RSS
czwartek, 31 października 2013

Są na mapie krainy NBA, takie zespoły, które nigdy nie zbudują jakiejś struktury – planu, systemu zakładającego organiczny rozwój na lata. A zawsze będą się składać z elementów lekko przypadkowych, lekko przepłaconych, lekko do siebie niepasujących i lekko zbyt białych. Taki Wigry 3 złożony z miliona dziwnych, często niepotrzebnych i nieprzystających do siebie części. Można nim zawieść w bańce mleko do skupu, ale do urzędu powiatowego strach jechać bo można już nie wrócić. MIL to taka właśnie drużyna. W ciągu ostatnich dwóch lat wymienili znakomitą część talentu (który prowadził ich absolutnie donikąd –B. Jennings i M. Ellis) na inna grupę podlejszego talentu (O. Mayo i B. Knight) – którzy zaprowadzą ich jeszcze głębiej na manowce ślepego zaułka. Reszta wygląda jak z łapanki (ja w lecie bałem się  odbierać nieznanie numery bojąc się, że ktoś będzie mnie chciał wziąć do Bucks). W wyniku splotu nieszczęśliwych zdarzeń i jakby lekko za karę znalazł się tu C. Butler, są zagubione oczy G. Neala. Jest nieśmiertelny, o mało co każdego lata Knicks, L. Rindour to bożyszcze ortodontów, jest L. „Gorączka” Sanders (wczoraj pięć fauli w 12 min.), ten szczypiorek o dużym skoku J. Henson, drugi taki wąski w biodrach K. Middelton, N. Wolters którego ma się ochotę złapać za policzek, ortodox Zaza – zwany Bingsem, przybysz z orientu E. Illyasova który mógłby grać statystę w filmie o Wielkim Głodzie na Ukrainie. I tak na koniec jest ta grecka nadzieja przemysłu sera koziego- G. Antetokounmpo – pieszczotliwie zwany Antkiem – gość patrząc z tyłu, z perspektywy i oddając cesarzowi, co cesarskie z wyglądu przypominający K. Duranta. Znając realia wykwit swojej kariery będzie przeżywał już w miejscu gdzie urzędowym językiem nie jest linqua germanica i nie trzeba jeść borszczu i pierogi na Polish Fest. (Muszę dokonać badania, bo to nawet ciekawe jak wyglądały lokalne relacje Polsko – Niemieckie w Wisconsin w latach 1939-45 – czy był jakiś artysta modowy Schleswig-Holstein, a może nawet jakieś powstanie nadal się tli jak to nasze warszawskie. Kto wie…). Myśl, że nawet tzw. metoda leczenia wścieklizny z Milwaukee nie jest wystarczającą zanętą dla takiego talentu jak ten Helios.

Mecz otwarcia taki kreskówkowy.

Wielki faworyt z dużego miasta otoczony nimbem świateł z przyklejonym do twarzy uśmieszkiem patrzy lekceważąco na młodego adepta przywianego w ostatnich butach z najdalszych zakamarków prowincji. I tylko w pewnym momencie ta buta i kpiący grymas zaczyna się przekształcać w pełen niedowierzania i strachu krzyk. Było blisko. MIL było jak termit. Działało jak cichy sabotażysta. Doszli i ośmielili się mieć widoki na zwycięstwo. Koźlarkom zabrakło rutyny, doświadczenia i w ostatnich trzech minutach dali się zagonić jak dzieci na plac zabaw przez podrażnioną wychowawczą ambicją przedszkolankę. Trzeba powiedzieć, że dawno nie wiedziałem takiego emocjonalnego stłamszenia. Wyglądało to przygnębiająco fani Bucks. Szkoda, ze happy endu nie było. Melo odbił kartę (dzięki airbobo) i poszedł na taśmę w hali maszyn wyrąbując normę pracy. Do tego podrażniony przez siatkę T. Chandler (ten jumper to może być story tego sezonu) i nieustępliwy pinczer spod szczytów Cerro Torre – P. Prigioni. Wystarczyło by zastraszyć sarnią rodzinę. Tylko życzliwie zauważam, że NYK w 4Q mieli więcej strat niż celnych rzutów z gry – 9 do 7. Brawo. To rokuje. Będąc obiektywnym w 1H NYK wyglądali jakby tam była jakaś narysowana flamastrem koncepcja, którą nawet udało się wdrożyć.

Ze zdarzeń innych, ważnych. MSG już ostatecznie zrewitalizowana. Piękna. Z tymi mostkami. Brakuje fontann, parasolek i łabędzi. M. Woodson przestał grać starszego brata J. Hardena. C. Smith na razie w nienagannie skrojonym garniturze (szkoda, że publiczność nie jest na niego jeszcze gotowa), A. Bargnani wygląda jak kawałek, pora który się tylko lekko obgotował w środku pozostając soczyście łamliwy, STAT nadal dochodzi do siebie po ostatnim wejściu na parkiet (wizualnie zbliżył się bardzo do L. Johnsona (tak jak on stracił talent). I. Shumpert się ogarniał.

Trudno wyobrazić sobie otwarcie sezonu z mniej medialnym przeciwnikiem. Dla mnie to była męka. Dlatego rozgrywki tak naprawdę zaczynają się dziś, na arenie… W Bullparku.

Bo Mistrzostwo zdobywa się w back-to-backu.

11:50, znykajacy
Link Komentarze (4) »
środa, 30 października 2013

Lokomotywa już pod para. Za chwilę buch, koła w ruch jak napisał poeta.

Chwila refleksji przed kolejną półroczną podróżą.

Mam mieszane uczucia…

Ale chyba nadal wierzę, że jest miejsce dla tej formuły bloga Nowojorskich Impresji.

Wierzę bo:

Chris Smith wywalczył sportowo gwarantowany kontrakt (serio zdecydowały względy czysto koszykarskie);

J. Dolan jest gotowy przehandlować I. Shumperta za używany wzmacniacz do gitary;

M. Woodson ma rozdziawione usta jakby ciągle do niego nie docierało, że ziemia jest okrągła a bramki są dwie;

Melo jest takim liderem jak Prezes Mesjasz Jarosław – prowadzi swoich wyznawców ku zwycięskim porażkom;

Gość, który ma jeszcze 40m na pay-rollu ma w kolanach mielonkę turystyczną zagęszczoną watą opatrunkową;

JR Smith jest zjawiskiem paranormalnym, które powinno mieć stałą pozycję w EZO TV;

MWP łączy w sobie mądrości Mistrza Yody i wiejskiego sowizdrzała o umyśle czterolatka;

Andrzejek jest prawie jak Dirk Novitzki tylko made by bunga bunga;

C. Aldrich nie poradziłby sobie w Biedronce przy przenoszeniu palet z kefirem…

a J. Kidd ma wszystko na pendrivie.

To się nie może udać. I dlatego nadal tu jestem, by wspierać to, co jest nieuchronną katastrofą. Jestem szalupą dla Was sierot i rozbitków.

Bo to nie jest żadna lokomotywa. To Titanic, który wyrusza na kolejny rejs. Czeka nas jeszcze jedno piękne zatonięcie. Zderzenie z górą lodową, której na imię Miami, Indiana, Brooklyn czy Chicago. Szykujcie lornetki. Rozłóżcie leżaki. Będziemy na to patrzeć.

Moja wizja? 5 miejsce na Wschodzie. 48-34. Ryby po pierwszej rundzie. Epicki pojedynek z BKN. Ucieszony Miszka Prochorow rozwieszający jakiś baner o wielkości Central Parku na szczycie Empire State Building.

Idealny scenariusz na 2014/2015?

Melo wyoptowany. Może nawet poszukujący pierścienia (kierunek na Mordor jest już spalony – ale niech go Gollum prowadzi), STAT ze łzami w oczach kończący karierę i ubiegający się o rolę wielkiego rabina w Tel Avivie, T. Chandler oddany w jakimś dziwnym dealu za trochę świeżej krwi z punktu PCK, J. Dolan odnajdujący ukojenie w chacie eremity w Bieszczadach.

Wtedy, jest jakaś szansa…

A tak… dryf wiatrów wschodnich…

Witajcie w NOWYM SEZONIE!

Koryfeusz zNYK znowu Was poprowadzi…

00:21, znykajacy
Link Komentarze (13) »
wtorek, 22 października 2013

Dwa OT w meczu preseasonu, który nie odbył się nawet w USA musiał zadowolić nawet najbardziej rozpasane podniebienia fanów hokeja, posypki z kory i nugatu z żywicy. Are you kidding me? Czy to nie będzie najgorętszy mecz na chłodnej północy tej zimy?

Znowu. Tezy o TOR, Kanadzie i niewolniczym wykorzystywaniu karibu nie zostały popełnione tak strasznie dawno, żeby nie zachowały swojej aktualności.

Gawiedź gwizdała i buczała, a bożyszcze jedzie dalej. Nie rozumiem tych pomruków niezadowolenia. Nie jest A. Bargnani graczem wielkim. Nigdy nie był. Nie ma go już z Wami więc... o co chodzi? Cieszcie się. Buczcie na tych, którzy go wybrali i odziali w bisior i purpurę.

M. Delvin znowu przekonywał nas, że potrafi przekrzyczeć halę w orgazmie komentatorskiego uniesienia (trójka Rossa na drugi OT to był odlot – redaktor Babiarz nie miał takiego szczytowania przy olimpijskim złocie Otylii). Trzeba być naprawdę wygłodniałym piłki, żeby nakręcić się jak kabanos w takim meczu o puchar porosta... Lubię gościa. Ma swój styl. Potrafi tak dobrać i zważyć środki wyrazu do kontekstu sytuacji.


Trener Woo, co raz bardziej przypomniana J. Hardena... pogryzionego przez pszczoły... Nie wiem po co ta maskarada?

Skład był lekko eksperymentalny. Bez I. Shumperta i P. Prigioniego. B. Udrih się sprawdził (?). Otwarte pytanie. 

7 NYK miało... podwójny wynik cyfrowy ale żaden nie przekroczył 20 pkt – i nie było w tej grupie Melo. How weird is that?

T. Chandler – wyglądał jakby ofensywny świat się przed nim rozwarł całym bogactwem. Alicja w kranie czarów. Miał taką sekwencję różnorodności w ataku, że jego angaż w Teatrze Rozmaitości musi być już tylko kwestią czasu.

Syn sławnego Ojca był 0-8 za dwa. Ale 4-8 za trzy. How cool is that?

MWP był jak po kroplówce z RedBóla. Odlatywał.

T. Murry – trafił fantazyjny rzut przeponą (M. Delvin już falował). Witamy w squadzie. Podobnie ma się sprawa z tym Diougu. On też już raczej zaokrętowany. 

Właśnie. Pojedynek T. Hansbrough v. Diogu to może być jedna z największych konfrontacji Atlantc Division tego sezonu. Przebić to może tylko jakiś freak fight Gali w Wołowie v P. Gessler V. Gąsowski. To może być zabójstwo w afekcie. Uwielbiam te maniakalne wielkie oczy Tylera...


C. Smith – już nikogo nie śmieszy? Dlaczego?

15:21, znykajacy
Link Komentarze (6) »
sobota, 19 października 2013

Taka garsteczka ziarenek piasku.

Przepraszam, ale nie daję rady napisać o wyoptowaniu się Melo. Powiem tyle. Bierzcie go Panowie. Kobe kręć na centralę. Dołącz do HOU… (WOW ale pomysł – aż się przestraszyłem…). Szukaj pierścieni (w Mordorze go nie ma - podpowiem). Niestety zostanie i przytuli jeszcze więcej wdowiego grosza. Ale w Nowym Yorku panika… Melo wie, że czas nie jest z gumy. I jego prime przemija… To by cudne było.

I. Shumpert jest uspokojony, co do swojej kontuzji łokcia. Zakleszczenie ręki przez B. Beala się nie powiodło. Wody zebrało się mniej, jest lekkie naciągnięcie i raczej będziemy go oglądać. "Na mnie goi się jak na psie" - mówi popularny Rook. Plus za to, że przestał się wygłupiać z tym lotniskowcem na głowie. Trzeba kiedyś dorosnąć.

P. Prigioni jest day to day.

R. Felton przeciągnął ścięgno udowe. Nie wierzę, że mamy na przednówku tyle dobrych informacji.

T. Murray jest podobno już w ogródku, już wita się z gąską… Tyle, że są tacy, którzy uważają, że beczka jest wkopana a w środku siedzi C. Smith, który właśnie zmienił agenta na przedstawiciela CAA… T. Murray podchodzi do tego spokojnie (co tylko świadczy o tym, że jest w tej sprawie układ warszawski) i sugeruje, że chcą go w MIA… Chytrze…

Chandler-Bargnani-Anthony 101 pkt. na 100 posesji. Kiedy Czenio odpoczywa numerki robią kumulację 134 pkt. na 100 posesji. Scary. Tysonik, sobie teraz posiedzi, dobrze? Tragedia wisi w powietrzu.

STAT jest jednak niemożliwy. Powiedział właśnie – czuje się jak dynamit – gotowy wybuchnąć. Na razie jest podobno dopuszczony do kontaktu. Chyba lekarza pierwszego kontaktu…

ESPN wyprodukowało przy pomocy maszyny liczącej SCHOENE wzorowanej na Odrze taką oto predykcję, że NYK będą 37-45… Nawet dla mnie wygląda to na przesadny optymizm… Stefan nazwij ich zaprzańcami, co się na koszykówce nie znają! Chyba to Binienda pisał ten algorytm…

22:18, znykajacy
Link Komentarze (12) »
piątek, 18 października 2013

Mój poranek upłynął pod znakiem dmuchania balona i grzanie silnika na temat emocjonalnej nocy Melo wracającego do Baltimore po raz pierwszy w swojej profesjonalnej karierze. O synu utracony! Co on musi czuć? Co przeżywać, kiedy widzi na trybunach sąsiada, któremu jako dziecko strzygł trawnik? Co myśli patrząc na zagrzewającą go do boju cioteczkę z okolic, która zawsze miała dla niego ciasteczka i skopek mleka? Czy drży mu serce? Czy ręka wiotczeje pod nadmiarem wzruszeń? Czy otrze samotną łzę spadającą na kołnierz jego niebieskiego trykotu. Tyle pytań. Tyle niepewności. Przytul Melo.

Są granice śmieszności których nie powinno się przekraczać Angeliko Fajcht.

Był Clyde, którego też próbowano wcisnąć w jakieś niejasne wspomnienia, kiedy staczał heroiczne boje z Earlem „Perłopławem” Monroe na stokach Charm City. Do tego otaczający go lepką rączką Spero Dedes... Miodzio. Słodycz można było z ekranu zdrapywać szpachelką i zasładzać ulep.

WAS

Czy WAS są Ósemką na Wschodzie? Po wczorajszym meczu mam mieszane uczucia. Nie było E. Okafora, Nene jeszcze leczył traumę wygwizdów na Copacabanie, a Otto Porter poślizgnął się na biodrze i jego powrót jest bliżej nieokreśloną niewiadomą zawieszoną na linii czasu. Czy zespół, który wziął na garnuszek lwią grzywę J. Childress'a można traktować poważnie?

Ja wiem ktoś powie: Jest John Wall – drugi po D. Rosie król rozprowadzenia pierwszym krokiem parkietu na Sylwestrze w Murowańcu. Tyle, że już przykleja się do jego czarnej rzyci metka – „to dobry zawodnik tylko wyników nie ma”. Może ten chodzący pomnik soku z cytryny po podpisanym maksiu będzie miał jakoś lekcej na duszy? Tylko czy wątłe ciało podoła? B. Beal to śmiała teza, ale nie boję się jej użyć, będzie w tym roku All-Starem. Po zeszłorocznym przytkaniu światłami rampy nie wydaje się być już śladu. Okrzepł i patrzy na świat z wysoka lekką bezczelnością. Reszta to nadal taka zbierania zawodników, którzy młodzi już nie są ale ciągle mogą zapalić (jak Krzysztof Gajtkowski). Jest K. Serafin aka Baba z Foresta Gumpa z tą dolną wargą majtającą się w okolicy kolan i miną mistrza świata scrabble po ciemku, J. Vesely który naprawdę, naprawdę jest najgorszym koszykarzem w NBA i ten czeski film naprawdę już nikogo nie śmieszy, jest jego wielkość Jamochłon – odznaczony orderem Wielkiej Chlupni – człowiek zanęta na L. James, który mówiąc z pewną nostalgią strasznie sflaczał i się rozmeduził. Melo dający mu tę chwilę tak potrzebnego mu wsparcia - bezcenny. Pokojowy Nobel.


Do tego T. Ariza który poszukuje czegoś czego nigdy nie było – tj. talentu na miarę oczekiwań i ambicji, jest E. Maynor który wczoraj jak koszykarz inwersyjny – cofający się w rozwoju i zasysający umiejętności do środka. Do tego M. Webster i T. Booker, ale kto by się tam kłopotał zastanawianiem się który jest który.

MIA, IND, BKN, CHI, NYK ATL to pewniacy. Dalej chyba stawiam na CLE i walkę o pierwszą rundę z Majamitami stoczy ktoś z trójki TOR, WAS i DET. Tym ostatnim daję chyba największą szansę. Tak z 50%.

Co do meczu? Powiedzmy sobie to raczej otwarcie. Nie był specjalnie wyrafinowaną próbką koszykarskiego rzemiosła. Kamera zawieszona na Zeppelinie wyznaczyła nowe kanony sztuki transmisji telewizyjnej. Telewizja śniadaniowa powinna to zapożyczyć żeby pokazywać patelnie Kucharza Sowy.

Melo miał chwile, kiedy był jak tak farma wiatrowa w pomorskim – młócił łopatami poruszany histeryczną owacją pociotków, P. Prigoni i I Shumpert uszkodzili sobie łokcie (lewy i prawy) - solidarnie, T. Chandler po 6 minutach był tak poruszony powrotem Anthony do Baltimore, że musiał od tych spazmów usiąść –tak się zapowietrzył. MWP skręcił nogę bodaj przedwczoraj i na przejażdżkę na północ się nie wybrał, A. Bargnani był nadal łykowaty i w smaku trącił drewnem.

R. Felton walczył z czterema przeciwnikami – sam wbrew nadziei i ku pochwale głupoty.


B. Udrih się lekko otrzepał z kartonów i wyszedł na światło dzienne, Młody znowu miał chwile rzutowej lekkości niebytu a C. Aldrich trenował asysty karkiem bo wie, że może liczyć tylko na angaż w Harlem Globetrotters (temu Panu już bardzo serdecznie dziękujemy).

T. Murray i I. Diogu powoli przebierają nóżkami dobiegając do mety, bo zdaje się, że wystarczy już tylko złożyć jeden mały podpisik.

C. Smith udowodnił, że nie ma takiego kosza którego się nie da przestrzelić. 

13:02, znykajacy
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 października 2013

Manchester. Niewielka Brytania. Tylko New Hampshire (podobno NYK zawitali tu pierwszy raz?). Milestone. Historia Brada Stevensa zaczęła się tu. Wikipedia napisała pierwsze zdanie. Swoje inauguracyjne zwycięstwo, jako trener NBA odniósł nad NYK. Trzydziestoma punktami. Brawo.

E..ly ma rację. Preaseason jest bezsensu. Mecze nic nie mówią. Bo mają one posmak alchemii i poszukiwania kamienia filozoficznego. Trenerzy coś badają. Przelewają z fiolki do probówki a potem odparowują nad palnikiem. Kolba i zlewka. Podgrzewają. Chłodzą. Na końcu coś zostaje. Choć najczęściej jest to smród amoniakopodobny.

Ale ja prawdę mówić mam słabość do tych gier, które przypominają mecze kadry piłki nożnej gdzieś w lutym o puchar króla Bangkoku. Zbiera się ligową szarzyznę, pakuje na pokład ATR i wysyła gdzieś w tropiki, żeby wpisać w życiorysy 1A. Mecze, które nigdy nie powtórzą się w tym samym składzie osobowym. Bo ile będzie spotkań, w których Melo, Chandler, Felton, MWP prowadzą doping z ławki? Ja mam nadzieję, że będzie ich mnóstwo, ale realnie to się nie zdarzy.

Mecz z BOS nie był znowu tak dawno, żeby postawione tam tezy się zdezaktualizowały.

Co wiemy więcej po tym spotkaniu o NYK? Bardzo dużo:

że w Kielcach jeszcze wiele majonezu się utoczy nim ktoś będzie kimś więcej niż liderem swojej koafiury (I. Shumpert)

że być w pluso-minusach -41 to żadna ujma – z tym da się żyć, pacjent oddycha (J. Powell);

że zwrot polegaj na nim jak na Zawiszy jest czasem oksymoronem. (A. Bargnani);

że to nie jest gra dla starych ludzi. (P. Prigioni);

że nie wstydzić się to wcale nie znaczy robić coś naprawdę twórczego. Rzucać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej. Z naciskiem na to drugie. (T. Hardaway Jr.);

że można być w obronie objeżdżany jak furmanka przez fiata 126p na lokalnej drodze. (T. Murry);

że czasem mecz może wyjść wbrew wszystkiemu i łysienie plackowate w tym nie przeszkadza (I. Diogu);

że chyba czas już najwyższy sprawdzić ceny tanich lotów do Europy (C. Aldrich);

że fryzura która przypomina daszek lodziarza nie daje recepty na sukces (C. Douglas-Roberts);

że w NBDL też jest mecz All-Star i to żadna hańba w nim wystąpić (C. Leslie);

że jest jakaś granica żenady w nepotyzmie, której przekraczać nie wolno. Za nią jest już tylko działanie na szkodę spółki (C. Smith).

Że pozostało otworzyć okno i to wszystko wywietrzyć…

Dlaczego wszyscy śpią?

07:53, znykajacy
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 października 2013

Szczyt marzeń TOR tego sezonu to chyba bohaterska walka z BOS o trzecie miejsce w Atlantic Division. Menadżer Masai Ujiri (którego data urodzenia mieści się gdzieś między wielką powodzią Nigru i wielką suszą) chce uchodzić za młodego zdolnego, który nie boi się pociągnąć za żaden sznurek (w tej roli Wojciech Mann w „Szansie na Sukces”) by osiągnąć sukces. Good luck na tym wygwizdowie. Szczerze mówiąc, moim zdaniem rząd Japonii powinien poważnie zastanowić się nad zaangażowaniem go jako konsultanta do spraw rozwiązania problemu Fukushimy. Alternatywnym pomysłem jest etat w Klubie Gaja. Tyle odpadu radioaktywnego ile Masaj przytulił w tym sezonie, jest niebywała. Licznik Geigera oszalał. Niechciani, pobijani, toksyczni, w TOR znaleźli swój paśnik. S. Novak (sześć minut nicości – pies Falkor - czyli Never Ending Story 2), T. Hansbrough, który zaczyna bardziej przypominać Pudzianowskiego w wersji sprzed MMA– chyba dostał jakieś zastrzyki dla koni, A. Daye przypominający, co raz bardziej ghoula i w Halloween wchodzi już bez kreacji, DJ Augustin – rezerwowy PG którego nigdy nie chcielibyście mieć w swoim składzie, nawet gdyby alternatywą być popularny Szubi. Bez jaj. Ta grupa świeci w nocy. Mogą wziąć udział w jakieś kampanii społecznej – „Bezpieczny powrót ze szkoły do domu po 22.00 z zawodnikiem Toronto”. Z drugiej strony, czy można się dziwić, że trafiają tu tylko kobiety po przejściach? Kto by chciał szczypać porosty? Siekierą wyrąbywać wodę z jeziora? Czy cały czas walczyć z zawilgłą podpałką?

Core? R. Gay jest jednym z najbardziej przepłaconych zawodników Ligi i Amare jak o nim myśli to jest mu jakoś tak raźniej, D. DeRozan ciągle czeka na jakąś akcelerację kariery – statystycznie jest z roku na rok co raz lepszy, ale ja podobnie jak w przypadku Jeffa Greena jakoś bez wiary myślę o jego karierze. Ma co prawda te ruchy leśnej kuny i fantazję mołojecką, ale czy potrafi tańczyć? Nadzieja w J. Valanciunasie (wymieniam go za T. Chandlera i jeszcze dodaję kozę), którego nazywanie JV – Joint Venture- jest nawet zabawne – a na warunki kanadyjskie to nawet tym żartem można się ogrzać. Może T. Ross zakwitnie (czas na pierwszą krew)?

Zespół ciekawy, ale skazany na majtanie się w ogonie tabeli. Wielki Masaj myśli.

Co do meczu to raczej czeska burleska. NYK przegrali mimo 23 strat TOR, co musi być jakimś rekordem. Q. Acy pokazał, że bycie bratem bliźniakiem R. Evansa jednak do czegoś jeszcze zobowiązuje (6 min., które wstrząsnęło Miastowymi). Lubię tego chłopaka i mam nadzieję, że przebije się brodą do rotacji.

Było lekko osobiście. Po pierwsze A. Bargnani wybuczany na każdym kontakcie z piłką i owacyjnie przyjęty po każdym niecelnym rzucie. Ach te zawiedzione nadzieje kibiców TOR. Tyle pokładano w nim oczekiwań, dano tyle miłości, dodatkowy przydział na węgiel a tu takie finalne rozczarowanie. Łaska kibiców na pstrym koni jeździ. Po drugie Melo miał jakieś pogwarki z Wesołym (czy R. Gay oszalał rzucając Carmelo w twarz coś na kształt różowej mitenki?) i wymownie milczącym L. Fieldsem, który jak zawsze ma mu coś do udowodnienia. Te personalne wymiany myśli, nienawistne spojrzenia były wątpliwą ozdobą tego spotkania błędów i wypaczeń. Junior udowadnia, że mimo, że ma lekka rączkę w ataku, to w obronie ojciec mu wyraźnie pobłażał i nie miał rączki… zbyt ciężkiej. MWP miał tyle samo rzutów, co Melo– co musi budzić uzasadniony sprzeciw nawet największych pasjonatów kina klasy B. On faktycznie jest sam i dwie drużyny przeciwne. I Shumpert był elokwentny, choć w jego grze pojawiły się pierwsze zająknięcia. B. Udrih nadal negocjuje z niemieckimi turystami wyjście z Postojny (na razie rozczarowanie – 5 strat). T. Chandler - ależ ten jumper jest wymuskany jak upudrowane lico Richarda „Ojca” Kalisza.

Nie wiem, czy ktoś z Was oglądał film „Turbo”? W każdym razie Cole Aldrich – Biały Cień.

A miała być seria 7 zwycięstw na wyjeździe…

08:38, znykajacy
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje