RSS
poniedziałek, 04 listopada 2013

Narodowcy się martwią. Poseł Słomka pisze interpelacje do komisarza Sterna (upadł przyczółek). Projekt Biała Siła się rozsypał. David Kahn wreszcie został odstawiony na rasową resocjalizację (prowadzoną przez Nubijczyków Dr. Valentine’a Narcissa). Podobno umiejscowili go z zebrami. A nie z lipicanerami. Jak płynna jest granica miedzy pozytywnie zakręcony a wariat. Model czystej drużyny został odłożony na półkę. Sympatyczny David poleciał ze menadżerskiego stolca w Święto Polskiej Flagi.. To tak w kontekście. NBA a Sprawa Polska. Równowaga została przywrócona. Bring balance to the force. Dołożono kila ciemniejszych elementów. Choć biały nadal przebija. Jak dzwoneczki na czapeczce Noddy’ego na ścianie Adriana Mole’a.

Maciek K. –„ ten który widzi więcej” powiedział mi bodaj w sobotę jeszcze przed zniczami, że MIN wygląda dobrze, potem zaś dodał jakieś „ale” z którego zrozumiałem mniej więcej tyle, że oni to dopiero będą mili problemy w obronie. I że nikt tego nie widzi, ale on owszem tak i „zobaczysz gdzie oni będą w lutym”. Skrzętnie notuje te uwagi w pamięci. Kolekcjonuję jak barwne jaskółki wiosny. Maciek ma taką umiejętność, że przyszłość buduje się w oparciu o jego uwagi.

MIN. Duet K. Love i R. Rubio. Duet przyszłości, który zapisze się złotymi zgłoskami ciepłego moczu oddanego na śnieg? Miłość ma swoje ograniczenia. Nie umiem ich nazwać. Wczoraj była na 34/15/5 i zasadniczo zawinęła wszystkich w sreberko – ale czy Kevin umie fantazyjnie puszczać bański nosem? Nie jestem pewien. Jest podobno taki projekt, że NYK będą walczyli o jego zarośniętą fzjonomie w 2015 r. Czujecie wibracje? Chociaż małe? Dobry pomysł? Melo i Love? Czy to nie jak wariant z Bargnanim?

R. Rubio jakby nie spełniał pokładanych w nim nadziei, co być może wynika z faktu, że nadal nie umie rzucać – ale jak to jest przeszkodą – (Hej J. Wall, Hej R. Rondo.). Jakoś tak zmężniał, w barach widać lekko się zaróżowił, stracił meszek pod wąsem, ale też lekkość i filigranowość porcelanowej baletnicy. To tak jakby świadomość wiewiórki włożyć w głowę walenia. R. Felton coś o tym wie i mówi, że da się z tym żyć. Nie twierdzę. On nadal jest Mozartem tylko wygląda tak jakby nut zapomniał, a w głowie pojawiła się jakaś prosta partytura. Nie widzę tego błysku geniuszu. Nie czuję muzyki.

Po duecie rubinowej miłości jest N. Peković. Oglądanie kiedy wraca do obrony w kontrze przeciwnika - bezcenne. Najpierw pochyla głowę a potem uskutecznia bieg krasnoluda tunelem Morii – krótkie odepchnięcia racicami i machanie łapkami kurczaka na styropianowej tacce. W ataku jest taki zaskakująco clumsy i mimo tego, że jak się na niego patrzy to człowiek ma ochotę poprosić sprzedawcę o 25 deko cienko krojonego peklowanego mięska, to Nicola nie wydaje się dość twardy. To jeszcze nie jest poziom płaczka Nene ale te prenatalnie dziwnie oddalone oczy mają w sobie jakiś przestrach i niemoc glinianego kolosa. D. Williams to facet który najszerzej chyba w NBA rozstawia nogi w obronie. Gość ma pewny angaż w muzeum, żeby zaganiać grupy niesfornych przedszkolaków, które chcą pomacać ciepłą, lepką rączką jakieś płótno Matejki. Żywy parawan.  K. Martin ciągle potrafi doprowadzić Cię do łez (kiedy sam nie płacze), C. Brewer – ten kamień węgielny, który został odrzucony przez budujących (tak trenerze Mike – pamiętamy) o konsystencji szparaga wyciągniętego z wody potrafi w obronie zamęczyć nawet pinczera P. Prigioniego, A. Shved – zszedł (kolor skóry jest przeciwko niemu), A JJ Barea jest ciągle loko spoko.

Będą PO? Trudno mi orzec. Nie mam zdania.

Nie wymiękam za często. Ale dziś, nie dałem rady. Szarpało mnie coś.       Kiedy MIN miała w 3Q – 23 pkt. przewagi zacząłem się naprawdę denerwować. Mówię sobie - wyhamuj. Nie ma siły, żeby doszli... Pękłem. Sprawdziłem ostateczny wynik. Ufff. Odetchnąłem i już dalej jechałem na autopilocie. Było blisko. K. Martin przez ręce za trzy i K. Love sytuacyjnie za dwa ala Jeff Hornacek Się wywinęli od bycia headlinerem o come backu listopada.

Pierwsza kwarta ustawiła mecz. Dodajmy było to chyba najbardziej niefrasobliwe 12 min. w historii trenerskiej przygody Trenera Woo w NYK. MIN szła na 160 pkt… do przerwy.  NYK mieli 6 strat, podejrzane gatunkowo rzuty zza węgła, liderzy ataku (Melo i Andrea) – jakby przed kackupą, T. Chandler jakiś osowiały melancholią po nieprzespanej nocy. Chłonąłem to jak Al Harrington piłkę.  Jak gęś ciepłe kluski. Potem niby wszystko było w normie, ale MIN się przegrzała i wataha sama stała się zwierzyną… Ktoś znowu będzie krzyczał, że nieobiektywnie. Zatem NYK to sprawili. A. Bargnani miał momenty, w których wydawało się, że new star was born, Melo nadal nieskuteczny jak Piotrek Ćwielong, I Shumpert walczył z sędziami a po za tym był gładki jak pupa niemowlęcia, MWP poczuł dopust boży, że jest opcją w ataku, co musi cieszyć na przyszłość, Junior miał dzień porucznika Borewicza – było 0-7 za trzy ale nikt się nie zgłaszał (nawet Zub), R. Felton prowadził jakiś taniec z szablami, w których zasadniczo obciął sobie głowę nieskutecznością. Reszta taka o smaku mdława jak woda po ziemniakach.

Moim zdaniem wygląda to źle. A jeszcze nie gra JR Smith.

Tylko ten STAT taki sam, z tym ptasim guanem na głowie… Czy tam nie ma luster w tej odnowionej MSG?

1-2. And counting.

14:19, znykajacy
Link Komentarze (16) »
piątek, 01 listopada 2013

Ależ powrót, ależ przypomnienie się tej żywiołowo reagującej Polonii w Chicago. Ręce same składają się do oklasków. Ależ tam się będzie opowiadało o tym meczu w tych Polskich domach przy papieżu jak ludzie wrócą z contraktorki.

Rewiduje swój podgląd, który zaległ się gdzieś w czeluściach mojej jaźni, że nie wierzę w sukces CHI, że jedna Roża nie czyni wiosny, gdy płoną lasy. Cofam, co powiedziałem i odszczekuję wewnętrznym głosem. CHI będą wielcy. W moim osobistym rankingu przesuwam ich na pozycję nr 3 na Wschodzie. Przed BKN-em. Zdrowy Rose robi różnicę. Jeszcze dwa dni temu, kiedy Maciek Kwiatkowski powiedział, że typuje go na MVP sezonu zrobiłem minę jak po lufie octu. Że poważnie? Że jak niby? Widać, że to jeszcze nie jest to czucie piłki (ależ go tam nasz Pablo łuskał jak fasolę) i wymaga to polerowania (dotrze się w grze), ale motorycznie Derrick nie wydaje się stracić nic z szybkości pierwszego kroku lokalnego pląsacza z tancbudy i eksplozywności saletry. Liga tylko na tym zyskuje. Szyldy reklamowe się uginają. Trzy paski zacierają rączki. Sprzedaż biletów rośnie. To może być story tego sezonu. Nie mówiąc o rachunku bankowym sknerusa Jerry’ego Reinsdorfa, który nadal chodzi częściej w Białych Skarpetach, niż przywdziewa purpurę. Ciekawe czy redaktor Szaranowicz kiedyś wybaczy mu, że rozbił ekipę wielkich Bulls. Chyba jednak najpierw musi wewnętrznie uporać się z rozpadem tzw. zespołu Małysza z doktorem Żołądzią na czele. Nawet Edyta Gepert może odkurzyć i lekko przerobić swój przebój sprzed lat i przytulić parę groszy za tantiemy. Widzicie to? 10 kroków i ciemność. I wtedy taka przebitka jak D. Rose pada jak ścięty w meczu z ATL. Jaka noga taki bull – nie dziwi nic, jaka przerwa taki come back nie dziwi nic.

Do jakiegoś większego sukcesu – realnego zagrożenia MIA czy IND brakuje im jednego lub dwóch zawodników na ławce. Dwójki i chyba piątki (sorry Nazr ale nie traktujemy Cię dość poważnie). Czy RIP Hamilton już odwiesił maskę na kołku? W obronie są potworni. Mahoniowy terminator L. Deng o mackach Szeloby, napompowany hypem jak dmuchany ryż J. Butler o sile małego czołgu do złożenia w garażu. Do tego ten niewygodny, z kędzierzawą czupryną grający napakowany testosteronem J. Noah postrach painta, C. „Clumsy” Boozer o szybkostrzelności wioskowego samopału, lekko chimeryczny Mike Dunleavy, T. Gibson – który zawsze może jakoś zapalić, podciągnąć. Kibice CHI mogą być ostrożnymi optymistami.

Mecz lekko się gotował. Pyrkał na małym gazie. NYK całe trzy kwarty gonili czerwone światła Bulls, ale potem przyatakowali i wobec pewnej ofensywnej indolencji CHI zrobił się remis (liczba lay upów które NYK dali sobie nawrzucać – bezcenna). Na 10 sek. do końca T. Chandler wysunął NYK na jednopunktowe prowadzenie – i wtedy zrobiło się show– "Enters D. Rose". Przez ręce, ponad brzuchem R. Feltona, ponad skołtunioną brodą T. Chandlera floaterek o trajektorii tęczy. Ależ on tam rozświetlił te zgnębione wyczekiwaniem twarze! Co z powrót do macierzy! No scenarzysta by tego lepiej nie napisał.

Potem Melo próbował coś powtórzyć, udowodnić, uciszyć rozpalone głowy. Złapał odnóża Denga na wykroku, wykorzystał ten moment zagapienia, kiedy stawonóg cofnął chitynowe segmenty i oddał dobry rzut. Tyle, że niecelny, czym wpisał się w charakterystykę wczorajszego występu.

NYK wyszli inaczej. Z Andrzejkiem i Światem (pseudonim Pan Cegiełka) z ławki. Nieskuteczność zabija. Widać, że to jeszcze nie do końca porozrzucane jest. Pobudka o 4 rano. Widły obornik i jedziemy. Na rozgrzewkę. A. Bargnani miał w pewnym momencie taką sekwencję ofensywną, że bałem się, że się niebiosa otworzą i go wezmą do panteonu gwiazd włoskiej telewizji. W obronie złapał bodaj cztery ofensy i przy okazji lekki wytrzeszcz spojówek. C. Smith ciągle grzeje się w garniturze. STAT może uratować polskie ministerstwo infrastruktury z tą szybkością walca drogowego. I. Shumpert chaotyczny jak Janusz Korwin-Mikke – nieczytelny w przekazie, T. Chandler defensywnie oderwał się od wspomnień konfrontacji z IND i wygląda naprawdę świeżo jak ryba wyjęta na kutrze w Juracie, B. Udrih już kogoś zirytował i na razie zasiadł wygodnie, K. Martin miał występ protokolarny - więc jest szansa na angaż w dyplomacji, MWP chciał mordować, ale kogo za co – tego nie wie myślę on sam, R. Felton uprawiał podkoszowe jeździectwo ale głównie strącał przeszkody. Junior potwierdził, że potrafi uwalniać rzut równie szybko, co nieodpowiedzialnie i niecelnie. Ale to już wiemy. Jeżeli była szansa złapania CHI w tym sezonie to właśnie odjechała. Oni będą raczej tylko lepsi.

No cóż ta pierwsza porażka musiała kiedyś nadejść. W tym sezonie znowu nie będzie 82-0. Było blisko. Naprawdę.

08:27, znykajacy
Link Komentarze (33) »
czwartek, 31 października 2013

Są na mapie krainy NBA, takie zespoły, które nigdy nie zbudują jakiejś struktury – planu, systemu zakładającego organiczny rozwój na lata. A zawsze będą się składać z elementów lekko przypadkowych, lekko przepłaconych, lekko do siebie niepasujących i lekko zbyt białych. Taki Wigry 3 złożony z miliona dziwnych, często niepotrzebnych i nieprzystających do siebie części. Można nim zawieść w bańce mleko do skupu, ale do urzędu powiatowego strach jechać bo można już nie wrócić. MIL to taka właśnie drużyna. W ciągu ostatnich dwóch lat wymienili znakomitą część talentu (który prowadził ich absolutnie donikąd –B. Jennings i M. Ellis) na inna grupę podlejszego talentu (O. Mayo i B. Knight) – którzy zaprowadzą ich jeszcze głębiej na manowce ślepego zaułka. Reszta wygląda jak z łapanki (ja w lecie bałem się  odbierać nieznanie numery bojąc się, że ktoś będzie mnie chciał wziąć do Bucks). W wyniku splotu nieszczęśliwych zdarzeń i jakby lekko za karę znalazł się tu C. Butler, są zagubione oczy G. Neala. Jest nieśmiertelny, o mało co każdego lata Knicks, L. Rindour to bożyszcze ortodontów, jest L. „Gorączka” Sanders (wczoraj pięć fauli w 12 min.), ten szczypiorek o dużym skoku J. Henson, drugi taki wąski w biodrach K. Middelton, N. Wolters którego ma się ochotę złapać za policzek, ortodox Zaza – zwany Bingsem, przybysz z orientu E. Illyasova który mógłby grać statystę w filmie o Wielkim Głodzie na Ukrainie. I tak na koniec jest ta grecka nadzieja przemysłu sera koziego- G. Antetokounmpo – pieszczotliwie zwany Antkiem – gość patrząc z tyłu, z perspektywy i oddając cesarzowi, co cesarskie z wyglądu przypominający K. Duranta. Znając realia wykwit swojej kariery będzie przeżywał już w miejscu gdzie urzędowym językiem nie jest linqua germanica i nie trzeba jeść borszczu i pierogi na Polish Fest. (Muszę dokonać badania, bo to nawet ciekawe jak wyglądały lokalne relacje Polsko – Niemieckie w Wisconsin w latach 1939-45 – czy był jakiś artysta modowy Schleswig-Holstein, a może nawet jakieś powstanie nadal się tli jak to nasze warszawskie. Kto wie…). Myśl, że nawet tzw. metoda leczenia wścieklizny z Milwaukee nie jest wystarczającą zanętą dla takiego talentu jak ten Helios.

Mecz otwarcia taki kreskówkowy.

Wielki faworyt z dużego miasta otoczony nimbem świateł z przyklejonym do twarzy uśmieszkiem patrzy lekceważąco na młodego adepta przywianego w ostatnich butach z najdalszych zakamarków prowincji. I tylko w pewnym momencie ta buta i kpiący grymas zaczyna się przekształcać w pełen niedowierzania i strachu krzyk. Było blisko. MIL było jak termit. Działało jak cichy sabotażysta. Doszli i ośmielili się mieć widoki na zwycięstwo. Koźlarkom zabrakło rutyny, doświadczenia i w ostatnich trzech minutach dali się zagonić jak dzieci na plac zabaw przez podrażnioną wychowawczą ambicją przedszkolankę. Trzeba powiedzieć, że dawno nie wiedziałem takiego emocjonalnego stłamszenia. Wyglądało to przygnębiająco fani Bucks. Szkoda, ze happy endu nie było. Melo odbił kartę (dzięki airbobo) i poszedł na taśmę w hali maszyn wyrąbując normę pracy. Do tego podrażniony przez siatkę T. Chandler (ten jumper to może być story tego sezonu) i nieustępliwy pinczer spod szczytów Cerro Torre – P. Prigioni. Wystarczyło by zastraszyć sarnią rodzinę. Tylko życzliwie zauważam, że NYK w 4Q mieli więcej strat niż celnych rzutów z gry – 9 do 7. Brawo. To rokuje. Będąc obiektywnym w 1H NYK wyglądali jakby tam była jakaś narysowana flamastrem koncepcja, którą nawet udało się wdrożyć.

Ze zdarzeń innych, ważnych. MSG już ostatecznie zrewitalizowana. Piękna. Z tymi mostkami. Brakuje fontann, parasolek i łabędzi. M. Woodson przestał grać starszego brata J. Hardena. C. Smith na razie w nienagannie skrojonym garniturze (szkoda, że publiczność nie jest na niego jeszcze gotowa), A. Bargnani wygląda jak kawałek, pora który się tylko lekko obgotował w środku pozostając soczyście łamliwy, STAT nadal dochodzi do siebie po ostatnim wejściu na parkiet (wizualnie zbliżył się bardzo do L. Johnsona (tak jak on stracił talent). I. Shumpert się ogarniał.

Trudno wyobrazić sobie otwarcie sezonu z mniej medialnym przeciwnikiem. Dla mnie to była męka. Dlatego rozgrywki tak naprawdę zaczynają się dziś, na arenie… W Bullparku.

Bo Mistrzostwo zdobywa się w back-to-backu.

11:50, znykajacy
Link Komentarze (4) »
środa, 30 października 2013

Lokomotywa już pod para. Za chwilę buch, koła w ruch jak napisał poeta.

Chwila refleksji przed kolejną półroczną podróżą.

Mam mieszane uczucia…

Ale chyba nadal wierzę, że jest miejsce dla tej formuły bloga Nowojorskich Impresji.

Wierzę bo:

Chris Smith wywalczył sportowo gwarantowany kontrakt (serio zdecydowały względy czysto koszykarskie);

J. Dolan jest gotowy przehandlować I. Shumperta za używany wzmacniacz do gitary;

M. Woodson ma rozdziawione usta jakby ciągle do niego nie docierało, że ziemia jest okrągła a bramki są dwie;

Melo jest takim liderem jak Prezes Mesjasz Jarosław – prowadzi swoich wyznawców ku zwycięskim porażkom;

Gość, który ma jeszcze 40m na pay-rollu ma w kolanach mielonkę turystyczną zagęszczoną watą opatrunkową;

JR Smith jest zjawiskiem paranormalnym, które powinno mieć stałą pozycję w EZO TV;

MWP łączy w sobie mądrości Mistrza Yody i wiejskiego sowizdrzała o umyśle czterolatka;

Andrzejek jest prawie jak Dirk Novitzki tylko made by bunga bunga;

C. Aldrich nie poradziłby sobie w Biedronce przy przenoszeniu palet z kefirem…

a J. Kidd ma wszystko na pendrivie.

To się nie może udać. I dlatego nadal tu jestem, by wspierać to, co jest nieuchronną katastrofą. Jestem szalupą dla Was sierot i rozbitków.

Bo to nie jest żadna lokomotywa. To Titanic, który wyrusza na kolejny rejs. Czeka nas jeszcze jedno piękne zatonięcie. Zderzenie z górą lodową, której na imię Miami, Indiana, Brooklyn czy Chicago. Szykujcie lornetki. Rozłóżcie leżaki. Będziemy na to patrzeć.

Moja wizja? 5 miejsce na Wschodzie. 48-34. Ryby po pierwszej rundzie. Epicki pojedynek z BKN. Ucieszony Miszka Prochorow rozwieszający jakiś baner o wielkości Central Parku na szczycie Empire State Building.

Idealny scenariusz na 2014/2015?

Melo wyoptowany. Może nawet poszukujący pierścienia (kierunek na Mordor jest już spalony – ale niech go Gollum prowadzi), STAT ze łzami w oczach kończący karierę i ubiegający się o rolę wielkiego rabina w Tel Avivie, T. Chandler oddany w jakimś dziwnym dealu za trochę świeżej krwi z punktu PCK, J. Dolan odnajdujący ukojenie w chacie eremity w Bieszczadach.

Wtedy, jest jakaś szansa…

A tak… dryf wiatrów wschodnich…

Witajcie w NOWYM SEZONIE!

Koryfeusz zNYK znowu Was poprowadzi…

00:21, znykajacy
Link Komentarze (13) »
wtorek, 22 października 2013

Dwa OT w meczu preseasonu, który nie odbył się nawet w USA musiał zadowolić nawet najbardziej rozpasane podniebienia fanów hokeja, posypki z kory i nugatu z żywicy. Are you kidding me? Czy to nie będzie najgorętszy mecz na chłodnej północy tej zimy?

Znowu. Tezy o TOR, Kanadzie i niewolniczym wykorzystywaniu karibu nie zostały popełnione tak strasznie dawno, żeby nie zachowały swojej aktualności.

Gawiedź gwizdała i buczała, a bożyszcze jedzie dalej. Nie rozumiem tych pomruków niezadowolenia. Nie jest A. Bargnani graczem wielkim. Nigdy nie był. Nie ma go już z Wami więc... o co chodzi? Cieszcie się. Buczcie na tych, którzy go wybrali i odziali w bisior i purpurę.

M. Delvin znowu przekonywał nas, że potrafi przekrzyczeć halę w orgazmie komentatorskiego uniesienia (trójka Rossa na drugi OT to był odlot – redaktor Babiarz nie miał takiego szczytowania przy olimpijskim złocie Otylii). Trzeba być naprawdę wygłodniałym piłki, żeby nakręcić się jak kabanos w takim meczu o puchar porosta... Lubię gościa. Ma swój styl. Potrafi tak dobrać i zważyć środki wyrazu do kontekstu sytuacji.


Trener Woo, co raz bardziej przypomniana J. Hardena... pogryzionego przez pszczoły... Nie wiem po co ta maskarada?

Skład był lekko eksperymentalny. Bez I. Shumperta i P. Prigioniego. B. Udrih się sprawdził (?). Otwarte pytanie. 

7 NYK miało... podwójny wynik cyfrowy ale żaden nie przekroczył 20 pkt – i nie było w tej grupie Melo. How weird is that?

T. Chandler – wyglądał jakby ofensywny świat się przed nim rozwarł całym bogactwem. Alicja w kranie czarów. Miał taką sekwencję różnorodności w ataku, że jego angaż w Teatrze Rozmaitości musi być już tylko kwestią czasu.

Syn sławnego Ojca był 0-8 za dwa. Ale 4-8 za trzy. How cool is that?

MWP był jak po kroplówce z RedBóla. Odlatywał.

T. Murry – trafił fantazyjny rzut przeponą (M. Delvin już falował). Witamy w squadzie. Podobnie ma się sprawa z tym Diougu. On też już raczej zaokrętowany. 

Właśnie. Pojedynek T. Hansbrough v. Diogu to może być jedna z największych konfrontacji Atlantc Division tego sezonu. Przebić to może tylko jakiś freak fight Gali w Wołowie v P. Gessler V. Gąsowski. To może być zabójstwo w afekcie. Uwielbiam te maniakalne wielkie oczy Tylera...


C. Smith – już nikogo nie śmieszy? Dlaczego?

15:21, znykajacy
Link Komentarze (6) »
sobota, 19 października 2013

Taka garsteczka ziarenek piasku.

Przepraszam, ale nie daję rady napisać o wyoptowaniu się Melo. Powiem tyle. Bierzcie go Panowie. Kobe kręć na centralę. Dołącz do HOU… (WOW ale pomysł – aż się przestraszyłem…). Szukaj pierścieni (w Mordorze go nie ma - podpowiem). Niestety zostanie i przytuli jeszcze więcej wdowiego grosza. Ale w Nowym Yorku panika… Melo wie, że czas nie jest z gumy. I jego prime przemija… To by cudne było.

I. Shumpert jest uspokojony, co do swojej kontuzji łokcia. Zakleszczenie ręki przez B. Beala się nie powiodło. Wody zebrało się mniej, jest lekkie naciągnięcie i raczej będziemy go oglądać. "Na mnie goi się jak na psie" - mówi popularny Rook. Plus za to, że przestał się wygłupiać z tym lotniskowcem na głowie. Trzeba kiedyś dorosnąć.

P. Prigioni jest day to day.

R. Felton przeciągnął ścięgno udowe. Nie wierzę, że mamy na przednówku tyle dobrych informacji.

T. Murray jest podobno już w ogródku, już wita się z gąską… Tyle, że są tacy, którzy uważają, że beczka jest wkopana a w środku siedzi C. Smith, który właśnie zmienił agenta na przedstawiciela CAA… T. Murray podchodzi do tego spokojnie (co tylko świadczy o tym, że jest w tej sprawie układ warszawski) i sugeruje, że chcą go w MIA… Chytrze…

Chandler-Bargnani-Anthony 101 pkt. na 100 posesji. Kiedy Czenio odpoczywa numerki robią kumulację 134 pkt. na 100 posesji. Scary. Tysonik, sobie teraz posiedzi, dobrze? Tragedia wisi w powietrzu.

STAT jest jednak niemożliwy. Powiedział właśnie – czuje się jak dynamit – gotowy wybuchnąć. Na razie jest podobno dopuszczony do kontaktu. Chyba lekarza pierwszego kontaktu…

ESPN wyprodukowało przy pomocy maszyny liczącej SCHOENE wzorowanej na Odrze taką oto predykcję, że NYK będą 37-45… Nawet dla mnie wygląda to na przesadny optymizm… Stefan nazwij ich zaprzańcami, co się na koszykówce nie znają! Chyba to Binienda pisał ten algorytm…

22:18, znykajacy
Link Komentarze (12) »
piątek, 18 października 2013

Mój poranek upłynął pod znakiem dmuchania balona i grzanie silnika na temat emocjonalnej nocy Melo wracającego do Baltimore po raz pierwszy w swojej profesjonalnej karierze. O synu utracony! Co on musi czuć? Co przeżywać, kiedy widzi na trybunach sąsiada, któremu jako dziecko strzygł trawnik? Co myśli patrząc na zagrzewającą go do boju cioteczkę z okolic, która zawsze miała dla niego ciasteczka i skopek mleka? Czy drży mu serce? Czy ręka wiotczeje pod nadmiarem wzruszeń? Czy otrze samotną łzę spadającą na kołnierz jego niebieskiego trykotu. Tyle pytań. Tyle niepewności. Przytul Melo.

Są granice śmieszności których nie powinno się przekraczać Angeliko Fajcht.

Był Clyde, którego też próbowano wcisnąć w jakieś niejasne wspomnienia, kiedy staczał heroiczne boje z Earlem „Perłopławem” Monroe na stokach Charm City. Do tego otaczający go lepką rączką Spero Dedes... Miodzio. Słodycz można było z ekranu zdrapywać szpachelką i zasładzać ulep.

WAS

Czy WAS są Ósemką na Wschodzie? Po wczorajszym meczu mam mieszane uczucia. Nie było E. Okafora, Nene jeszcze leczył traumę wygwizdów na Copacabanie, a Otto Porter poślizgnął się na biodrze i jego powrót jest bliżej nieokreśloną niewiadomą zawieszoną na linii czasu. Czy zespół, który wziął na garnuszek lwią grzywę J. Childress'a można traktować poważnie?

Ja wiem ktoś powie: Jest John Wall – drugi po D. Rosie król rozprowadzenia pierwszym krokiem parkietu na Sylwestrze w Murowańcu. Tyle, że już przykleja się do jego czarnej rzyci metka – „to dobry zawodnik tylko wyników nie ma”. Może ten chodzący pomnik soku z cytryny po podpisanym maksiu będzie miał jakoś lekcej na duszy? Tylko czy wątłe ciało podoła? B. Beal to śmiała teza, ale nie boję się jej użyć, będzie w tym roku All-Starem. Po zeszłorocznym przytkaniu światłami rampy nie wydaje się być już śladu. Okrzepł i patrzy na świat z wysoka lekką bezczelnością. Reszta to nadal taka zbierania zawodników, którzy młodzi już nie są ale ciągle mogą zapalić (jak Krzysztof Gajtkowski). Jest K. Serafin aka Baba z Foresta Gumpa z tą dolną wargą majtającą się w okolicy kolan i miną mistrza świata scrabble po ciemku, J. Vesely który naprawdę, naprawdę jest najgorszym koszykarzem w NBA i ten czeski film naprawdę już nikogo nie śmieszy, jest jego wielkość Jamochłon – odznaczony orderem Wielkiej Chlupni – człowiek zanęta na L. James, który mówiąc z pewną nostalgią strasznie sflaczał i się rozmeduził. Melo dający mu tę chwilę tak potrzebnego mu wsparcia - bezcenny. Pokojowy Nobel.


Do tego T. Ariza który poszukuje czegoś czego nigdy nie było – tj. talentu na miarę oczekiwań i ambicji, jest E. Maynor który wczoraj jak koszykarz inwersyjny – cofający się w rozwoju i zasysający umiejętności do środka. Do tego M. Webster i T. Booker, ale kto by się tam kłopotał zastanawianiem się który jest który.

MIA, IND, BKN, CHI, NYK ATL to pewniacy. Dalej chyba stawiam na CLE i walkę o pierwszą rundę z Majamitami stoczy ktoś z trójki TOR, WAS i DET. Tym ostatnim daję chyba największą szansę. Tak z 50%.

Co do meczu? Powiedzmy sobie to raczej otwarcie. Nie był specjalnie wyrafinowaną próbką koszykarskiego rzemiosła. Kamera zawieszona na Zeppelinie wyznaczyła nowe kanony sztuki transmisji telewizyjnej. Telewizja śniadaniowa powinna to zapożyczyć żeby pokazywać patelnie Kucharza Sowy.

Melo miał chwile, kiedy był jak tak farma wiatrowa w pomorskim – młócił łopatami poruszany histeryczną owacją pociotków, P. Prigoni i I Shumpert uszkodzili sobie łokcie (lewy i prawy) - solidarnie, T. Chandler po 6 minutach był tak poruszony powrotem Anthony do Baltimore, że musiał od tych spazmów usiąść –tak się zapowietrzył. MWP skręcił nogę bodaj przedwczoraj i na przejażdżkę na północ się nie wybrał, A. Bargnani był nadal łykowaty i w smaku trącił drewnem.

R. Felton walczył z czterema przeciwnikami – sam wbrew nadziei i ku pochwale głupoty.


B. Udrih się lekko otrzepał z kartonów i wyszedł na światło dzienne, Młody znowu miał chwile rzutowej lekkości niebytu a C. Aldrich trenował asysty karkiem bo wie, że może liczyć tylko na angaż w Harlem Globetrotters (temu Panu już bardzo serdecznie dziękujemy).

T. Murray i I. Diogu powoli przebierają nóżkami dobiegając do mety, bo zdaje się, że wystarczy już tylko złożyć jeden mały podpisik.

C. Smith udowodnił, że nie ma takiego kosza którego się nie da przestrzelić. 

13:02, znykajacy
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje