RSS
wtorek, 28 maja 2013

Dzisiejsza impresja patrząca do przodu w trybie wolnym na 6G:

NEW YORK FIX - LOOKING AHEAD

10:55, znykajacy
Link Komentarze (30) »
czwartek, 23 maja 2013

To takie impresje na kołyszącej łódce. Cenzurki w skali od 1 do 10.

C. Anthony - rozśmieszyło mnie zdanie wypowiedziane w ostatnich dniach przez Melo - „We are there”. Czyli gdzie?-   zapytałem retorycznie – a potem sam sobie odpowiedziałem - Not even close to Miami and these folks....  Gdyby to był początek króla Ubu to bym powiedział - nigdzie, czyli w Polsce. Wieść gminna niesie, że to był jego najlepszy sezon w karierze, że Melo jest ciepły ziemniaczek na deptaku w Mielnie. Trzeci w notowaniach MVP, chwalony, holowany przez media, pieszczoszek władzy. Tak z ludzkiej ciekawości przyjrzałem się tym rządkom cyferek i mam poważne wątpliwości prowadzące do daleko sceptycznych konstatacji. Faktycznie na papierze prezentuje się to nieźle, momenty miał, ale zaliczył już wcześniej sezony jeśli nie lepsze statystycznie to przynajmniej porównywalne. W punktach faktycznie lekko dosypał w relacji do tego, co było w zeszłym roku. Można się tym grzać, ale nie zapomnijmy, że ktoś musiał skonsumować punkty STATa. W asystach raczej stany niższe średniej kariery, podobnie steale, rzutowo też poziom Wisły pod Włocławkiem w czasie posuchy. W sumie to sezon bliźniaczo podobny do szychty w kopalni melafiru w latach 09/10. O co więc cały ten buzz? Jest w primie? Może być. Czy to jest superprime? Czy osiągnął już szczyt i teraz będzie powoli przechodził na drugą stronę pagóra do krainy wiecznych łowów? W maju 2014 - stuknie mu trzydziecha. Niby nie wiele. Ale ile mu tego czasu zostało? Trzy lata? Na co? Mówi się, że dojrzał, że coś zrozumiał, że jest team-oriented (podaje innym rękę?). Że ma jakieś głębokie przemyślenia o jestestwie, naturze rzeczy i duchowości w sporcie? Cut the crap. Bez żartów. Nie lubię faceta, a z drugiej strony go ubóstwiam. Bo wiem, że tak długo jak on będzie szlakowym na tej krypie tak, długo NYK będą zagrożeniem dla populacji troci na jeziorze Gopło w okolicach połowy maja. Ten człowiek nie osiągnie w swojej karierze nic o czym za sto lat zająkną się jakiekolwiek kroniki czy annały. Zostanie drugim Alexem Englishem. Albo T-Maciem. Szczyt marzeń. Będzie się najwyżej mówiło o nim, że nastrzelał komuś, nawrzucał coś, ale komu i gdzie to już będzie wymagało studiów wyższych na nba references. Najgorsze w nim jest to, że on jest liderem tylko dla siebie. Narcyzem wpatrzonym we własne odbicie. Czy on jest w stanie kogoś pociągnąć w górę? Jest jakaś smutna alegoria między nim, Spikiem Lee i Benkiem Kingiem z tej zajawki NBA. Stuffing and puffing. Za dwadzieścia lat, wyobrażam sobie, że się zrobi reedycję tenj reklamy. Spike Lee już na wózku powie to samo o Melo, co o Kingu. Może z tą różnicą, że nie podpierał głową dachu. Na ścianie rozwiesi się jakiegoś nowego Króla Gór pasma Manhattan. Melo będzie już wtedy wspomnieniem. Może bardziej koszmarem. O ile w przypadku Lebrona można powiedzieć w istocie – „Jesteśmy Twoim świadkami”, to w przypadku Melo lud nowojorski może powiedzieć tylko jedno- „Jesteśmy Twoimi zakładnikami”.

Ocena: 8

JR Smith - Lord JR Dowódca Czarnego Zamku potwierdził tym sezonem, że jego mózg (?) jest przeżarty spaczeniem, opylony ciemną stroną mocy jak pomidorki pestycydami i poddany procesowi pogłębiającej się koagulacji. Mentalny podkorowiec. Miał momenty wybitne, kiedy wyglądał jak Joanna D’Arc na murach Kamieńca Podolskiego opierając się przed najazdem Hunów spod Pleszewa. Ale też ku uciesze Redakcji, chwile w których zmagał się z kacem, głodem i rzeżączką. Na raz. Może wygrać mecz, kiedy jest w euforii, a może mieć syndrom smutnego żołnierza, kiedy wpada w katatonię melancholii. Typ nieuleczalny. Schizofreniczny. Dr Jekyll i Mr Hyde. Budowanie marzeń o mistrzostwie na filarze jego eschatologicznych przemyśleń musi prowadzić prostą drogą do katastrofy budowlanej, gdzie ofiary liczy się w tysiącach. Wiara, że się zmieni jest podobna do tej, która ma młoda żona w stosunku do poślubionego męża. To się na ogół nie udaje. Patologii się nie leczy. Ją się izoluje od zdrowej tkanki. Teraz będzie Canossa - dwa dni bez twittera, picie ciepłego mleka, paciorek i do łóżeczka po wieczorynce. Poskuczy, pokaja się, ściśnie pośladkami własny ogon. Powie, ze przeprasza. Że zawiódł. Ktoś w to nawet uwierzy (stefan nie rób tego proszę). (UPDATE Piotr Tymochowicz już mu sprzedał patent na rozegranie tego przez tzw. ukrytą kontuzję i granie z wędzidłem w zębach... A ten alkohol pewnie pomagał uśmierzyć ból... Kolejna ofiara choroby filipińskiej). Ale demon czuwa. Nie śpi. Znowu zaatakuje. Wyoptuje się i wróci za piątkę... tyle, że z bratem. Ja powitam go na kolanach! Witaj królu Scheiße -Midasie. Dziel i rządź! Boję się tylko, że ATL oszaleje i da mu ósemkę na wejściu na 4 lata. To byłaby tragedia.

Ocena: 5

R. Felton - cały sezon toczył korespondencyjny pojedynek z skośnookim zawodnikiem HOU. Gdzieś tam z tyłu głowy wychodził przeciwko legendzie Linsanity w każdym meczu. Zwłaszcza, że była spora grupa życzliwych gotowych rzucić się do gardła G. Grunwaldowi za to, że Lin został odpuszczony a samego Raya utopić w łyżce wody – co przy jego wyporności wymagałoby dużego wysiłku. NYK wybrali pieniądze i koszt potencjalnego karnetu w klinice dla otyłych. Felton, o czym niektórzy być może zapominają, jest wart tylko 4 mln USD rocznie! Ray okazał się jednak zwierzęciem nowojorskim, który spala tkankę tłuszczową na samym tylko wdechu powietrza w okolicach MSG. Wytrzymał ciśnienie prasy hydraulicznej i skojarzenie z linem ma już dziś chyba jedynie rybny charakter. Per saldo różnica między nimi jest niezauważalna. Powiedzmy sobie jednak otwarcie. Facet ma swój szklany sufit, którego nie przebije. Nie podskoczy do dziesiątki najlepszych PG tej ligi. Będzie sobie klepał, czasem wjedzie, trafi za trzy. Jest solidnym rzemiechem, który wystawia prace pod Bramą Floriańską. W muzeum go nie pokażą. A za to uposażenie to jest i tak najlepszy nadworny malarz - przynajmniej pięciolecia.

Ocena 6,5

A. Stoudemire - oglądamy właśnie przeciągający się zmierzch jego kariery. Jeśli ktoś się boi, że go to ominie, to spokojnie. Będzie się jeszcze trwało przynajmniej ze dwa lata. Nie ma pośpiechu. Każdy zdąży się jeszcze upalić w żarze zachodu tego arizońskiego Słońca.. Kiedyś był rozpłodowym ogierem a teraz chodzi już po padoku jako łagodny, bezpiecznie wystrzyżony wałach. Jako mężczyzna łączę się w bólu. Kto wie – może ten wpis to jest już ostatnia jego ocena, jako koszykarza (w sumie to już w tej chwili mam wątpliwości czy da się jeszcze Amare kwalifikować w kategorii zawodowy sportowiec – może raczej zacny amator?). Za chwile będzie się mówiło o nim tylko w świetle payrolla. Nie bądźmy jednak hipokrytami kołysząc w kącikach krokodyle łzy. STAT połknie w dwa lata tyle sałaty, ile nie przeje w życiu cała populacja królików w Australii.  Ja wiem. Mimo to żal człowieka. Bo w sumie to taki sympatyczny, nieszkodliwy chłopak. Multikulturowy. Łączący mosty judeo hebrajskie. „Knicks are back”. „I am ready”. „Watch me”. I tym podobne farmazony. Nie jego wina, że jego kolana przypominają dziś mielonkę załataną klajstrem. Mało to pięknych karier skończyło się przez niewydolność stawu łączącego piszczel z kością udową? Biorąc pod uwagę wszelkie minutowe restrykcje, którym musi zostać poddany, w najbliższej przyszłości, przyjmuję dziś smutny i przygnębiający zakład, że Amare nie zdobędzie już nigdy w swojej karierze więcej niż 30 punktów w jednym spotkaniu. Tak patrząc z drugiej strony, to ta jego kontuzja to był prezent dla trenera Woo, która stworzyła narrację tego sezonu. Uraz Amare po pierwszym meczu preasonu pozwolił odsunąć od siebie to jakże niewygodne pytanie – czy możliwa jest symbioza z nim i Melo na jednej półce. Potem jak NYK grali tę cud koszykówkę między dniem Zadusznym a odwiedzinami dziadka z Laponii to zrobiło się uzasadnienie dla tego, że lepsze jest wrogiem dobrego i "Ty sobie STATku woduj z ławci". Szacunek dla Amare, że przyjął to bezboleśnie, nie szarpał i nie szedł do sztabu z widłami. Przełknął pigułkę. Podporządkował się bez szemrania. Dlatego z dużą uwagą słucham dziś stwierdzenia STATa, który chce wziąć Trenera Woo na stronę i zadać mu serię  pytań o swoją rolę w drużynie na najbliższe lata. Może się Pan Trener zdziwić, co do oczekiwań. Kwas wisi w powietrzu.

Ocena: 2

Tyson Chandler – statystycznie utrzymał poziom z zeszłego sezonu. Ale... chyba wszyscy czuliśmy, że Czenio jakby nie ten sam. Podmieniony. Osłabły. Odwodniony. Mniej dynamiczny pod koszem. Lekko spowolniony. Końcówka sezonu i play offy to znowu był powrót Pana Glassa zawodnika, który zaczyna rozpadać się na drobne jak trędowaty albo pruje ja sweter posła Hoffmana. Może niektórzy już zapomnieli, ale Chandler rozegrał w NBA tylko 70% spotkań i ma pseudonim Porcelanowy Kolos (China Collosus). Tu szyja, tu dysk, tam angina, w przerwie nieżyt jelit. Do tego jakoś strasznie schudł, broda mu się przerzedziła, oczy zapadły. Do końca szedł w zaparte twierdząc, że jest świeży jak twaróg z pierwszego tłoczenia. Fakty były jednak takie, że w paincie wyglądał bardziej jak niedobitek spod Hattin, który ma na karku mameluków Saladyna albo Jurand ze Spychowa po wizycie na pogotowiu. Roy Hibbert schował go do kieszeni i pokazywał jako totem na jarmarku w Koniakowie. Ma już 31 lat. Ci duzi to mają taka tendencję do drewnienia szybko. Czy to już ten czas Chandlera? Łykowacenia? Oby. W grze w ataku jest ogromny postęp. Chandler oddał aż 16 rzutów zza trumny. Trafił 8. W sezonie 11/12 oddał taki rzutów 11. Celnych jeden. To jest progres, za który powinien dostać MIP-a.

Ocena: 6

Marcus Camby – Atos. Kiedy Marcus wychodził na boisko spotniały szybko biegłem do kalendarza, czy nie wypada aby jakieś święto, które swoim występem uwieczniła osoba Camby’ego. Panowie! Biologia jest nieubłagana. Metabolizm i zużycie organizmu są faktami właściwymi materii ożywionej. Nieśmiertelności jeszcze nie ma (z wyjątkiem Ch. Lamberta). Czas posuwa wszystkich. Niektórych bardziej okrutnie od niektórych. Oczekiwanie wielu z Was, że Camby jest właśnie tym brakującym ogniwem, które może dać jakąś zmianę T. Chandlerowi było naiwne jak budowanie zamków na piasku. Marcus może dać zmianę, ale co najwyżej pampersa. Super fajnie, że będzie na payrollu jeszcze przez dwa lata za takie symboliczne 9m. Mam nadzieję, że nie zrezygnuje z gry w NYK i z tych sympatycznych pieniędzy tylko z tego powodu, że jest już fizycznie niezdolny do gry i ktoś będzie go przypalał żelazkiem, żeby jednak dał sobie spokój. Statystycznie każdy mecz Marcusa kosztował klub takie małe 200.000 USD. Za 3,3 zbiórki i 1,8 pkt. Mimo to nie śmiałbym go nazwać przepłaconym.

Ocena: 1

R. Wallace – Portos wyciągnięty gdzieś spod własnego pick upa, któremu wymieniał wał korbowy dał się przez Trenera Woo wciągnąć do castingu programu – ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Złośliwi mówią, że raczej został odgrzebany łopatą. Został jednak szczęśliwie odnaleziony przy pomocy Indiany Jonesa i pokazał, że wiek ma znaczenie. Przypomniał wszystkim, że piłka nie kłamie. To ważne przesłanie do narodu. Sportowo (PER36) to był jeden z jego najlepszych sezonów w karierze. WOW! Stats don’t lie!

Ocena: 3

K. Thomas – Aramis. Kariera zatoczyła koło. Wrócił do klubu w którym spędził najlepszejsze lata swojej kariery zanim pojechał w długą wycieczkę karawanem po klubach NBA. To był chyba jego ostatni przystanek. W wieku 40 lat pokazał, że nadal ma swoje zęby i chodzi bez balkonika. Z tych wszystkich figur woskowych ściągniętych z Muzeum Madame Tussaud okazał się chyba najbardziej zażywny. To już naprawdę coś. Jednak oczekiwanie, że wygeneruje jakiekolwiek cyferki ponad te, że jego metryka zawyża średni wiek NYK było równe wierze w szczęśliwe losowanie numerków totka. Trener Woo ciągle nie odpowiedział na jedno z najbardziej nurtujący pytań sezonu. Czemu miała służyć zagrywka polegająca na wpuszczeniu Thomasa na pierwsze trzy minuty na parkiet, po to by potem sadzać go majestatycznie na ławce do końca spotkania. Mnie to fascynuje.

Ocena: 3

S. Novak – dostał tego swojego wymarzonego terenowca 4x4 i ktoś zdaje się zaczął się skrobać mocno po głowie – dlaczego ta maszyna tak dużo pali, mimo że ma taką słabą moc. Co by nie powiedzieć w tym sezonie lekko stoczył się na pobocze. Z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu popadł w niełaskę w trakcie PO (może ktoś wreszcie obejrzał kasety z meczy z MIA z zeszłych play offs?) i właściwie spędził ten czas obściskując się z James’em White’m. Trener Pop po raz kolejny ekskulpował się wykazując brak winy w wyborze i zostawiając w SAS M. Bonnera zamiast naszego rodaka. Defensywnie Steve ponownie udowodnił, że jest jakąś chorą konstrukcją Adama Słodowego. Misterne połączenie wiatraka i stracha na wróble. Potrafi zamłócić rękami wprawionymi w ruch pędem powietrza przelatującego przeciwnika. To się nazywa odzyskiwanie zielonej energii. Ludzie od F1 powinni się tym zainteresować. W ataku jest jednowymiarowy jak suwnica w na hali maszyn. Wszystko, co umie to zaczaić się za węgłem i odpalić coś zza pleców. Release ciągle szybki. Aaaa i cud się stał. Steven miał w tym sezonie jeden celny lay up i 6 rzutów z trumny. Szkoda, że nie zapakował z góry. To mogłoby się skończyć kalectwem. Zasadniczo potwierdził to co wiedzieliśmy od dawna. Logicznie nie da się tego wytłumaczyć. Angaż w NBA mógł dostać tylko w takim gabinecie osobliwości jak NYK. Reszta nie mieści się w kategoriach mierzalnych siatką pojęciową Sir Davida Aattenborough.

Ocena 4

C. Copeland – mogło być Copelansanity, ale zarząd przypilnował, żeby histeria znowu nie popłynęła rurami Manhattanu. Tego nie dałoby się już znieść. Rok po roku? Nieeee. Cały czas się zastanawiam dowodem na co jest jego kariera? Że nawet na czekoladowym śmietniku można znaleźć grudkę pirytu? Że ktoś to może kupić? Pozytywnie patrząc. Krzyniu ma pewien zapał i nieustępliwość w ataku. Ma coś z konia zaprzęgowego, któremu zakłada się klapki na oczy. Jak na tych krzywych nibynóżkach zassie piłkę to cisną mi się łzy na wspomnienie Ala Harringtona. Ta sama gorąca krew samouwielbienia. Wielu z Was pewnie pomstuje, że nie dostał tzw. „prawdziwej” szansy, że to jest skandal, że największe wzmocnienie siedziało cały czas na ławce czekające na wielki skok w nadświetlną. On mógłby pokonać Miami. Hold your horses. Zastanówmy się, dlaczego tak się nie stało? Może winę za to ponosi jego gra obronna, z której doktoryzował się u profesora Novaka? Generalnie niewielka inteligencja koszykarska? OK. Finansowo to też nie był zły deal. Ale nadal twierdzę, że jest w Krzyśku coś podejrzanego. Bo kto do licha pojechałby grać w koszykówkę do Belgii? Pytanie za ile pralin da się go kupić na ten sezon, jeśli w ogóle?

Ocena: 5

I. Shumpertalter ego D. Rose’a. Człowiek, który odważył się zmierzyć z własną kontuzją. Leonardo da Vinci koszykówki. Śpiewam, gram, kleję modele z zapałek. Trudno go nie lubić i nie czuć pewnej sympatii. Rook. Prosty chłopak o zerojedynkowym sposobie myślenia. Wolny od wyrachowania perfidii czy hipokryzji. Do tego to kowadło na głowie. Szkoda, że nie zderzył się głową z Norisem Cole’m. Sportowo odczuwam pewien dyskomfort poddając go jakimś jednoznaczny ocenom. Wszak facet jest jak wrzucona do wody uwędzona ryba. Pływa tak już drętwo. W defensywie momenty były np. pognębił podstarzałego P. Pierce’a, który ostatni raz podskoczył do kiosku po papierosy dla taty, kiedy chodził jeszcze do podstawówki. Brawo. Ofensywnie to nadal był chaos, jakiego nie potrafi objąć atraktor Lorenza. Biegunka myślowa jakim podlegają jego neurony jest zagrożeniem dla drożności kanalizacji w każdym skupisku ludzkim. Bo kiedy Iman przechodzi przez linę środkową boiska, wygląda to mnie więcej tak. „Rzucę za trzy, przechwytując piłkę lay upem, podając na zbiórkę z wolnego”. Ergo - strata. Shump już zapowiedział, że zobaczymy go w SL, bo czuje się niedograny. Przyszły sezon da ostateczną odpowiedź, gdzie jest jego kolano. Ale kto wie? Może nie będzie to już obchodzić obserwatorów NYK?

Ocena: 4,5

J. Kidd – kiedy pisałem ten wpis Jason podobno nadal żył. I to nawet bez wspomagania farmakologicznego. Co więcej pogłoski o tym, że powróci na kolejne dwa sezony, żeby udowodnić, że nie jest totalnym zerem są bliskie prawdzie. Nie powiem. W knicksowym cud-okresie przesilenia jesienno-zimowego był Nikiforem Krynickim wśród przedszkolaków. Spoiwem. Człowiekiem fugą. Razem z Feltonem stali się postrachem drużyn dna i dołu tabeli. Niestety przegazował. Próbował cofnąć czas o jakąś dekadę, kiedy był już tylko piękny. I się zajeździł. To było wręcz samo ujeżdżenie. Dziś tłumaczy swą niemoc tym, że on tak do końca to nie jest od zdobywania punktów. Znaczy – papier jest cierpliwy. Prawda jest jednak taka, że jego miejsce jest na bujanym fotelu wśród wnuków i pluszaków. Naprawdę nie wiem, jaką rolę on dla siebie przewidział w przyszłym sezonie. Może gawędziarza. Jak to jest kiedy się gra o mistrzostwo? Koszykarsko to on już dobrze wychodzi tylko na posterach. Tych z Magic Basketball’a.

Ocena: 4 (za ostanie dziesięć spotkań jednak 0)

P. Prigioni – Okazuje się, że na karierę w NBA nigdy nie jest za późno. Tak Panie Łapeta, wszystko przed Panem. Good luck. Co więcej można z powodzeniem wieńczyć koszykarskie konkury grą za oceanem. Pablo był zajadły i wygłodniały jak pinczer rzucający się na przeciwników niczym szczerbaty na suchary. Pozytywna postać, mimo, że irytował mnie tym wymuszaniem strat, miotaniem się, szarpaniem przeciwnika za poły surduta. Panie masz Pan 36 lat, nie zachowuj się jak szczenię. Nie przystoi. Nie godzi się. Więcej stateczności, powagi zamiast ciarania się po parkiecie ruchem odwróconego żółwia. Dał dobre minuty. Solidną zmianę, choć prochu nie wymyślił. Męczył mnie też tym przesadnym altruizmem, w którym miłosierny Samarytanin jawił się jako egoista i karierowicz. Dobrze wydane 0,5 mln USD. Na pewno wyszło taniej niż drinki JR Smitha.

Ocena: 4

J. White – mój zdecydowany ulubieniec. Jedyny zawodnik, co do którego można sobie było bez przerwy zadawać pytanie – ale o co chodzi? Z jakiego Melmac do nas przyleciał ten kosmita? Jego występ w konkursie wsadów przejdzie do niechlubnej historii koszykówki. James miał trzy straty, dwa razy popełnił błąd kroków, zaliczył faul ofensywny i prawie dostał ataku serca. Dunku jednak zrobić nie dał rady. Najlepszy snookerzysta w zespole. Szkoda, że już go nie zobaczymy...

Ocena: to jest ciało nieklasyfikowalne

K. Martin – czaił się cały rok, co by tu zrobić z tak wspaniale rozpoczętą karierą, żeby na koniec rzekomo objawić się jako mąż opatrznościowy NYK. Stało się to wtedy, kiedy głębia próchnicy na pozycji nr 4 osiągnęła już poziom dziury w zębie. Statystycznie był takim właśnie stomatologicznym amalgamatem. Estetycznie wątpliwym w odbiorze, praktycznie niezbędnym do wypełnienia. Wpisał się w pewną narrację sezonu. „Mam 35 lat. Nie czuję, że to już czas żeby spędzać czas w fotelu, zawalczę o minimala w zespol,e w którym gra mnóstwo moich byłych kumpli. Ej Melo, ej JR, ej Marcus wspomóżcie”. Raz bryłką, zawsze samorodkiem. Tyle, że czasy kiedy K-Mart decydował o czymkolwiek minęły bezpowrotnie, a pewnie znajdą się tacy, którzy zadadzą pytanie zupełnie do rzeczy, kiedy ten Pan miał w ogóle wpływ na cokolwiek. Powiedzmy sobie otwarcie w XXI wieku gorszym numerem jeden draftu był tylko K. Brown (stawiam Bargnaniego jednak wyżej, a Oden jest dla mnie przypadkiem ortopedii klinicznej). Fajne w Kenyonie jest to, że on się w NYK jeszcze ze dwa sezony może kręcić koło pani księgowej. Cudnie.

Ocena: 5

Q. Richardson – zaciągnięty do projektu „Once a NYK always a NYK” dostał chyba o jedną szansę za dużo.

Bez oceny

E. Baron – jako jedyny zawodnik NYK miał tyle double-double ile występów. Jeden.

Bez oceny

----

M. Woodson

Nie lubiliśmy w Redakcji Trenera Drewniaka. Z kilku powodów. Po pierwsze odsunął od kierownicy naszego wielkiego faworyta i ulubieńca MDA - gwaranta beznadziei (hello Lakers fans!) i zrobił to wstrętnie, cynicznie wkradając się w łaski Melo i spiskując przeciwko niemu. Na piersi się żmija wychowała. Tego mu nie zapomnimy. Po drugie nie podjął prób przebłagania Orczego Księcia, żeby wszedł znowu do labiryntu, po trzecie ma twarz takiego głupola, że to wstyd, że coś takiego pokazuje się w telewizji. Nawet przy poseł Pawłowicz. Ten sezon jednak zrewidował nasz pogląd na Jajecznego. Ja to go nawet bardzo polubiłem. Sympatią darzyć zacząłem. Bo wiem, że z niego żaden hobbit i o drużynie pierścienia tu mowy być nie może. Warsztat tego faceta jest na poziomie pracy chałupniczej sypiania dywanów z piasku. Tak. Utoczył przez lato jakieś coś – tylko, że jak się wszyscy zorientowali, na czym myk polega i dziadki zaczęły ssać łapę to Pan Trener koncepcyjnie wyglądał jak niedouczony student na egzaminie (vide rajza na Zachód). Wielkie podkrążone zdumieniem oczy. Ale dlaszego? Ale co się dzieje? Wiem, że nudzę – ale w ataku przełomu nie było a wręcz poczułem, że wózek zaczyna się delikatnie cofać i zaczynam oglądać tak dobrze mi znane krajobrazy made by D’Antoni Bros. A w obronie? Coś tam się działo, ale per saldo to chyba nie było to, czego być może niektórzy się spodziewali. Zawsze można powiedzieć, nikt jeszcze nie wygrał z kontuzjami… I sędziami oczywiście. Obiektywnie wynik 54-28 robi wrażenie. Wicemistrzostwo świata na Wschodzie. Ale… gdyby NYK grali na Zachodzie? To o które miejsce walczyliby w PO? 5? Max. I nie byłoby nawet przejścia do pierwszej rundy. Przykro mi ale tak to wygląda. Na zachodzie z siedmiosetowej batalii NYK nie przepchnęli by… nikogo… Dlatego Ci wszyscy, którzy Drewniakowi chcą zbudować ołtarzyk i dziękować, że przywrócił wiarę, honor i ojczyznę zalecam długi spacer po Bieszczadach. Tę podnietę trzeba rozchodzić. A prawda jest taka, że za rok Trener Woo będzie się zastanawiał, jak to się mogło stać, że nie jest już trenerem NYK.

Dolan myli się wiele razy. Ale błędy innych wybacza raz. Trenerze Woo – ammonito!

Ocena: 5

22:45, znykajacy
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 20 maja 2013

Miało być doklejone do poprzedniej impresji. Ale to dzieło wymaga osobnego wpisu. Hatamoto - TO JEST HIT. Tobie szczególnie dziękuję za cały wspólnie spędzony sezon i artystyczne uduchowienie tego bloga.  C. Monet się na pewno tego nie spodziewał... Zaczynamy i kończymy impresyjnie... Tak mi chodzi po głowie przerobić "Niderlandzkie Przysłowia..."

Dla tych, co mają słabe oczy, albo uważają, że diabeł tkwi w szczegółach -wersja makro.

13:32, znykajacy
Link Komentarze (21) »
niedziela, 19 maja 2013

Wykonało się.

Tak sędziowie. Tak wypaczyli. Tak przypilnowali. Tak na pewno była jakaś kopertówka. MUSIAŁA BYĆ. Pewnie spotkali się na jakimś cmentarzu.

A zatem? Nie wiem, może otwarty list do kolegium sędziowskiego. Jak się nazywa ten ichniejszy Przesmycki? Może jakiś marsz OburzoNYK w okolicach Pałacu Prezydenckiego ze sztandarami? Pikieta z URMU?

Z drugiej strony przecież moralnie wygraliśmy. Nikt nam nie odbierze czystości stylu. Etosu zwycięstwa. Możemy z pełną odpowiedzialnością spojrzeć sobie w oczy. Gdyby jakiś sędzia zagwizdał przeciwko przeciwnikom niesłusznie - przecież oddalibyśmy piłkę.Garrincha dostałby zawału.

OK. To jak już sobie pożartowaliśmy. Pośmialiśmy. To teraz usiądźmy. Brawo Panie Walsh. Well done.

Serię wygrał ZESPÓŁ lepszy. TEAM mający pewną wizję realizowaną z konsekwencją uchwalania w Polsce ustawy o in vitro. Defensywa, zbiórka, defensywa w ataku. DRUŻYNA która nie składa się z gwiazd ale jest doskonale zbilansowana (każdy zawodnik z S5 oddał wczoraj pomiędzy 13-15 rzutów). Która niczego nie forsuje. Gra swoje. Przenosząc porównanie między NYK i IND na grunt budowlanej mieszkaniówki – Knicks mają subtelność konstrukcji domku z kart, a Pacers wyglądają jak chata góralska z bali (po przymusowej eksmisji z wigwamu). Wystarczy, że na Manhattanie nieuważnie wyjmie się jedną figurę i blotki kładą się jak bloki na Retkni. W przypadku domostwa Indian trzeba topora, żeby wejść do środka jeżeli zapomniało się zabrać klucza do drzwi. Są masywni, ciężcy i brzydcy. Jak bohaterowie Drużyny A. Łatwiej ich obejść niż przepchnąć. Mają szansę nie skompromitować w pojedynku z MIA. A to już naprawdę coś.

To na czym NYK mieli opierać swoje nadzieję na wygranie meczu nr 6? Na trzech kwartach Melo? (W czwartej przepełniony złymi myślami pampers zaczął mu ciążyć i uwierać). Na epizodzie Shumpera w 3Q? Nie? To może na szpiegowskim popisie agenta 0-7 Feltona? A może na wydłużającym się streaku J. Kidda, w którym osiągnął już 10 dan niebytu? Na najdłuższym kacu JR Smitha? Na frustracji własną słabością w grze T. Chandlera? Frywolności rzutowej P. Prigioniego? Na STAT-cie, który robi za królika z kapelusza? Panowie, z czym na ryby?

Z drugiej strony, czemu się dziwić? Czym można marzyć o drugie rundzie, jeżeli pozwala się, żeby L. Stephenson wyglądał po pierwszej kwarcie jak L. James (9/6/3). On the rise! Cieszę się w jego imieniu mimo, że mnie do tego nie umocowa Tylko tytułem przypomnienia - Lance homeboy poszedł z numerem 40 draftu roku pańskiego 2010… Zaraz po Landry Field’sie (Most Regresed Player of the Year) i po moim ulubieńcem future Hall Fame'rze A. Rautinsie. Donie Walsh puszcza oczko. Wiedział? Zrobił to specjalnie? Mam brzydkie machiaweliczne myśli…


R. Hibbert Góra, która blokuje. Czarnoskóry brat Cleganów.


To jest już koniec sezonu 2012/2013. Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym.

Rozkład jazdy na najbliższe dni? Powstaną jeszcze trzy impresje. Mam nadzieję, że w ciągu tygodnia. Kalendarium. Oceny roczne graczy. Spojrzenie na rok 2013/2014. Potem chwila przerwy i zaczniemy bliżej przyglądać się draftowi.

Dziękuję wszystkim za emocje, wsparcie i czas, który poświęcali wchodząc na NI. Kolejny sezon za nami. Bez Was nie dałbym rady. Szczególne podziękowania dla tych, którzy są zawsze wiernymi komentatorami, krytykami i marudzą, że nie kibicuję NYK.

Nie smućcie się Wierzący. Za rok będzie… tak samo. Wiem, że dziś w wielu miejscach atmosfera „choroby w domu”. Że skrzą się iskry między zębami, oczy, zeszklone jak cebula na jajecznicę, że mówi się szeptem, żeby nie denerwować „chorego”. Łączę się w bólu z bliskimi tych wszystkich, którzy będą znosić zły humor „prawdziwych kibiców”. Szczególnie myślę o żonie stefana.

PS. Przypominam mi się, że mamy jakiś zakład do rozstrzygnięcia. Duncan_25, kuba? Przypomnicie, kto, co jest komu winien w kategoriach procentowych?

PS 2. Lebronie Jamesie przybywaj. Weź, co Twoje!

PS 3. Hatamoto napisał do mnie wczoraj - to będzie hit - jak tylko dostanę wklejam pracę artysty na tzw. wyjście. Wracajcie, żeby to zobaczyć. 

09:08, znykajacy
Link Komentarze (22) »
piątek, 17 maja 2013

Przetrwali.

Ale więcej nie da się powiedzieć.

Nic nowego się nie zdarzyło. Krecik znowu rzucił kość słuchawce telefonicznej. Czy ten futrzak niczego się nigdy nie nauczy?  

NYK mieli trochę szczęścia. G. Hill przed meczem stwierdził, że mu się lekko ekran trzęsie po zderzeniu z T. Chandlerem w poprzednim spotkaniu i poprosił o pilne L-4 i poziomicę. To zmusiło IND do wyjścia w czterema zawodnikami bo D.J. Augustin to może najwyżej puszczać Tercet Egzotyczny kuracjuszom w Ciechocinku. R. Hibbert dał się na słoninkę złapać jak mała myszka na grę w faule i osadził swoje zwaliste kończyny na ławce, co zmusiło trenera F. Vogla do eksplorowania takich zjawisk parakoszykarskich jak S. Young czy G. Green. D. West delikatnie się podkręcił kostkowo albo kolankowo i w konsekwencji stracił swoje stanie i... opadł. IND mieli ofensywnego rytmu. Nikt nie zrobił niczego nadzwyczajnego, nikt nie przebił błony własnych statystyk. Grali bez specjalnego drive’u, choć ten mecz był do wzięcia. Cóż. Zabieramy to znowu do indiańskiej wioski. Tam już grzeje się kocioł.

NYK bez przełomu. Przepchnęli tę grę jak niedrożność sedesu. Trener Woo przyznał się, że wejście w stratosferę było błędem i zszedł znowu do troposfery przywracając do gry ten żylasty stek z angusa. W defensywie, przyznaję, był jakiś starannie zmanikiurowany paznokietek, a na twarzach pojawiały się ślady rozpaczliwej determinacji człowieka płynącego w łodzi z tygrysem. To wszystko zaliczam do plusów dodatnich. Ale więcej? Czym tu się grzać? Kolejnym występem Melo, w którym liczba zdobytych punktów i oddanych rzutów wygląda jakby odbiła się w lustrze? JR Smithem, który trafia tylko rzuty fantazyjne i cudaczne rodem z cyrku Arena i a ma ewidentny problem z wysławianiem się czystych pozycji? T. Chandlerem, który wygląda jakby l zachłysnął się asfaltem na budowie A1 po tym jak przygniótł go walec? A może tym, tym że J. Kidd się przedłużył o kolejne zero. Jeszcze jedno ogniwo łańcuszka niemej impotencji (tego lay-upu nie spudłowałby nawet Robert Mateja na nartach).

No dobra. Można podkręcić się Krzyśkiem Kopaliną. Kuba1809 proszę weź bądź prawdziwym Czytelnikiem NI i daj się sprowokować i napisz coś o tym kolosie z ławki. Prawdziwym asie w talii. Dodatkowym naboju w komorze. Tym, co by było gdyby Trener Woo dał mu „prawdziwą” szansę. Proszę.

Do Wierzących. Przesłanie.

Ludzie skąd nadzieją, skąd wiara? Nie mówię już o miłości, bo tej gry nie pokochałbym nawet inaczej. Biorę relanium i zaczynam dzień.

IND w sześciu.

07:17, znykajacy
Link Komentarze (15) »
środa, 15 maja 2013

Zasadniczo już po żniwach. Zostało już tylko zaoranie ostatniej skiby. A potem dożynki.

Ciekawe czy łowiska już wybrane? Gopło? Przyujściowy odcinek Obry? Rzeka Pszczynka? Czekamy na jakieś ciekawe wędkarskie przygody, okraszone zdjęciami  w magazynie „Ryba i ja”. Taki posterek w formacie A2 na ścianę – Carmelo Anthony ściskający leszcza. Ja bym przyszpilił do makatki, nie wiem jak Wy?

Patrzyłem na ten mecz bezrefleksyjnie, jakbym po raz kolejny oglądał ten sam odcinek Krecika. Mam wrażenie, że estetycznie i w fabule niczym nie różnił od spotkania nr 1 i 3. NYK nieudolni w ataku, odbijający się od ściany jakby grali w squasha, niezdolni to jakiegokolwiek szarpnięcia, doczłapali do mety. Położyli głowę na pieńku i prosili o czyste cięcie. Nawet to przejście z Papieża na K-Marta na niewiele się zdało. Melo naburmuszony jak dojrzała purchawka, T. Chandler sfrustrowany własną niemocą, I. Shumpert wyglądający jak bramkarz NHL z tymi pakułami na kolanach, R Smith odłożył śrubokręt i zasysa już czad otwarcie wszystkimi porami, R. Felton pracuje na tytuł zawodnika, któremu na koniec w klapę dresu wepnie się odznakę – „Nie zawiódł”.  Reszta dociąża żyłki i dobiera spławiki, i przyoliwia kołowrotki. J. Kidd zaliczył ósmy mecz bez punktu. Myślę, że to jego PB.

Teraz czeka nas jeszcze kilka dni prężenia muskułów, opowieści z mchu i paproci o tym, że „wiemy co mamy zrobić by odwrócić tę serię”, będzie parę mocnych słów i fraz pod publiczkę. Ktoś użyje mocnych słów w szatni. Coś wycieknie, ktoś to podłapie, ktoś sprzeda, ktoś doda, że duch w narodzie nie umarł. Sflaczały balon jeszcze raz złapie trochę helu. Będzie próba zbudowania makietek taktycznych tworzących malowane zwycięstwo np. w oparciu o C. Copelanda (kuba1809 liczę, że pociągniesz ten wątek), powie się, że 8 zespołów na ponad dwieście uniosło głowę do kolejnej rundy. To wszystko niestety będzie. Ale to jest już koniec.

Coś się popruło. Połamało. Knicks tworzyć grupę jak to mówi Redaktor Szaranowicz. Mam wrażenie, że wszyscy mają tam się już serdecznie dosyć i każdy marzy o tym, żeby ta wyprawa już rozjechała się do domów. Zapach amoniaku robi się nieznośny.

Tak na marginesie. Jestem daleki od twierdzenia, że IND ma lepszych graczy niż NYK. Tak pewnie nie jest. Ale są znacznie lepszym zespołem. Drużyną.  Lepiej poukładaną, przemyślaną, sfastrygowaną. W ataku brakuje im finezji, są niefrasobliwi jak Czerwony Kapturek w konwersacji z Wilkiem, ale wygrywają obroną i prasują przeciwników na desce. Grają równiej jako calość. Wczoraj swój mecz miał G. Hill, który utoczył z indiańskiej piersi kilka baniek mleka, Urodzony Gotowym Wielka Lanca pocałował parę razy biceps, a P. George był wczoraj ASG kaliber. Resztę wyszarpali zajadłością i konsekwencjąw defensywie. Jak na NYK to starczy. Poprawka. Żeby się nie narazić to powiem jak na kontuzjowanych NYK to starczy. 

IND w 5.

Podaję prognozę dla Wierzących. NYK w 7.

Finał IND- MEM? Kto to da radę wciągnąć?

09:52, znykajacy
Link Komentarze (20) »
niedziela, 12 maja 2013

Wejście do wigwamu zasznurowane kawałkiem powroza do snopowiązałki. Plemię nie przeniosło się samodzielnie do krainy wiecznych łowów tylko, dlatego że zobaczyli błękitno pomarańczowy karawan. Do krwi ostatniej ziemi swojej bronić będą. Są naprawdę straszni w ochronie swoich pastwisk przed napływem osadników ze Wschodu. Reglamentacja bizoniny trwa. Jeżeli ktoś myślał, że to będzie przyjemny piknik pod wiszącą skałą to chyba musi skoczyć po szybki catering na stację benzynową. Pamiętacie taki mecz, w którym tylko jeden Knicks przebił się na poziom dwucyfrowy? Mnie się ociera coś o pamięć, ale to mógł być wykwit wyobraźni.

Łatwo to już było Panowie i Panie.

Dla mnie ten mecz to jest nominacja do nagrody COY dla Białego Ptaka. NYK zostali obnażeni w bezwładzie ideologicznym swojej gry ofensywnej, z której przecież szczycą się stąd aż do Poronina. To była aborcja na żądanie.

Wielki myśliciel o twarzy księgowego jeszcze raz usiadł nad makietką i zrobił to, co w teorii powinno zabrać nowojorczykom impet cywilizacyjnej przewagi. Przypilnować R. Feltona tak w ataku, jaki i rozprowadzaniu piłki do stopnia w którym zacznie donosić Trenerowi na kolegów że go nie rozumieją (to było bardzo nieładne Ray Ty mały konfidencie), nie dopuścić do gry za trzy (Panowie NYK oddali tylko 11 trójek – czyli prawie trzy razy mniej niż statystycznie udaje im się co mecz. Znaczy to jest wow! Kiedy ostatnio mieli mniej prób? Kto sprawdzi?), spowolnić Carmelo do poziomu truchtu tyłem, wygrać zbiórki, ciułać punkty. A i może najważniejsze motto. Być konsekwentnie zespołem. Wystarczy. I to się da zrobić. Komu w tym sezonie to się udało? Chicago i LAC. Taka taktyka żelaznej dyscypliny zawsze pokona coś, co pretenduje do… do… – no właśnie do czego?

Czym są dziś Knicks? Do czego pretendują?

Podsumowując.

Melo ma odpadające ramię, które trzyma się na zapałkach i taśmie klejącej – po sezonie powie, że idzie pod gilotynę i rozegra cierpienie pijarowo. JR Smith miał rano 39 stopni bóle głowy i szarpanie wątroby (demon znowu poprosił o spacer na dworze). T. Chandle,r co raz bardziej przypomina Blastera z trzeciej części Mad Maxa albo sfrustrowane wielkie dziecko, które nie dostało czekolady i zaczyna o północy pięścią walić w witrynę sklepu. P. Prigioni ma głównie grymasy mimiczne, w których jednoznacznie reklamuje swojego dentystę upodabniając się do bobra z okolic Bugu. Gdyby mu dać solidną żerdkę zrobiłby z niej fagot. J. Kidda ostatnie widziano żywego w okolicach Wielkanocy (ale nie wyciągałbym z tego zbyt daleko idących wniosków) a ostatnie jakieś punkty zdobył jakieś trzy tygodnie temu kupując w Tesco na kartę Rodzinka. Poziom jakiś trzyma K. Martin ale on może najwyżej zrobić tzw. goldwymayera po zdobytym koszu.

I. Shumpert trzyma swoje defensywne koniki w cwale, ale w ataku przypomina tego bacę z dowcipu, co ma iść na poprawiny, ale się wacha. Jeżeli można powiedzieć coś pozytywnego to chyba tylko to, że IND nie radziła sobie, gdy Knicks grali strefą. Tyle, że paradoksalnie zneutralizowali ten niedogodność trafiając dziesięć trójek. Test your own medicine.

Ja wiem. Wierzący mają na to wszystko odpowiedź. Że kontuzje, że obcierające obuwie, że szwy na kroczu. Jasne. Tak. Oczywiście. Z tym trudno polemizować. To są przecież fakty. 24 godziny na dobę. Sama prawda. Ale jest 2-1 i nie wiadomo co dalej? Skąd ratunek? Skąd nadzieja? Luke Skywalker może nie dolecieć. Podobno robi teraz z GUS-ie.

Enters A. Stoudemire. Widać, że po tym zastrzyku z laxigenu w kolano lekko się przeczyścił. Ruchowo wyglądał nie gorzej niż wtedy, kiedy siedział na ławce w garniturze. Jeżeli ktoś liczył, że defensywnie nadrobi jakieś sięgające przedszkola zaległości to chyba musi mieć podejrzenie, że tam doszło również do wycięcia fragmentu płat czołowego. O czym chyba świadczy ten zalotny loczek na czole (zacięcie?) wycięty przez fryzjera? Czy może to efekt poślizgu maszynki na nierówności czaszki?

Zamienię T. Chandlera za R. Hibberta. Kto dealuje? W pakiecie dołożę blachę z poloneza.

IND w pięciu?

09:01, znykajacy
Link Komentarze (35) »
 
1 , 2

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje