wpisujemy się w mało chlubną historię zwycięstw CHA (445), DET jest nadal beznadziejne, a WAS jeszcze bardziej (446), wygrywamy z Bobcats i idziemy na mistrza (447), zadziwiająco łatwo stopujemy PHI i jestem tym zdziwiony (448), Misiaki z MEM zjadają STATa na przystawkę mimo, że ten się nie ruszał (449), OCK pokazują miejsce w szeregu i jest to raczej szary koniec (450), NYK duszą się w końcówce z ORL czym wywołują ciepłe wspomnienia z przeszłości (451), PHX przyjeżdża do MSG i wszyscy spadają z krzeseł bo w Arizonie narodził się biały STAT z Polski (452, 453), MIL mają ciągle koźle różki (454, 455), byli milusińscy Gallo i Albert delikatnie sugerują, że Melodeal był przepłacony (456, 457), Baron Davis nie zaskakuje i okazuje się bratem drwala z Krainy Oz (458), meczu z CHA nie wolno oglądać z otwartymi oczami (459), CLE ujeżdża NYK i  ciągnie za uzdę po padoku (460), MIA robią to po raz pierwszy bez MELO mimo, że Orczy Książę ma występ roku/dwulecia/dekady (niepotrzebne skreślić głowę) (461), NYK chcieli powtórzyć trójkowy festiwal w meczu z HOU, ale się nie udało bo przecież nie mogło (462).

Luty 2012

DET pozwoliło NYK na 60% skuteczność z gry, co przywołuje wspomnienia bardzo leciwych fanów (463), po raz kolejny w meczu z CHI okazuje się, że NYK rozgrywają końcówki na poziomie piaskownicy (464), BOS dopisuje następną krwawą kartę trudnego sąsiedztwa (465), Trener Mike postawił na żółtego konia i zaczęło się istne szaleństwo (466), UTH dostają w nos w ramach „prozy życia” (467), Lin przechadza się po wcale nie takim dużym Wallu (468), dochodzi do zderzenia władców Chaosu z Wschodu i Zachodu – Clash of the Titans i ten nasz chyba zwycięża (469, 470), NYK niezasłużenie wygrywają z MIN i to jest naprawdę niesprawiedliwe (471), Lin robi buzzer beatera w Kanadzie a Leo Rautins totalnie odpływa w synowskiej miłości (472), SAC gra mecz przeciwko trenerowi tj. zupełnie na kolanach (473), między śmiercią Ryśka z Klanu a karierą Novaka jest pewna oczywista zależność a NOH przekłuwa żądłem balon (474), nagroda ZZZ2 dociera do tomka1267 a mistrzowscy DAL uznają wyższość kogoś kogo oddali zupełnie za darmo (475, 476), powraca Melo, wszystko szlag trafia i NJN cieszą się jak głupi (477), dochodzi do przesilenia na blogu i poszukujemy fanów prawdziwych (478), NYK zjadają jastrzębinę i Melo ponownie zrywa się do lotu (479), lądowanie na plaży połączone z grillem lina (480), hatamoto77 robi coś pięknego (481), na wywiadówce dajemy oceny na półrocze (482).

Marzec 2012

CLE przegrywają wygrany mecz, a Landry Fields pięknie śpiewa o czymś czego nigdy nie doświadczy (483), wieszczę koniec zielonej armii i oczywiście bardzo się mylę, a Pierce znowu szczypie w oczy (484), Dirk jeszcze żyje i NYK dostają dowód jego zażywności (485), SAS pokazują, że Knicksi to ciągle wesoła cyrkowa trupa (486), szybkościowo patrzymy na przegrany tryptyk MIL/PHI/CHI (487), Trener MDA zostaje zwolniony… przedwcześnie – miał tyle do zaoferowania (488), patrzymy na zwycięski tryptyk (POR i dwa skalpy INDiańskie) (489), TOR znowu przygnębiają bezideowością (490), NYK w błotnej koszykówce zamęczyli PHI gołymi rękami (491), Trener Woo przegrywa po raz pierwszy… w Kanadzie i to się nie do końca liczy jak porażka (492), DET pokazują, że ich tłoki poszły w gwizdek (493), Linsanity jest over a Kozły nie potrafią tego wykorzystać (494), Dwight Howard przestraszył się cienia Chandlera (495), Trener Woo bardzo chciał wygrać w gnieździe i na razie nie wyszło (496), NYK podkradają obrok kawalerii i jadą po nich jak na łysej kobyle (497).

Kwiecień 2012

INDianie zadają najbardziej bolesną porażkę sezonu, która odbije się ciężką czkawką w ostatecznym rozliczeniu (498), Howard znowu się czegoś boi a Filelds kosi sędziego (499), obchodzimy pół tysiąca impresji (500), NYK uświetniają jubileusz, zjadają wołowinę w najlepszym meczu tego sezonu i niektórym się wydaje, że CHI jest do pokonania (501), byk ciągle dycha i powstały poważne wątpliwości, co do tego czy da się go jednak zwyciężyć (502), w meczu o PO NYK wędzą kozła i postseason staje się faktem (503), potwierdzam tezę, że nie istnieje coś takiego jak polski fan WAS (504), MIA znowu wygrywa i wizja spotkania z wielką trójką zaczyna spędzać sen z powiek lunatykom (505), BOS przegrywają na sezonowy remis 2-2 a ich ławka zdobywa 2 pkt. przy 55 pkt. NYK (506), ostatni raz przekraczamy rzekę Hudson i spuszczamy NJN manto na wszelki wypadek (507), według teorii spiskowej specjalnie przegrywamy z CLE, tylko nie wiadomo po co? (508), Trener Woo robi za drugim razem tzw. kukułę w Atlancie (509), Blake Griffin chciał zrobić komuś „Mozgova”, ale się nie udało (510), NYK rozważają przegranie z CHA, ale ostatecznie ktoś uznał, że to by była przesada (511), na dzień dobry plażowy blow out, strzelenie kolana Shmuperta i sprzedajni sędziowie (512).

Maj 2012

MIA robią to po raz drugi i STAT molestuje gaśnicę (513), James i spółka dociskają obronę w 2H i jest 3-0 (514), MIA przechodzi obok meczu, a Davis z radości urywa nogę (515), Heat kończą tę szopkę a NYK rozsupłują żyłki od wędek (516), rozstrzygamy ZZZ3 – brawo Marek (517), robimy sezonowe resume (518), zastanawiamy się jak niewielkie szanse Unia Zawodników ma w arbitrażu (519).

07:43, znykajacy
Link Komentarze (15) »
środa, 16 maja 2012

Szykuje się mały arbitraż, który może mieć kolosalne znaczenie dla międzysezonowych NYK.

Krótki wstęp dla tych mniej wtajemniczonych, a jednak dociekliwych.

Waiver” to status zawodnika po zwolnieniu go przez klub w czasie trwania jego kontraktu. W okresie od 15 sierpnia do końca sezonu regularnego – ten tymczasowy „stan” gracza trwa – 48 godzin (w innym okresie stan „waivera” trwa aż 10 dni). W czasie „waivera” – inne drużyny mogą rościć sobie prawa do zawodnika (tzw. claim). Po złożeniu takiego „claimu” przez drużynę staje się ona pracodawcą zawodnika, przejmuje jego dotychczasowy kontakt i wypłaca mu należne z niego uposażenie. Jeżeli w okresie „waivera” – kilka drużyn złoży „claim” – zawodnika otrzyma zespół z gorszym rekordem (prawdę mówiąc nie wiem, czy to jest rekord z zeszłego sezonu, czy np. bieżący rekord – skłaniałbym się do tej drugiej opcji). Jeżeli żaden klub nie zgłosi „claimu” – zawodnik staje się wolnym agentem (jego stan to  „cleared waivers”) i może popisać kontrakt, z kim chce, według własnego sumienia, uznania i wyboru. Nowa drużyna płaci wtedy pro-rata minimalną pensyjkę a resztę dopłaca były kub. Proste?

W takim stanie prawno-faktycznym - Unia Zawodników (NBPA)– zawezwała ligę NBA na arbitraż w zakresie interpretacji przepisów nowego CBA. Sprawa dotyczy pytania – czy zawodnicy, którzy mieli status „waived” i następnie zostali „claimed” przez inny klub zachowują tzw. Birds rights (prawa Birda, że kompleksowo przypomnę w uproszczeniu pozwalają klubowi podpisać kontrakt z zawodnikiem, który jest w ich składzie od 2 sezonów (Mały Ptaszek) lub 3 sezonów (Duży Ptaszek) bez naruszenia salary- cap. Ratio legis tej instytucji sprowadza się do ochrony pewnych wartości marketingowych tj. aby zawodnicy zostawali w dotychczasowych klubach, żeby fan mógł się identyfikować z drużyną i ulubionym graczem etc).

W przekonaniu NBPA wykładnia postanowień CBA powinna iść w kierunku uznania – że zawodnicy „claimed off waivers” są w istocie „transferowani” i prawa Małego Ptaka im przysługują. Zdaniem Stowarzyszenia Zawodników (Billy Huntera) tacy gracze nie mają prawa wyboru drużyny nowej (nie stają się de facto wolnymi agentami) i w istocie istnieje tylko semantyczna różnica pomiędzy – „claimed of waivers” i „trade”. NBPA uważa zatem, że Prawa Birda nie mogą wygasać, tak długo jak zawodnik nie wybierze nowego klubu będąc wolnym agentem.

Rzecznik Ligi Pan Bass (nie ma nic wspólnego z PF Bostonu – sprawdziłem) jest zdania przeciwnego. Stwierdził, że NBA jest pewien swoich racji i w takiej sytuacji Prawa Birda zawodnikowi „claimed off waivers” nie przysługują.

Przenalizujmy zakwestionowany przepis CBA.

Stare  CBA z 2005 r. stanowi, że (nie umiem znaleźć tekstu nowego CBA ale zakładam, że jest ono identyczne):

“Early Bird free agents is clearly limited to players who have played for all or parts of 2 seasons with his “Prior Team” (zdefiniowana jak drużyna w której zawodnik gra do tej pory) and only changed teams via 1) trade or 2) by signing with his “Prior Team”.

Hmmmm... Ani słowa o waiverze.

Słusznościowo NBPA ma rację. Czarnoliterowo już nie. Wykładnia umów w systemie common law (która stanowi prawo) jest dopuszczalna, co do zasady tylko wtedy kiedy postanowienia umowy są niejasne. Co z pewnością nie ma miejsca w niniejszej sprawie (przepis jest klarowny jak czeski lager). Ważne jest tylko to, co jest napisane w umowie. Zwycięstwo w tej batalii jest, więc raczej z góry przesądzone. Nie ma co się nakręcać... Ale... arbitraż widział już nie takie rzeczy...

Co to ma wspólnego z NYK. Bardzo wiele. Kto wie czy cały spór nie jest wygenerowany sztucznie przez zarząd Knicks i podsterowany B. Hunterowi. Brawo za próbę.

Gdyby interpretację NBPA udało się obronić w arbitażu– NYK mogliby podpisać kontrakty z J. Linem i S. Novakiem bez korzystania z mid-level exception (pewnie pięciomilionowego) i bez co do zasady naruszania salary cap. Piszę na dużym poziomie ogólności i uproszczenia. A wiecie, na kogo NYK szykują swoje MLE? Jest taki 38-letni facet z Arizony, który jak na swój starczy, wiek nieźle się ogarnia.

Sprawa ma się rozstrzygnąć w połowie czerwca. Spojrzałem z ciekawości na bardzo rozbudowaną klauzulę arbitrażową w zakresie procedury postępowania i prawdę mówiąc wątpię, czy to jest w ogóle realne. Rozstrzygnięcia może nie być do 1 lipca 2012 r. a decyzje jak żyć trzeba będzie podjąć, bo zaczyna się kręcić karuzela wolnych agentów... Czekamy. Na pewno będziemy w Redakcji sprawę monitorować.  

Jestem prawie pewny, że gdyby NBPA jednak sprawę wygrało... to nazwie się tę klauzulę – Linsanity clause...

O sytuacji capowej NYK rozpiszę się bardziej w jednej z kolejnych impresji, bo jest to kwestia arcyciekawa i wielowariantowa jak gra w bierki. Bosak czy widły?

17:28, znykajacy
Link Komentarze (21) »
wtorek, 15 maja 2012

Redakcja pochyliła się raz jeszcze nad występami naszych pupilków w sezonie 2011/2012 wypluwając po kilku nocach ciężkiej pracy oceny opisowe, jak dla dzieci dostających promocję z klasy pierwszej do drugiej. Jest kilku niezdaluszków... Kilka poparwek. I kilka całkiem dobrych cenzurek. Zapraszamy na zupełnie subiektywną ocenę indywidualną...

Carmelo Anthony – ocena tego sezonu jest dla niego miażdżąca i potwierdziła jedynie już dawno szeptaną w korytarzach prawdę o Primabalerinie. Teraz można mówić już o tym głośno. Z podniesioną głową i z odpowiedzialnością za słowo. Melo nie jest i nie będzie franichise playerem. Mówiąc to mam na myśli zawodnika wokół, którego inni stają się lepsi, który jest motywatorem, spoiwem, wnoszącym jakąś nieuchwytną statystykami wartość dodaną. Pogódźmy się z tym. Dookoła niego nie zbuduje się nic, co nie rozpadło by się jak domek z kart albo szałas zuchów zbudowany z zapałek. Realne szanse na tytuł? Nie wiem, co palicie ale ja poproszę to samo. Melo jest złotym cielcem, wokół którego nic więcej nie może świecić. Taki monoteizm z jednym wyznawcą. Kiedy bożek wyznaje sam siebie. Religijna patologia. Musi być najpiękniejszy w świecie. Jedyny taki. Nie umie się dopasować. Nie potrafi być tym drugim. Jest prymuskiem. Pupilkiem naszej Pani, jak Ananiasz. Naburmusza się jak, ktoś chce ukraść mu publiczność. Dowody? Jest ich zbyt wiele. Nie poradził sobie z Linasnity, nie umie współpracować ze STATem. Kiedy Anthony był najlepszy? W kwietniu. Dlaczego? Bo STAT był dyskobolem a Lin ciągnął rzepkę w ogródku. I wtedy on mógł wyjść zupełnie na biało. Król Pączuś Pierwszy. Zbawca. Ostatnia nadzieja białych. Kiedy popadam w meloncholię zaczynam stawiać go na równi z Glenem Ricem, Dominiqe’iem Wilkinsem, Shareefem Abdurem-Rahimem czy Alexem Englishem. Genialnymi strzelcami, którzy nie zbudowali wokół siebie nic poza własnym pomnikiem statystycznym (gdzieś dla jakiejś lokalnej społeczności dodajmy). Porównanie z tym ostatnim wydaje się najbardziej trafne. Ktoś w ogóle z młodzieży słyszał o Flicku? Nie za bardzo. Nie obiło się o uszy? Że szybko wyłuszczę (kto wie może w off seasonie pokuszę się szerszą impresję na jego temat). Denverczyk. Był pierwszym zawodnikiem, który w 8 sezonach z rzędu zdobył ponad 2000 pkt. (rekord pobity przez sami wiecie kogo) WOW! Ponad 25.000 pkt. 16 miejsce na liście wszechczasów. Jak to możliwe, że o nim nigdy nie słyszałem, zapyta pewnie wielu z Was. Powód jest dość banalny. Ile pierścieni? 0. Jeden przegrany finał Zachodu (1985). Gracz, który był tak wielki, że inni mogli być tylko mali. Melo idzie utartą ścieżką Englisha. Ku zapomnieniu… Za pięćdziesiąt lat, będzie walczył z przyrastającą do niego inskrypcją, zawodnika, który miał wszystko, ale nie osiągnął niczego. Szczerze. Nie zdziwię się jeżeli w gabinecie Dolana wymusi odejście Lina, STATa…

Amare Stoudemire – zawsze uważałem, że kobiety posiadły umiejętność syntetycznej analizy sytuacji – kiedy więc dostałem smsa od serdecznego czytelnika NI postanowiłem go (za jego zgodą) w miarę wiernie zacytować. Ów czytelnik-komentator polemiczny, którego pseudonim literacki ma bardzo kolanową konotację, wyklarowywał swojej połowicy – jak oto STAT obiecał, że koszykówka wraz z jego przybyciem powróci do NYC, że to nowy rozdział, szansa, że otwarcie niczym nowego Tesco, początek innej historii etc. Na to ta bystra, przenikliwa kobieta zadała jedno krótkie i przytomne pytanie. „To chyba nie wyszło, co?” W sumie ten dialog współczesnej Adama i Ewy zasadniczo wyczerpuje temat Amare. Posmakujmy jednak nieco głębiej. Dogryźmy się do szpiku. Czyżby początek długiego, końca? Schodzenie z góry? Marsz ku zachodzącemu Słońcu na cmentarzysko słoni? Tak szybko? Ci w PHX mogą się szelmowsko i z wyższością uśmiechać. A nie mówiliśmy? Hindsight to cudowna rzecz. Jeżeli tylko ma się rację. Tak źle nie było jeszcze nigdy. STAT w niewielu meczach przypomniał samego siebie sprzed sezonu. 47 spotkań. 17 meczy 20+ pkt., TYLKO JEDNO 30+. Tak tylko przypominawczo. W zeszłym sezonie 39 spotkań ze zdobyczą punktową w przedziale 20-29 pkt, 22 gry - 30+. Z kampanii 2011/2012 zostanie zapamiętany głównie przez pryzmat pieszczenia dłonią gaśnicy i tych dziwnych erotycznych umizgów do jej piany, problemów w plecami i powrotem do pola kukurydzy na głowie. Do tego mówić się będzie o tym, że stracił pierwszy krok, przebojowość, eksplozywność. Na parkiecie przestał być Maserakiem. Snuł się od linii ataku do linii obrony. Szurał nogami. Człapał. Dziadował. W obronie był stojącą tyczką. Trudno w to uwierzyć, ale średnio zdobywał 8 pkt. mniej niż rok temu... Ja wiem. Ktoś powie efekt Melo. Brak synergii. Ale to chyba nie oddaje całej prawdy. Jego gra daje asumpt do tego, żeby przyznać po sezonie nagrody alternatywne. Most Regressed Player. Albo złoty medal w kategorii rozczarowanie sezonu 2011/2012. Są dwa pytania w okresie wakacyjnym – will STAT bounce back? Is he tradable? Nikt nie wie jaka jest odpowiedź na pierwsze pytanie. STAT utrzymywał, przez cały sezon, że problemy z dyskoteką spowodowały, że w grę wszedł niemal z marszu, bez żadnego okresu przygotowawczego. Był jeden tego pozytyw. Od leżenia urósł o cal. Super. Jak śmiesznie i niewiarygodnie brzmią dziś te buńczuczne zapowiedzi. „After ASG – watch me”. Czy jak solidnie przepracuje wakacje będzie lepiej? Może. Ale ja miałem wrażenie, że tam się porobiło coś w mechanice ruchu, więc może… nic zrobić się nie da? Zawsze staje mi przed oczami Vin Baker. On też zgubił swój talent. Tak nie wiadomo dlaczego. Ktoś zgłębił to zagadnienie? Patrzenie na sportowe konanie STATa może być mroczniejsze od Six feet under… Czekamy…

Jeremy Lin – któż z nas nie lubi historii, w której zwykły chłopek z tłumu (taki ludyczny Jaśko), trochę taki niedojda, obśmiewany przez starszyznę wioskową staje się bohaterem i ratuje całą osadę przed smokiem? Motyw filmowy 80% hollywoodzkich produkcji. Ten początek Linsanity był świetny. Potem stał się komercyjnie nie do wytrzymania. Jeremy Lin wyłaził z każdej mysiej dziury, a szczerze mówiąc były obawy, czy siadać na sedesie bo mógł w każdej chwili szczypnąć w tyłek. Ale biznes is biznes. Praca krosien wzdłuż Żółtej Rzeki nie dawała ludziom spać (Australia złożyła nawet w tej sprawie oficjalny protest). Wszystko po to żeby zalać świat szlafrokami, makatkami i naszywkami z wizerunkiem nowego Boga Wschodu. Do tego doszły psie miski, plecaki dla garbatych i czekoladowe zajączki. Co by nie powiedzieć Lin stał się marketingowa kurą znoszącą złote jajka. Wartą każdych pieniędzy. Takie są dziś prawa rynku i realia globalizacji. Opłaca się tylko to co, czy da się to masowo sprzedać w Chinach. Koszykarsko mam więcej niż mieszane uczucia. Faktem jest, że w jednej chwili na papierze osiągnął „poziom ASG”. W każdym razie w ocenie opinii światowej (w tym również czytelników tego bloga). Z niebytu ławki, następcy A. Rautinsa w formowaniu origami z ręczników przeszedł do poziomu – „z MIA byśmy wygrali gdyby Jeremy grał”. Teza jest szokująca. Lin nie jest przecież jakimś fenomenalnym graczem. Wręcz przeciwnie. Moim zdaniem jest całkiem przeciętny. Nie ma jump shota, nie jest nadzwyczajnie szybki, w obronie nie zachwyca. Taki trochę Landry Fields nr 2. Najwyżej. A mimo to jest zupełnie niezwyczajny. Wprowadził w grę NYK jakąś świeżość, ekscytację, chemię. Inteligencję. Uporządkowanie. Może trochę schematyczny, bo przypomina urzędnika, który przychodzi do roboty i monotonnie powtarza te same czynności, żeby o 15.00 czapkę nacisnąć i iść do domu. Mimo to wydobywał z NYK jakieś lepsze ukryte dno. T. Chandler przez cały sezon nie wyglądał tak dobrze jak wtedy gdy rollował go Lin.. Tyle, że… takiego lutego 2012 już więcej w karierze nie zaliczy. To było na świeżości, świat nie wiedział, nie znał nie orientował się, zarobiony był. Jego dalsza kariera będzie raczej taka marcowa. Jeżeli w ogóle. Przypomnijcie sobie jaki jest kierunkowy z MIA do NYK. 1-11. Niech to będzie otrzeźwieniem na rozpalone głowy. W całym tym idiotycznym Linsanity najważniejsze jest to, że Jaremka został ciągle człowiekiem. Jednym z nas. Wioskowym głupkiem gotowym uratować świat. Choć nikt go o to nie prosi. Gloria Ci! Dostajesz złoty medal w kategorii odkrycie roku. Jednomyślnie.

J.R. Smith – podpisanie z nim kontraktu było jak popicie kiszonego ogórka kefirem. Jedynym spornym pytaniem było… kiedy. Ostateczna, płynna defekacja miała miejsce w PO. Jest kilku taki zawodników, którzy potrafią doprowadzić cię do raju, żeby potem przeczołgać cię przez piekło. Niemal z dnia na dzień. Posiadają zaskakującą bezrefleksyjną umiejętność przechodzenia między tymi dwoma wymiarami zaświatów. J.R. osiągnął w tej materii mistrzostwo. Patrząc tak sumarycznie - tej złej, bezideowej, bezsensownej gry po jego stronie było więcej niż tej pozytywnej. Rwaliśmy sobie częściej przez niego włosy niż całowaliśmy namiętne ekran monitora. To prawda. Nie ma takiego rzutu, którego on by nie ważył się oddać. „Co ja nie rzucę?” On wyzbył się tak niskiego uczucia krępującego ludzkość jak strach… Nadczłowiek. Darksider. Dla mnie Smith ma poważny problem psychiczny. To nie jest normalny człowiek (?). Jestem prawie pewny, że w którymś momencie w swoim życiu odwiedzi San Quentin w charakterze pensjonariusza. On może zaćmić Brevika, 11 września, czy Monachium 1972. Jego tomograf mógłby zaprzeczyć teorii ewolucji i mieć wpływ na badanie socjopatii. Przerażająca jest myśl, że mógłby nie wykorzystać opcji i chcieć wypełnić kontrakt z NYK także w przyszłym sezonie.

Tyson Chandler – w pierwszej chwili na wieść o transferze do NYK brzydko się skrzywiłem. Wierzyć nie chciałem. Pomyślałem po co? Potem się rozpogodziłem patrząc na jego injury record. A następnie regularnie rzedła mi mina. Tyson nie chciał zejść... Co by nie powiedzieć wprowadził NYK w defensywnie nowy wymiar. Szkoda. On tak nie pasuje do ostatniej dekady smuty w NYC. Nagroda DPoY w pełni zasłużona. Szacunek. Wielkie pulsujące serce bersekera. Gorąca krew, pasja, która wyłącza neurony. W ofensywie jest niereformowalnie niedorozwinięty. Niewykształcony genetycznie. W całym sezonie dwa jumpery spoza pomalowanego. Gdyby był jak to mówi Clyde – prolific in ofense - byłby wart dwa razy tych pieniędzy. A tak jest balastem na całe 12 mln.

Iman Shumpert – początek w NYK miał mało obiecujący. Zaczęło się od wybuczenia przy wyborze w drafcie, dziwnej konferencji live G. Grunwalda i retorycznego pytania, dlaczego nie Singelton albo Faried (ciągle mi szkoda). Jego występy w tym sezonie pokazują jak bardzo różni się kultura trenerska MDA i Trenera Woo. W bezideowym systemie Trenera Mike’a nie miał przypisanej jakiejś specjalnej roli. Graj i co Ci Bozia przyniesie. Próbowany na jedynce okazał się poligonowym niewypałem. Na ofensywnej dwójce przyprawiał o apopleksję selekcją rzutową, co przy nie za wysokiej inteligencji powodowało, że nazwanie go chaotycznym nie oddawało skali entropii jego zachowań. Sprawozdawcy, komentatorzy i kibice byli tak napakowani potrzebą odtrąbienia sukcesu NYK, że miał miejsce taki tydzień, że Imanity było o włos od odpalenia. Na szczęście, swoją grą sprawił, że nikt się nie poważył na zrobienie z tego medialnej szopki, bo takiej ściemy nie kupiłaby nawet grupa pensjonariuszy w Laskach. Po dryfie w kierunku bliżej nieokreślonym, kontrolę nad nikłymi zwojami Imana przejął Trener Woo. Powiedział mu (tak sobie to wyobrażam) – nie potrzebuję i nie chcę Twojej gry ofensywnej. Niech robią to inni. Melo, STAT, Lin czy JR. Za to muszę mieć w swojej drużynie drugiego Tony’ego Allena. Shumpert dał się wessać w ten pomysł i jak bardzo on wypalił oddają pochwały i zachwyty jakie utrzymał od tych, którzy na koszykówce się znają (Simmons???). Rook - bo tak go wszyscy pieszczotliwie nazywają, też zresztą dał się ponieść, bo przy pomocy wyimaginowanego wehikułu czasu przeniósł się w przeszłość i twierdził, że powstrzymał MJ-a… (WOW! Trzeba mieć przyrodzenie wielkości Pałacu Kultury, żeby opowiadać takie brednie). Na razie nie udaje mu się nawet w NBA Live. Niestety już widać, że Iman jest kolaniasty. Pamiętacie początek sezonu? Od razu sobie coś wykręcił. Jego nogi wyglądały wtedy jakby należały do dwunastoletniego weterana. Obleczone bandażami, opaskami, plastrami. Na koniec to wszystko trzasło. Permanentnie. Widziałem już w życiu za wiele, co uprawnia mnie do podchodzenia do zerwanego ACL z daleko idącym sceptycyzmem. To ciągle jest bardzo poważna kontuzja. Jasne. To kiedyś oznaczało dla zawodnika wyrok. Dziś półrok.  Ale, czy po takiej kontuzji da się wrócić do pełnej sprawności? Imam gra koszykówkę opartą na szybkości, zrywie, zmianie kierunku, atletyzmie. Czy z taką mielonką w kolanie da się to robić tak samo intensywnie? Oby. Ale… zobaczymy dopiero na początku 2013 r. jak wielkie spustoszenie (także w psychice – choć on naprawdę jest trochę za mało mądry, żeby przejmować się takimi bzdurami) wywołała ta kontuzja. Niestety ACL lubią chodzić parami a czasami układają się w całą serię – prawda Gregu „Trzecia Nogo” Odenie? Cóż pozostaje podziękować Panu Walshowi. Stary wyga wiedział, co robi. Na chwilę obecną Shumpert wygląda na steal draftu. I trzecie miejsce w kategorii objawienie roku NYK przyznane przez nasze redakcyjne jury.

Steve Novak – po Linie obiektywnie chyba największy wygrany w kategorii indywidualnej. Srebrny medal. Polish machine. Nie wiem jak to jest z jego korzeniami. Czy jest Czechem, Słowakiem czy jakimś Jugoludkiem. Przyzwyczaiłem się do myślenia o nim jak o Polaku. Naszym Ryśku z Klanu. Następcy Erica Piatkowskiego. Dziwię się, że Trener Smuda jeszcze go nie powołał. W PZKosz można by zrobić takie rozpoznanie. Skoro filtruje się najdalsze hacjendy regionu Kurytyby… Co by nie powiedzieć Stefan odpalił w tym roku swoją trójkę. Zaznaczył się na GPS-ie NBA. Z chłopaka, który przemierzył w autobusie spory kawałek Ameryki w poszukiwaniu angażu, wyrósł na rollersa, który może być 6 do 9 wchodzącym w każdej drużynie NBA. Problem z nim polega na tym, że oprócz rzutu za trzy punkty potrafi się co najwyżej okopać saperką za linią 7.24. Braki w obronie, szybkości, atletyzmie nie niwelują się na tyle, żeby mogła przymknąć na nie oko drużyna o aspiracjach mistrzowskich. Seria z MIA obnażyła statyczność i dostojeństwo jego gry. Wyeliminowanie zagrożenia z jego strony nie wymaga wielkich nakładów w sprzęcie i ludziach. Wystarczy przed nim tylko stać. Mimo to rynkowa bardzo się wypromował. Brawo.

Landry Fields – w kategorii przegrani sezonu – zajął zaszczytne trzecie miejsce i odebrał brązowy medal. Redakcja wyśle kwiaty pocztą. Statystycznie delikatnie obniżył poziom. Myślałem, że to wygląda znacznie gorzej, ale ostatecznie... Obiektywnie to jest krok w tył. Odpowiedział chyba na moje pytanie z zeszłego roku - czy to on jest tak dobry, czy to NYK tak słabi. Dziś kłaniam się do tej drugiej odpowiedzi.  Zasiedział się w tej pierwszej piątce. A jego obecność jest… co raz bardziej logicznie niezrozumiała. Kto wie może jesteśmy zakładnikami Spike'a Lee, który ciągle zakłada jego koszulkę? Ten sezon jest stracony pod względem rozwoju a mam nieodparte wrażenie, że utrwalił złe nawyki. Pierwszy jest czysto mentalny, bo Fields ciągle zachowuje się ciągle tak , jakby nie oswoił się z faktem, że Melo i STAT to koledzy z zespołu a nie gwiazdy z plakatu, który zawiesił nad łóżkiem w pokoju w akademiku. Jego statystyczna gra to 5-9 pkt, 4 zb. 2 ast. I zasadniczo nic więcej. Szczerze mówiąc, nie mogę już patrzeć na tę jego grę ala Fred Flinston, kiedy puszcza kulę żeby zbić kręgle. To drobienie na paluszkach. Ciągłe zawahanie. Gra na alibi. Na wstecznym. Do tyłu. Ten rzut, co raz bardziej pokraczny i zerwany. Jak mu pomóc? Zakazać grać w koszykówkę?

Toney Douglas - przegrani sezonu miejsce drugie. Srebro. Miał wszystko na wyciągniecie ręki. S5, poparcie Trenera Mike'a, zaufanie kolegów z drużyny. Nic tylko grać. Prowadzić grę, napierać asysty…  Było wszystko oprócz... umiejętności. Nie dał rady presji, oczekiwaniom. Trzasnął jak zapałka. Załamał się. Nakrył tekturą i prosił, żeby nikt go nie znalazł. Z S5 stoczył się do poziomu, który wygrzewa kolegom siedzenie na ławce. Wzrok trenera już go nawet nie omiata. Co więcej można powiedzieć, żeby nie kopać leżącego?

Baron Davis - był wyczekiwany przez społeczność jak pierwszy bocian, który znamionuje przyjście wiosny. Miał wznieść NYK na skrzydłach na poziom okołomistrzowski. Entuzjazm związany z jego podpisaniem był porównywalny do zniszczenia Gwiazdy Śmierci przez siły Rebelii. Gdzieś tam, ktoś drobnym druczkiem bąknął – „Eeeee, ale przecież B. Davis nie grał od kwietnia 2011, zasadniczo myślał o zakończeniu kariery, chcąc się w całości poświęcić sprzedaży wielofunkcyjnego widelca w telewizji Mango”.  „Nie szkodzi, pamiętacie jak grał w GSW?”-mówili optymiści – „trzeba wierzyć”. „- No tak, ale to było przed tym jak Karol "Suchar" Strasbuger zaczął prowadzić Familiadę” - dodawali realiści. Jego gra przypominała bal na wiedeńskim dworze Franza Jozefa. On nie biegał - on tańczył walca. Dostojeństwo, powolność, dystyngowane kroki. Szybkość lejącego się mazutu, wytrzymałość marcowego lodu i kondycja człowieka po rozległym zawale. To wszystko, co miał do zaoferowania. Od razu w pakiecie. Po rabacie. Poza występem urodzinowym, zasadniczo to była koszykówka przy zgaszonym świetle grana w basenie wypełnionym kisielem, przez człowieka bez rąk. Uczciwie mówiąc skaperowanie go należałoby umieścić w Encyklopedii gdzieś między czeski filmem a komedią slapsticowa. Tyle, że ten koniec taki smutny. Zrobił sobie z kolana fabrykę salcesonu. Kucharz Sowa już zaciera ręce - Ugotuje coś z Baronem w Kawie czy Herbacie. Do kotleta podkręci im muzę Jarzębina. Będzie git Baron. Tymczasem na razie.

Bill Walkerbyć może są tacy, którzy czekają na kilka słów o delegacie Uruk Hai na kraj… Moim zdaniem jego ocena w jednym paragrafie wymykałaby się kategoriom poznawczym. Dlatego opis dokonań Orczego Księcia będzie przedmiotem dogłębnej analizy w odrębnej impresji. Tylko jemu poświęconej. PS. Nie martwcie się – pliszki śpiewają, że Pan Labiryntu powróci do składu NYK.

Josh Harrellson - sezon wyznaczony dwoma wydarzeniami. Pierwsze to złamanie nadgarstka, drugie to zmiana na stanowisku sternika dowodzącego. Oba te zdarzenia w gruncie rzeczy zbiegające się w czasie miały kolosalny wpływ na pierwszoroczną „przygodę” Josha z NBA. MDA miał w swojej bezideowości i dobroci serca skłonność do tego, żeby dawać mu jakieś minuty. Szortek nie miał nic przeciw temu i zasadniczo jak na gościa, któremu wróżyłem karierę największego białego stróża w historii MSG radził sobie zaskakująco dobrze jak na miarę swoich ograniczonych możliwości. Trener Woo nie czuł się jednak związany ciepłym uczuciem poprzednika w stosunku do Harrellsona i zasadniczo odciął go w rotacji. W gruncie rzeczy druga część sezonu to w wykonaniu Jortsa tylko eksperymenty ze szczeciną na facjacie. Najpierw jakaś nieśmiała deklaracja poparcia dla towarzystwa miłośników Rometa i Komara, a potem poszukiwanie korzeni w Irish Pubie. Kariera przed nim świetlana...

Jared Jeffries - król ezoteryki stosowanej, niematerialny Pan niebytu i astralny wśród znikniętych świata. To niesamowite, jaką drogę przeszedł w ostatnim roku. Z jednego z najbardziej wyśmiewanych zawodników ligi do "decent, respectful defender". Nawet ja doświadczyłem ewolucji uczuciowej w stosunku do niego. Kiedyś był źródłem mojej zajadłej niechęci, a teraz... traktuje go jak niepełnosprawnego i odczuwam… dobrotliwe współczucie. Chociaż naprawdę trudno emocjonować się facetem, który nie oddaje rzutu, ma 4 zb. i przebywa na parkiecie 25 min. Fascynacja taką grą graniczy z perwersją na równi z pejczami, lateksem i dręczeniem zwierząt futerkowych aksamitna poduszeczką. Cóż, ten defensywny marsz śmierci Jareda ku upodleniu przeciwnika zastopowało cieknące kolano, które wymaga chyba spotkania z polskim hydraulikiem. Nie martwicie się Jared jest jak Lenin - wiecznie żywy. W NYK będzie już na zawsze. Po zakończeniu kariery będzie siedział na kasie w MSG. Albo na bramce. Za pięć buksów będzie robił ofensa. Za dychę będzie offens rodzinny (dwóch dorosłych i dwójka dzieci). Nie oddaje się talizmanów. To przynosi pecha.

Renaldo Balkman - jego przypadek jest tylko kolejnym dowodem na istnienie związku między światem sportu i wielkiej polityki. Jego kariera została politycznie zablokowana. To już oficjalne. Nasza Redakcja dotarła do zupełnie szokujących danych i informacji. Wynika z nich wprost, że interwencji dokonał sam komisarz Stern, który po meczu przedsezonowym z NJN - gdzie Renaldo "Talibo" Balkman, zaliczył występ kariery powiedział, że małyszomanię z udziałem Renaldo trzeba ukrócić w zarodku. Komisarz David wymógł na Właścicielu, Trenerze Mike'u i kierowniku drużyny, żeby ten jak to się wyraził "człowiek o twarzy podobnej zupełnie do afgańskiego pasterza rogacizny" został odstawiony do Guantanamo celem dokonania obserwacji psychiatrycznej. Stern sugerował, że jest to oficjalna prośba przekazana mu w formie rozkazu kierowanego od czynników zbliżonych do Białego Domu. "Tu chodzi o bezpieczeństwo kraju i wizerunek USA na arenie międzynarodowej. Nie będziemy gloryfikować i stawiać, jako ikony naszego kraju człowieka o twarzy podobnej do tej, do której statystycznie strzelamy w Afganistanie. To może kogoś skonfundować i wpłynie fatalnie na relacje z Prezydentem Karzajem. Co było robić? Renaldo musiał odejść. Po cichu. Bez słowa wytłumaczenia. Powodu. Według raportu służb wewnętrznych (CIA) - został zdemaskowany, jako uśpiony kret Bazy. My w Redakcji nie mamy złudzeń, że ten dokument został sfałszowany. Co może jednostka w starciu z machiną rządową? Nic. Renaldo delegatem Al-Kaidy? Aha broń masowej zagłady w Iraku... Jasne. Wszystko, co Balkman potrafił, to ćmić zioło, zaplatać włosy w te strucle i udawać, że umie grać się w koszykówkę. A tak? Może znajdzie dla siebie miejsce w Polsce. Podobno jest już formowana drużyna w Starych Kiejkutach...

Mike Bibby – to ”coś” miało kiedyś sezon, w którym zdobył ponad 1.700 pkt. Nie, to nie było na playstation. To wydarzyło się naprawdę. Nic, że w czasach, kiedy na Ziemi żyły trylobity. I on sam był żywy. To również w tym czasie zdobył tytuł mistera mokrego podkoszulka ziemi chełmińskiej- dobrzyńskiej. Kiedy na pozycji PG rozważano już postawienie na Jeffries'a, ekipa Ghost Busters schodziła do katakumb otwierała wieko trumny, wciągała skrupulatnie wbity w pierś osikowy kołek i wyprowadzała Hrabiego Draculę pod osłoną nocy na parkiet MSG. Na wejściu dostawał setkę RH + i obietnicę małpki z grupą AB po ostatnim gwizdku. Oświecony lampami zamierał w bezruchu. Mrużył oczy. Próbował znaleźć cień jaki tablica rzuca na parkiet, żeby w tym miejscu zregenerować rany wypalone przez światła jarzeniówek. W przyszłym roku sugerujemy wieko krypty oblać Kropelką i do tematu umarłego Mike B. już nie wracać. Przestańmy straszyć dzieci.

Jerome Jordan - gdyby go obudzić w środku nocy, potrafiłby wymienić wszystkie godziny odjazdu autobusów Greyhound jadących do Erie i z powrotem, wraz z cenami biletów, dozwolonym bagażem i czasem zatrzymania w stacjach pośrednich. Gdyby go trochę przeszkolić miałby etat na dworcu PKS w Grywałdzie gdzie robiły za punkt informacyjny dla kosmitów, którzy zapodziali się w przestrzeni międzygalaktycznej. W Eire został bożyszczem tłumów. Ludzie przynosili mu posiłki pod schody domu, myli samochód i śpiewali jamajskie kolędy. Ci ludzie z małych miasteczek potrafią uszanować swoich idoli. Tak szczerze i z dobrotliwego serca. Obok dyni w kształcie krowiego fallusa, psa o dwóch głowach, kobiety z brodą - Jerome Jordan uchodził za jedną z największych atrakcji malowniczego Eire. Myślę, że będzie jeszcze ich odwiedzał. To tworzy więzi na całe życie.

Dan Gadzuric - Mapa Piri Reisa, Trójkąt Bermudzki, Las Hoia Baciu, kontakt Gadzurica. Widzicie podobieństwo? Tak - to jedna z największych zagadek ludzkości. Jak to nie jest porównywalne? A może chodziło po prostu o zbilansowanie wymiany handlowej z Królestwem Niderlandów poprzez mocne wejście na rynek holenderski? Wszak i w NYK i w Holandii – oranż się pojawia. Nie rozumiem tylko jak za tych kilku minut na parkiecie można było oddać Walkera? To się w głowie nie mieści... To jest wyprzedawanie majątku narodowego, tych pereł w koronie za bezcen... Za to w dzikim kraju grozi Trybunał Stanu!

12:05, znykajacy
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje