RSS
środa, 23 września 2009

Pierwszy pan (nazwijmy go Panem R) ma jeszcze dziś odebrać od krawca (nazwijmy go Panem W) uszytą na miarę jednoroczną marynarkę. Pan R zgodził się na materiał, który krawiec miał na składzie, ale ten widząc, że klient jest tak oddany jego zakładowi i wdzięczny za jego pracę, zdecydował się uszyć mu coś z lepszej dzianiny. I dołożyć ekstra podszewkę. Taki gest za lojalność i za to, że rozsławia zakład. Marynarka nie jest może wymarzona. Ale jest. Jak się nie ma tego co się lubi to się lubi co się ma. Pan R więc tak bardzo nie narzeka. Musi jednak pamiętać, że ta skrojona w sam raz dla niego marynarka ma tylko roczną trwałość i na nową będzie sobie musiał ciężko zapracować. Może jak w tej będzie się dobrze prezentował to inny krawiec uszyje mu jeszcze lepszą i jeszcze trwalszą? Pan R powtarza, że chce chodzić w odzieniu tylko od Pana W. Ale Pan W ma apetyt skroić odzież dla kogoś lepszego niż Pan R (na wymarzonej liście krawca są Panowie J, W, B). I nie wiadomo czy będzie miał środki i czas, żeby zając się Panem R w przyszłym roku… Podobno ma być duża kolejka do Pana W… I to on ma wybierać, komu będzie świadczył usługi a nie odwrotnie. Póki co Pan R ma produkt jaki chciał, od tego od kogo chciał.

Drugi Pan (nazwijmy go Panem L) też podobno dopina już ostatnie guziki w swojej marynarce, która pierwotnie miała być wieloczęściowym ubraniem, że wszystkimi wykwintnościami, zgodnie z dawną modą. Takie dał zlecenie. Pan L nie zauważył jednak, że moda dookoła (a zwłaszcza u Pana W) bardzo się zmieniła. A mimo to chodził wokół krawca, prosił, zaklinał, że ubranie musi być trwałe (na wiele lat), z najlepszego materiału, ma mieć starannie dopasowane guziki, szerokie mankiety, nie może przylegać za bardzo do ciała etc. Zanudzał Pana W tymi wszystkimi szczegółami i detalami. Krawiec był jednak nieczuły i głuchy na te prośby powtarzając, że w tym roku szyje tylko marynarki, lekkie, delikatne takie w sam raz na jeden sezon. Może chociaż jeszcze spodnie, koszula do tego odzienia zaklinał Pan L. Ciągle nie i nie – słyszał od Pana W. Potem było trochę przekomarzania, szczypta subtelnego szantażu, że się uszyje lepsze ubranie w innym zakładzie, że tam to na pewno mi to zrobią. Krawiec wiedział jednak, że żaden inny zakład nie ma środków ani czasu, żeby uszyć taki niemodny komplet. Wreszcie Pan L zmęczony tym chodzeniem do mistrza zgodził się na zaproponowaną mu przewiewną marynareczkę. Może Pan W da mu chociaż jakieś ładne guziki? Nie takie były jednak oczekiwania Pana L. Pan L się krzywi, Pan L jest smutny. Ale tak krawiec kraje jak mu materiału staje. A tego na koniec nie było za dużo. Będzie się Pan L musiał trochę pomęczyć. Tylko przez rok. Wciągać brzuch, wyciągać ręce. Udawać, że jest tip top - tak jak chciał. Może w przyszłym roku ktoś uszyje mu to na co naprawdę ma ochotę? W bizantyjskich kształtach i kolorach… Oby Panie L, oby…

21:56, znykajacy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 września 2009

Jeżeli nie w tym tygodniu to kiedy? - mógłby zapytać zniecierpliwiony fan Knicsów.

Obóz treningowy zaczyna się już za tydzień (28 września). Przyjemnie byłoby wiedzieć kto wsiądzie do autobusu jadącego do Saratogi by oficjalnie rozpocząć przygotowania do sezonu 2009/2010. (Saratoga w stanie Nowy Jork jest miejscem historycznym - w czasie wojny o niepodległość USA w wyniku serii potyczek między 17 września i 8 października 1777 r. armia brytyjska poddała się przeważającym siłom amerykańskim. Okoliczność ta zdaniem historyków była punktem zwrotnym tej wojny).

Czy znajdzie się tam miejsce dla Lee i Robinsona ciągle czekających na swój bilet? Kontrakty nadal są bowiem nie podpisane – jak to ktoś dobrze określił „istne kontraktowe limbo”. Jeżeli strony nie uzgodnią warunków umów - wątpliwe jest żeby obaj gracze rozpoczęli treningi z drużyną. Gdyby doszło do kontuzji, kto wtedy będzie chciał podpisać z nimi kontrakty? (Lee już to zresztą w ostatnich miesiącach przerabiał – powołany na mini zgrupowanie kadry USA w obawie przed urazem w zajęciach nie uczestniczył). Szanse na sign™ maleją niemal z każdą godziną. Rostery drużyn są już zapchane i trudno spodziewać się, żeby za pięć dwunasta, któryś zespół przytulił Lee za 8-10m. Jeżeli są jakieś ruchy to raczej drobne – dopycha się autobusy, na miejscach 13-15 (vide Pruitt, Carter, Sun Yue)

Jaki z tego morał? Pan Walsh nie blefował. Od lipca tłumaczył agentom Bartelsteinowi i Goodwinowi "– Panowie one year deal. No more". Wszyscy myśleli – „jasne”, „oczywiście”, że to tylko taka negocjacyjna zagrywka.

- No dobrze Panie Walsh to już słyszeliśmy, a teraz porozmawiajmy poważnie.

- Też mówię… One year deal.

- No nie, Panie Walsh a Pan ciągle swoje. To jak będzie?

Nawet menadżerowie innych klubów bali się „ruszyć” Davida i Nate’a bo myśleli, że za niska kontraktowa przebitka spotka się z matchem Knicksów (inne pytanie czy Robinsona w ogóle ktoś chciał mieć swoim zespole). Nikt nie uwierzył także w jasne sygnały Pana Walsha z połowy sierpnia – NIE DAMY NIC PONAD 1 ROCZNĄ UMOWĘ – JAK CHCECIE TO BIERZCIE LEE. Nadal nikt się nie odważył pomyśleć, że plan 2010 może być ważniejszy niż wynik sportowy. Pan Walsh okazał się jednak konsekwentny i nieelastyczny.

Pozostaje czekać, co wydarzy się w ciągu tych kilku najbliższych dni.

Zadaję sobie pytanie czy upokorzeni i przeciągnięci przez Pana Walsha Lee i Robinson składający podpis pod daną z łaski jednoroczną umową będą lepszymi koszykarzami dla drużyny? Jak to wpłynie na ich grę i atmosferę w szatni skoro wiedzą, że tak naprawdę nikt nie wiąże z nimi planów na przyszłość? Prawda jest pewnie taka, że będą grali dla siebie a nie dla zespołu, wszak po tym sezonie będą mogli odejść gdziekolwiek bądź. Ich wartość będzie taka jakie będą ich statystyki na koniec dnia. Dla Knicksów oznacza to tylko kłopoty.

Mimo, że obóz przygotowawczy zaczyna się za tydzień to już 4 października pierwsza kontrolna gra z sąsiadem zza miedzy w MSG (spotkają się z NJ także 16 i 21 października). Do tego dwa razy Boston 9 i 20 października i raz Philadelphia - 13 października. 18 października do MSG przyjeżdża Maccabi (to będzie mecz z podtekstami dla Maćka Lampego, który co by nie powiedzieć wróci na… stare śmieci – czyli mówiąc językiem piłkarskim będzie miał coś do udowodnienia włodarzom Knicks.). Zatem - osiem gierek na początek.

Będziemy patrzeć.

 

13:18, znykajacy
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 września 2009

Podobno Pan Walsh nie próżnuje. Mówi się, że zrobił sobie nawet przerwę w jedzeniu i spaniu. Niektórzy twierdzą nawet, że trzeba mu przypominać o oddychaniu. Pan Walsh bowiem – węszy (jak pies gończy) i spekuluje (niczym makler na Wall Street) w poszukiwaniu rozwiązania transferowego węzła gordyjskiego, który zwie się Lee, Jeffries i Curry.

Źródła donoszą o następujących konstelacjach transferowych rzekomo w zasięgu naszego Wielkiego Architekta Planu 2010.

Pierwszy. Trzeba pomóc Dallas. Spieszyć z odsieczą godną tej wiedeńskiej. Obywatel Cuban tak się zapędził w dawaniu gwarantowanych kontraktów, że zapomniał, że w rosterze może mieć ich tylko 15 a tym czasem zakontraktował już 17 graczy… Ot fantazja bogatego człowieka. A co mi zrobią? Plan jest zatem prosty. Oddać jednego gracza z NYK (Jeffriesa) z relatywnie dużym kontraktem (ponad 6 m) a wziąć 3 zawodników w małymi kontrakcikami – najlepiej takimi które kończą się w po tym sezonie. Trudno ocenić czy taka oferta jest w ogóle na stole. Mówi się jednak, że Pan Walsh zaczął kręcić nosem, że nie chce brać zawodników nierokujacych albo niesprawdzonych (Jawaii), że to za duże ryzyko… Takie przestępowanie z nogi na nogę. Może po prostu podbija stawkę, bo obywatel Cuban jest w delikatnym impasie. Trudno powiedzieć.

Drugi. Utah wciąż marzy o Lee i chce wypchnąć Boozera. Co? – ktoś zapyta. Jak to? Mają tylu PF - Millsapa, Okura a i od biedy Kirilienko się nada. Na co im tyle „czwórek”? Kolejny wieloletni kontrakt za ośmaka? To chyba nie ma sensu. Granie razem Millsapem i Lee? Lee to podobno gracz w typie Sloana. Cholera wie co to znaczy. Z kontraktem Naboozowanego jest ten problem, że jest on ośmiocyfrowy (12m)– co oznacza, że NYK musiałby jeszcze kogoś dołożyć do Lee (przy założeniu, że się podpisze z nim kontrakt za 8m). Tylko kogo? Trzeba pamiętać, że Utah jest ponad luxury cap i oddanie Carlosa ma co do zasady ten problem rozwiązać. Może to tego tanga potrzeba jest trzecia drużyna? Brzmi to jednak na tyle skomplikowanie, że ktoś już dziś scenariusz taki odćwierknął jaj nierealny. Prawda to Lee czy fałsz?

Trzeci. Jared Jeffries za Mike Jamesa. Idealny deal. Kontrakty się matchują, z tym, że Jamesa wygasa po tym sezonie. Nic tylko brać, brać, brać.

Panie Walsh niech Pan struga ołówek. Czas zainkować jakiś deal.

09:24, znykajacy
Link Komentarze (4) »

Dla wyjaśnienia tym, którzy tu przyjdą - nie jestem fanem Knicksów (w 1994 r. kibicowałem raczej HOU, choć tego do końca nie pamiętam) więc nie przeżywam jako dramatu wewnętrznego ich porażek, ani nie śpiewam „Ody do Radości”, gdy czasem uda im się wygrać. Nie myślę o NYK w tych kategoriach.

Ktoś może słusznie zatem zapytać skąd  pomysł na powieść w odcinkach o NYK skoro stosunek do klubu jest w istocie neutralny?

Dobre pytanie.

Od lat fascynuje mnie fenomen tej drużyny jako przedsiębiorstwa, sposobu zarządzania nim, podejmowania decyzji, użycia środków na realizację celów.

Niewiele jest bowiem na świecie klubów z większym potencjałem marketingowym, finansowym, czy nawet czysto ludzkim. Miasto, kibice, atmosfera. Jedyne w swoim rodzaju. Wydaje się, że to miejsce jak żadne inne na świecie jest skazane na sukces.

A jednak...

Prawie dekada upadku, beznadziei i dyfowania absolutnie donikąd. Dlaczego jest tak źle? Ktoś powie - winny jest właściciel, ktoś doda, że całe zło zaczęło się od Isiaha „Zeke” Thomas’a, a jeszcze ktoś trzeci wskaże wszystko przez „arogancję” metropolii. Katastrofa pod nazwą NYK elektryzuje pół dziennikarskiej Ameryki (nie tylko tej sportowej). Upadek tego domu jest zaiste wielki. Nie ma tygodnia, żeby ktoś z dużym nazwiskiem nie dokonywał jakiś wielowersowych analiz, nie badał przyczyn, nie szukał rozwiązań, nie podpowiadał decydentom, co mają robić. Jak żyć po prostu...

Jaka jest prawda? Leży pewnie gdzieś po środku. I cichutko kwiczy.

Niesamowite jest jednak to oczekiwanie na cud. Zbawienie, które przecież musi nadjeść. Ta wiara wbrew wszystkiemu.

To jest fenomen.  

Nie da się powstać z kolan jednego dnia, nie da się zastosować grubej kreski, odciąć się od wczoraj, by kroczyć ku wchodzącemu Słońcu. To musi potrawać. I wymaga dużej dawki szczęścia.

Czas i los.

Chcę to opisywać. Lepiej lub gorzej. W miarę obiektywnie i często z dużym przymrużeniem oka, bo to tylko... koszykówka...


Dlatego powstał plan. Bardziej mit, idea, marzenie. Taki Manhattan Project. Nazwano go roboczo 2010. Znaleziono wykonawców (Pan Walsh i Pan DAntoni). Zaczęto wdrażać założenia.

A są one proste.

1. Oczyścić klub z monstrualnych kontraktów. Wymienić tych, którym kończą się kontrakty po 2010 na takich którym kończą się w 2010 (mogą nawet nie grać w kosza Cuttino Mobley). Czas realizacji lata 2008/2009 i 2009/2010.

2. Dobrze wybrać w drafcie w latach 2008, 2009. Na młodych tanich i zdolnych pickach oprzeć trzon zespołu, który ma wkroczyć w 2010.

3. Podpisać kontrakt z dwoma mega gwiazdami (LeBron, Wade, Bosh). Czas realizacji lato 2010.

Prawdę mówiąc wołałbym, żeby LeBron nie przeszedł do NYK. Dlaczego? Bo nigdy nie dowiem się, co nam wtedy powie Pan Walsh...

PS. Do tej pory publikowałem impresje na Supergigancie – ale formuła chyba się wyczerpała i czas zaorać własny kawałek ogródka. Niemniej jednak dziękuję MRPW, że nie od początku traktowali impresje jako spam.

Ponieważ przywiązałem się do już rozpoczętej numeracji będę ją kontynuował od nr 34 (dobry koszykarski numer). Archiwalne odcinki Nowojorskich impresji pozostaną na Supergigancie i tam mam nadzieję będzie je można nadal znaleźć.

PS 2 Nie będę juz Zyczliwym, ale zNYKajacym.

09:17, znykajacy
Link Komentarze (1) »
1 ... 96 , 97 , 98
 

.

.

.
znykajacy@go2.pl
.
Operacja LONDYN 2013 Koszulki jak malowane
.
.
. .

[ Copy this | Start New | Full Size ]
.
monitoring pozycji
___ . .

6G Nowojorskie Impresje